#
{akcja}
2134

Książka

zobacz
wpisz

Ja


utul
o mnie

Wy





Przeszłość

2006
lipiec (8)
sierpien (7)
wrzesień (7)
październik (7)
listopad (6)
grudzień (5)

2007
styczeń (5)
luty (2)
marzec (3)
kwiecień (1)
maj (5)
czerwiec (1)
lipiec (2)
sierpien (1)
październik (2)
listopad (2)
grudzień (3)

2008
luty (1)
marzec (1)
maj (1)
lipiec (1)

2009
marzec (1)
lipiec (1)

2010
styczeń (3)
marzec (2)
kwiecień (1)
maj (2)
sierpien (1)

Część 38.
niedziela, 28 stycznia 2007 ~ 19:54:51

Dziękuję za wszystkie komentarze... Bardzo się cieszę, ze macie tak dużo do powiedzenia...
PS. Dziękuję Anarchistce za pomysł :*


- Dziadziuś- krzyknęła radośnie Laurka rzucając się w objęcia mężczyzny po pięćdziesiątce. Podniósł ją z ziemi i ucałował w czoło. Widział w niej malutką Dianę, która nosił na rękach i pokazywał cały świat. Kochał swoją wnuczkę i bardzo żałował, że nie może poświęcić jej więcej czasu.
- Witaj tato…- Diana ciągnęła za sobą dwie walizki. Podeszła do ojca i ucałowała go w policzek. Mężczyzna podał jej córeczkę i zabrał walizki do samochodu. Po kilku chwilach siedzieli już w aucie.
- Dziadku, a zajączek wielkanocny zostawił coś dla mnie w ogrodzie?- zapytała rozochocona dziewczynka
- Zobaczymy, zobaczymy, przecież zajączek ma bardzo wiele sadów do obskoczenia.. –zaśmiał się
- Ja byłam bardzo grzeczna i myłam włoski i zięby i jadłam ten okropny śpinak i wies dziadku, ze na nasym placu ziabaw są nowe huśtawki i pani z psedskola mówi, ze pójdziemy pozjezdzać na zjeżdżalni i może nawet pojedziemy do zoo?- wymieniła jednym tchem wnuczka
- Jak następnym razem przyjedziemy z babcią, to na pewno zabierzemy cię gdzieś… - obiecał

***

Brązowowłosa siedziała w swoim pokoju wpatrywała się w paczkę, którą dostała wczoraj. Było to małe pudełeczko z napisem po polsku: „Otwórz w pierwszy dzień świąt”. Sama nie wiedziała czemu dostosowała się do tego zalecenia i nie sprawdziła co jest w środku zaraz po tym, gdy ją dostała. Rozerwała szary papier w jaki była owinięta przesyłka i ze zdziwieniem spostrzegła, że jest to płyta CD. Czyżby Livia przysłała mi jakieś zdjęcia?- przebiegło jej przez myśl. Podeszła do biurka, na którym znajdował się komputer i podekscytowana sytuacją włączyła krążek. Jakie było jej zdziwienie, gdy na monitorze komputera pojawiła się smutna twarz jej eks-chłopaka. Siedział w swoim pokoju. Choć tam nie była poznała dokładnie to miejsce. Tyle razy opowiadał jej o nim, mówił, że jej go pokarze, i że przedstawi ją swojej mamie. Tyle obietnic, tyle planów, które nigdy nie będą spełnione. Przyjrzała się dokładnie. Ściany były niebieskie, za plecami chłopaka widać było wielki plakat Oasis. Siedział na krzesełku, a w dłoni miał gitarę akustyczną. Zawahała się. Nie wiedziała, czy ma wysłuchać tego, co on ma jej do powiedzenia, czy od razu wyłączyć… Postanowiła czekać na rozwój sytuacji. Zaczął grać kilka znajomych jej dźwięków. Tak, to była jej ulubiona piosenka…
„- Kochanie…- pocałował ją delikatnie w usta i przejechał dłonią po nagim brzuchu. Wylegiwali się właśnie na jednej z rozgrzanych słońcem plaż, na która zabrał ją w przerwie między jednym, a drugim koncertem.
- Tak?- odparła, by okazać zainteresowanie tym, co mówi.
- A jaka jest twoja ulubiona piosenka?- zapytał mając nadzieję, że odpowie coś w stylu: „Każda twojego zespołu”, ale pomylił się…
- Kołysanka dla nieznajomej, Perfectu…- odpowiedziała
. Na jego twarzy spostrzegła coś pośredniego między zdziwieniem, lekkim szokiem i uśmiechem.
- To taki polski zespół…- wytłumaczyła”

Aż tak dobrze mnie słuchał, że pamiętał o tym szczególe- przemknęło jej przez myśl. Patrzyła zdziwiona i rozczulona jednocześnie. Jeszcze nigdy te kilka dźwięków, nie brzmiało dla niej tak magicznie. Zaczął śpiewać głosem pełnym uczucia. Niemal każde słowo brzmiało sztucznie. Gdyby, nie to, że słuchała tej piosenki już wiele razy, zapewne nic by z niej nie zrozumiała. Teraz nie było to jednak ważne. Widziała błagalny wzrok, jego głos drżał z emocji. Taka bardzo go kochała. Teraz to zrozumiała. Nie mogła bez niego żyć, nie była w stanie oddychać bez niego, uśmiechać się, cieszyć, ani płakać. Miała ochotę zadzwonić do niego już teraz i powiedzieć, że się nie gniewa, że go kocha, że to były tylko słowa. Nie zrobiła tego, bo tamte słowa raniły ją jeszcze wciąż bardzo dotkliwie. Nie była w stanie z nim rozmawiać, patrzeć, bez aluzji , bez tego wspomnienia… Melodia docierała do niej bardzo wyraźnie… Słowa dźwięczały w głowie… Kilka łez spłynęło po policzkach.. Brakowało jej jego. Tęskniła. I w końcu zabrzmiały ostatnie wyrazy i wszystko znów się skończyło… Już miała wyjąć płytę z napędu, gdy zabrzmiało jedno słowo. Jedyne. Tak bardzo dal niej ważne…
- Przepraszam- powiedział łamiącym się głosem. Płakał. Widziała to wyraźnie.
- Przepraszam… Wróć…- szepnął po polsku.
Złamał jej upór. Chciała wyrzucić za okno krążek, chciała zadzwonić do niego i dać mu to wyraźnie do zrozumienia, że nie ma szans, ale do głowy wpadł jej lepszy pomysł… Chciała, żeby zabolało go to bardziej

***

- Czy nie sądzisz, że pora poszukać Laurce tatusia?- zapytała Dianę mama. Rudowłosa właśnie pomagała swojej rodzicielce w przygotowywaniu rodzinnej kolacji. Młodsza z kobiet omal nie skaleczyła się w palec słysząc słowa matki.
- Co?- zdziwiła się
- Dziecko nie powinno wychowywać się tylko z matką… Mała powinna mieć również wzorzec mężczyzny - ojca… Zresztą dzieci są bezlitosne… Co zrobisz, gdy ona wróci z przedszkola z płaczem, bo nie będzie wiedzieć co się stało z jej tatusiem?- wypowiedziała niemal jednym tchem
- Sądzę, że nie byłoby zbyt dobrze, gdyby co parę miesięcy miała nowego tatusia…- odparła zarzuty
- Znajdź sobie kogoś na stałe…
Diana mimo wszystko cieszyła się, że jej matka wyraziła swoją opinię na ten temat. Od bardzo dawna chciała ją zapytać co sądzi o tym, by znaleźć sobie kogoś na poważnie. W tej właśnie chwili pomyślała o Tomie i o jego wyznaniu. Nie była pewna, że go kocha, ale wiedziała, że chce spróbować być z nim szczęśliwa. Dał jej wiele dowodów dojrzałości, uczucia… Nadal bała się, że w jego wypadku może to być przelotna miłostka, ale chciała dać mu szansę, dać ją sobie.

***

Livia opuściła salon domu bliźniaków i udała się do pokoju, który stał się na ten czas jej schronieniem. Usiadła na łóżku i oparła głowę na dłoniach. Te święta miała spędzić z tatą w Polsce. Miała być święconka, rezurekcja, wspólne śniadanie, a w poniedziałek wielkanocny oblewanie wodą. Lubiła polskie zwyczaje. Gdy jeszcze żyła mama istniała niepisana zasada, że co roku świętowali wg. innej tradycji, raz austriackiej, a raz polskiej. Teraz miały być ich wspólne święta, mieli się sobą nacieszyć… Tak dawno się przecież nie widzieli. On tam- na Majorce, ona w Paryżu… Kilka słonych kropel popłynęło po jej policzku. Myślała, że już sobie poradziła i pogodziła się z jego odejściem. Bardzo się myliła.. Jego brak był z każdym dniem coraz boleśniejszy… Zacierał się w jej pamięci jego obraz, dźwięk radosnego śmiechu. Nie pamiętała już jak ciepły był dotyk jego dłoni na jej, gdy z czułością wzdychał : „Jesteś do niej taka podobna”… Szlochała głośno. Siedząca na dole rodzina słyszała wyraźnie każdy dźwięk nabieranego przez nią powietrza. Bill wstał od stołu, chciał do niej iść, lecz powstrzymała go matka
- Pozwól jej się wypłakać- powiedziała i pogładziła jego dłoń.
Kiwnął głową i wysunął rękę z rodzicielskiego uścisku Simone. Wolno pokonywał odległość miedzy pierwszym stopniem schodów, a pokojem dla gości. Zatrzymał się przed drzwiami. Słyszał dokładnie jej płacz, niemal metafizycznie czuł kiedy kolejna łza spływa po policzku. Chciał, by zawsze była uśmiechnięta, by zawsze pozwalała mu być tak blisko siebie. Wahał się, czy wejść…
- Przytul mnie Bill…- usłyszał drżący głos dziewczyny dochodzący zza zamkniętych drwi. Skąd wiedziała, że tu jestem?- przemknęło przez jego umysł pytanie. Nacisnął klamkę i przekroczył próg. Podszedł do łóżka, na którym siedziała i usiadł obok. Wtuliła się w niego tak mocno i tak ufnie, że aż się zdziwił… Zaskakiwała go dzień po dniu…
- Ćśśśś- gładził ją po włosach i szeptał do ucha kojącym głosem
- Tak mi go brakuje…- załkała.
Nie miał pojęcia, jak jej pomóc, jak zabrać z jej barków ciężar nie do zniesienia. Nie wiedział czego ona od niego w tym momencie oczekiwała, bał się tej niepewności…
- On z tobą jest…- szepnął tylko tyle, nie wiedząc, czy to pomoże.
Siedzieli jeszcze przez chwilę wtuleni w siebie. Żadne z nich nie przerywało dzwoniącej w uszach ciszy. Trwali obok siebie. Tak bardzo ją kochał. Nie chciał, by wróciła do Paryża i była znów kimś obcym dla niego. Nie miał pojęcia, jak może jaką zatrzymać, co ma jej powiedzieć, co uczynić… Nie chciał myśleć o tym, że za kilka dni jej już nie będzie, a jego życie stanie się znów bardzo puste i nic nie warte, jak do tej pory…
-Bill..- jej głos zabrzmiał tak czule, jak chyba jeszcze nigdy dotąd
- Tak.- zadrżał
- Pojedziesz ze mną do Polski?- zapytała niepewnie
- Po co?
- Chcę… Potrzebuję ciszy, a tylko tam mogę ją znaleźć…- odparła
- Kiedy?- zadał kolejne rzeczowe pytanie
- A kiedy masz wolny weekend?- zaśmiała się sztucznie
- Pojadę z tobą, nawet na koniec świata…

komentarze [26]

Część 37.
sobota, 20 stycznia 2007 ~ 10:14:55

Zbliżamy sie do kulminacyjnego momentu między Billem, a Livią... Miłego czytania życzę, dziekuję, za wszystkie komentarze, podnosicie mnie na duchu...


Obudziły ją lekkie promienie słoneczne. Zasłoniłaby wzrok, gdyby nie to, że jedna jej ręka właśnie spoczywała pod poduszka, a druga oplatała leżącego obok Billa. Chłopak poczuł, że jego wybranka chce kolejny raz uciec niczym spłoszona łania i nie pozwolił jej na to. Przytrzymał ją i zamruczał cicho. Ta noc była dla niego czymś niewiarygodnym. Miał ochotę zanurzyć się w pocałunku i zapomnieć o realnym świecie.
- Dzień dobry- wychrypiał sennie Bill
- Dzień dobry- odparła Livia
- Jak się spało? Wiem, że cię męczyły koszmary więc…
- Dziękuję…- powiedziała cicho z zawstydzeniem i pocałowała go w policzek.
Zupełnie się tego nie spodziewał. Był pewien, że wyrzuci go, że spoliczkuje, lub zrobi kolejny ze słynnych uników panny Livii, ale zupełnie nie był przygotowany na przyjęcie jej delikatnych malinowych ust na swoim policzku. To co poczuł było zaledwie jak delikatne muśnięcie skrzydeł motyla- tak nieuchwytne i zarazem tak bardzo pełne dyskretnego uczucia? Uczucia? Mógłby przysiąc, że tak.
- Za co?- zapytał w końcu
- Za to, że byłeś ze mną… Przy tobie nigdy mi się koszmary nie śnią… jesteś taki dobry dla mnie…- głos jej zadrżał
- Eh… nie ma za co… przyjaciele powinni sobie pomagać…- skwitował.
Leżeli jeszcze przez kilka minut i prowadzili różne niezobowiązujące rozmowy na temat przeszłości. Ten czas był tylko ich. Nikt im nie przeszkadzał, a co najważniejsze żadne z nich nie zmąciło go zbędnymi gestami, czy słowami.
- Mój pierwszy pocałunek był kompletna porażką- zaśmiał się głośno i odrzucił kosmyk włosów opadających mu na czoło- Miałem wtedy jakieś dwanaście lat, a ona wpompowała we mnie taką ilość śliny… myślałem, że się porzygam…- wybuchnął śmiechem
- Ooooo- powiedziała tonem udającym lekki żal- Na pewno się starała…- dodała
- Taaa- westchnął- Ona się starała, ale to ja musiałem pić jej ślinę….- skrzywił się
- No a twój pierwszy pocałunek?- dopytywał
- Eh… Była wtedy w przedszkolu i strasznie mi się podobał jeden chłopak.. Był starszy, właściwie chodził już do 6 podstawówki. Oświadczyłam mu się pewnego dnia, gdy mieliśmy razem obiad na stołówce. Wyśmiał mnie, więc postanowiłam dać mu nauczkę i pocałowałam na jego oczach jakiegoś nic niewinnego chłopczyka z mojej grupy. Biedny, prawie się zadławił moim językiem… - zaśmiała się donośnie
- A pamiętasz swój pierwszy okres? Zawsze się zastanawiałem jak to jest… -wypalił szybko i spuścił z zawstydzeniem głowę- Znaczy, przesadziłem, sorka…- sprostował
- Czekałam na to z niecierpliwością… Miałam 12 lat… Nie mogłam sobie wyobrazić, że mogłabym chodzić z czymś pomiędzy nogami…- zaśmiała się, a on zrobił to samo, uderzyła go żartobliwie w ramię
- Sorki…- speszył się
- Ej..- roześmiała się głośno- Nic co ludzkie nie jest mi obce… A teraz ty mi opowiadaj jak to jest gdy…
- Bardzo przyjemnie…- wyprzedził ją
- Jak to jest mieć mutację… Zboczuch jeden…- skończyła
- Aaa- zrobił zawiedzioną minę- No ja… ogólnie dojrzałem bardzo późno… no i pamiętam, że strasznie mi było wstyd, gdy w połowie koncertu urywał mi się głos… jakoś sobie radziliśmy, chociaż sam nie wiem dlaczego chłopaki nie wymienili mnie na lepszy model…Piszczałem i skrzeczałem, a na pewno nie śpiewałem…
- A przezwisko?- zaczęła
- Kojarzę tylko jedno- roześmiał się na samo wspomnienie…
- Jakie?- pytała podekscytowana
- Mecki. Pamiętam, że swego czasu leciała taka bajka o jeżyku Meckim i moja babcia stwierdziła, że jestem podobny do niego z fryzury i z kształtu nosa…- zaśmiał się
- Heh… Nie widziałam, ale to fajne przezwisko… całkiem sympatyczne…- nie odpowiedział nic, jedynie przeczesał włosy, które spadały mu na oczy i odwrócił się do niej na bok, podpierając się na łokciu i opierając głowę na ręce. Jej uwagę przyciągała czarna opaska na jego nadgarstku. Spoglądała na nią nieśmiało i zastanawiała się dlaczego nie zdejmował jej nawet do snu…
- Ja nie miałam chyba nigdy przezwiska… - odpowiedziała na jeszcze niezbadane przez niego pytanie.
Spoglądała na niego starając się zapamiętać każdą chwilę. Widziała jego czarne, będące w zupełnym nieładzie włosy, delikatnie umięśnioną, ale niezwykle szczupłą klatę i szyję bez żadnych wisiorków. Takiego Billa znali tylko nieliczni, cieszyła się, że zaliczała się do ich grona… Chłopak przyglądał się jej z zainteresowaniem- jej włosy były prawie tak niesfornie rozczochrane jak jego, delikatne, niewielkie pagórki piersi ukryte pod obcisłą bluzką przyciągały jego wzrok. Czuł jej zapach- nie były to drogie perfumy, ale jej naturalny zapach, który podobał mu się bardziej niż Chanel nr 5. Była najpiękniejsza istotą, jaką widział kiedykolwiek po przebudzeniu.
- Bill…- przerwała moment ciszy
- Mhm – odpowiedział odrywając wzrok od jej dekoltu
- Dlaczego nie zdejmiesz tej opaski?- zapytała speszona
- Bo…- zajęczał- Bo… - nie wiedział co jej powiedzieć, nie chciał jej okłamywać, ale nie był jeszcze gotowy na taką rozmowę…
- Nie musisz mówić, jeżeli nie chcesz…- pospieszyła mu z pomocą
- Powiem ci… obiecuję, że ci powiem, ale jeszcze nie teraz…- posmutniał
- Hej! Jeżyku…- przejechała palcem po jego nosie i odwróciła się na bok równocześnie przybliżając do niego… Nie zareagował. Dopiero gdy poczuł ją bardzo blisko. Gdy przy każdym oddechu ocierał się o nią, co doprowadzało go do obłędu, spojrzał jej prosto w błękitne oczy.
- Nie smutaj się…- uśmiechnęła się słodko, a jego wszystkie troski przestały mieć jakikolwiek sens.
Szybko wyskoczyła z łóżka i podeszła do fotela, na którym leżały jej ciuchy. Wzrok chłopaka spoczywał na jej pośladkach, podświadomie czuła to i delikatnie się zaczerwieniła. Miała na sobie krótka koszulkę i czerwone majtki. Przeżywała wewnętrzna rozterkę- zastanawiała się, czy lepiej wstać i udawać, że nie robi to na niej żadnego wrażenia, czy lepiej poprosić, by się odwrócił.. Chłopak był lekko oszołomiony, tym, że bez żadnego skrępowania udała się po swoje ubrania.
- Będziesz tak leżał do jutra?- zaśmiała się delikatnie
- Tak- odparł. Na zaprzeczenie wstał i podszedł do niej. Stał w niebezpiecznie bliskiej odległości. Dziewczyna odsunęła się, wzięła rzeczy w rękę i usiadłszy na łóżku założyła spodnie. Czarnowłosy zamknął za sobą drzwi i udał się do swego pokoju.

***

- Mmmm- Gustav przeciągnął się na łóżku. Był taki szczęśliwy. Annelie leżała obok wtulona z całej siły. Czuł tak wielka miłość i przywiązanie. Mógłby tak trwać wieczność. Patrzył jak uśmiecha się przez sen i mruczy jego imię. Wrócił wspomnieniem do wczorajszego popołudnia…
„ Dziewczyna stała w łazience. Była pełna wątpliwości i obaw. Wiedziała, że teraz już nic nie będzie tak jak dawniej, że to rozpocznie nowy etap w ich związku. Spojrzała na trzymaną w ręku koszulkę i delikatnie się uśmiechnęła. Tak dobrze ją znał, wiedział, jak bardzo jest wrażliwa i nieśmiała. Pozornie pewna siebie dziewczyna przy nim zachowuje się, jakby była dziewicą. Powoli zdjęła sweter, następnie bluzkę by na końcu odpiąć stanik. Chłodne powietrze owiało jej ciało. Założyła koszulkę. Sięgnęła do guzika spodni i rozpięła go. Po chwili miała już na sobie tylko bawełniane figi w serduszka i czarny prezent od chłopaka. Nacisnęła klamkę i wyszła. Leżał na łóżku. Patrzył w sufit i zastanawiał się nad czymś. Żałowała, że nie może czytać jego myśli w tej chwili. Stanęła przednim. Była wyraźnie zestresowana. Widział to w każdym jej geście. Usiadł i spojrzał na nią, jak na największy skarb. Dla niego była skarbem, jedynym i najdroższym, jaki posiadał. Pieniądze, fanki, zespół nie miałoby to sensu, gdyby brakowało osoby, z którą można to dzielić. Wyglądała pięknie. Nie spodziewał się, że aż tak może na niego zadziałać jej widok. Włosy opadające na zgrabne ramiona, małe piersi, które chciał wziąć w dłonie i pieścić, wąska talia, biodra… Zamruczał na sama myśl co skrywa się między jej rozkosznie gładkimi udami, miała tak zgrabne łydki, że nie mógł się powstrzymać. Chwycił jedną z nóg i postawił jej stopę na swoim kolanie. Zadrżała. Nie potrafiła ukryć, jak bardzo podnieca ja cała sytuacja. Czuła jego zgrabne palce przesuwające się po wewnętrzną stronę ud.. Tuż za dłońmi szły usta… Zamruczała… Jego palce były tak blisko jej centrum. Czuł ciepło bijące z niej, lecz ominął to miejsce i stawiając jej stopę na podłodze przyciągnął ją mocno do siebie. Zatopił swoje usta w jej włosach. Pachniała wiosną i fijołkami. Chciał ją… Chciał ją teraz, tu, na tym łóżku… Nie zrobił jednak nic w tym kierunku.
- Kocham cie…- szepnął wprost do jej ucha
- Kocham cie…- odpowiedziała niczym echo
Annelie przeciągnęła się na łóżku. Czuła go obok siebie. Pierwszy raz spali w jednym łóżku. Może się to komuś wydać dziwne, ale oni nie posuwali się do przodu zbyt szybko. Żadne z nich nie wiedziało, które utrzymuje ten dystans, czy on, który nie naciska na nią, czy ona, która broni się… Jego zapach budził w niej wspaniałe wspomnienia. Dzisiejszej nocy. Było wspaniale…

***

Stali właśnie w kuchni i przygotowywali coś do przekąszenia na śniadanie. Livii nie udało się skupić całej uwagi na krojeniu chleba, bo cały czas absorbowała ją maleńka kuleczka w jego ustach. Czuł jej wzrok na sobie, a dokładniej na drgającym lekko koniuszku języka. Uśmiechnął się rozbawiony, gdy Livia spostrzegłszy iż on się domyślił pospiesznie odwróciła głowę w drugą stronę. Speszyła się swoja reakcja na niego. Nie powinnam myśleć o nim w taki sposób, powinnam myśleć o tacie, zachowywać się jak podczas żałoby- podpowiadał jeden głosik w jej głowie. Przecież żałobę nosi się w sercu, a jego nic mi już nie zwróci, muszę się pozbierać…- odpowiadał drugi.
- Mógłbyś…- zająknęła się
- Tak?- powiedział i odwrócił jej głowę
- No bo ten… no… mógłbyś mi pokazać jak się go wkłada miedzy zęby- zaczerwieniła się.
- No ej… siostrzyczko daj spokój, to normalne…- pogładził szkarłatny rumieniec na jej policzku. Widział to w jej oczach. Chęć pocałunku, jego czułości, bliskości- przeszywała każdy jej gest.
- No bo ja…- jej twarz nabrała odcieniu buraczkowego…
- Moment, już ci pokaże, to nic trudnego… uwielbiam się nim bawić…- zaśmiał się cicho i po chwili stał przed nią ze srebrnym kółeczkiem miedzy zębami.
- Strasznie mnie kręcą faceci z kolczykiem w języku…- powiedziała i dopiero po chwili zauważyła, że mogło to zabrzmieć jednoznacznie.- no bo to musi być przyjemne przy całowaniu…- dodała
- Szczerze?
- Tylko szczerze… - odpowiedziała
-Tak dawno już się z żadną nie całowałem, że zapomniałem do czego służy język…- zaśmiał się

***
Bill właśnie siedział z Livią w swoim pokoju. Nie było miedzy nimi niezręcznej ciszy. Każde z nich traktowało ten czas jako okazję do bliższego poznania się. Czulicie wyśmienicie w swoim towarzystwie. Livia opowiadała mu u Właśnie w tym momencie do pokoju wparował dredogłowy. Rzucił krótkie „ hej” w kierunku dziewczyny i zwrócił się do brata
- Bill, musisz mnie ratować…
- Nie pierwszy i nie ostatni raz- odparł. Mrugnął nieznacznie do Livii.
- Mówię serio…- tłumaczył Tom
- No dobra, czego chcesz…
- Jak to czego.. Spodni…- zajęczał
- Co?- Bill zrobił taką minę, jakby udławił się własną śliną, a siedząca obok niego blondynka podrapała się z zaskoczenia w głowę.
- Spodnie, głuchy jesteś?- starszy potomek Kaulitzów nerwowo drapał się za uchem.
- Ale ty chcesz moje spodnie?- Bill niedowierzał bliźniakowi
- No, a czyje, przecież, ze nie Livii- zaśmiał się- No, ale w sumie, co to za różnica, macie takie same…- dodał siadając na krześle stojącym obok biurka.
- Wal się!- drażnił się z bratem czarnowłosy
- No pożyczysz mi… najlepiej tych bojówki moro…- uściślił
- Ale po co ci moje spodnie do cholery… - pytał zniecierpliwiony Mecki
- No bo… mam się spotkać z Dianą i Laurą… i… no, ten.. przecież nie wylecę w takich portkach, chce udawać nieco poważniejszego, a te twoje bojówki, są najmniej ciotowate ze wszystkich twoich spodni…- wycedził jednym tchem
- Dobra, łap…- Bill podszedł do szafy i wyciągnąwszy z niej ciuch rzucił go bratu.
- dzięki…

***
Diana szykowała właśnie śniadanie dla Laurki. Wyjrzała przez okno. Tego się niespodziewana. Do jej domu zmierzał Tom. Tak, Tom, ale wyglądał jakoś inaczej, poważniej, dojrzalej… Miał na sobie bojówki moro, bluzę węższa niż zwykle, pasująca kolorystycznie do całości, dredy związane frotką, na głowie nie miał czapeczki. Wydał jej się naprawdę przystojny. Zbeształa się w myślach, za to co jej przychodziło do głowy. Nie dzwonił do drzwi, zapukał jedynie i nacisnął klamkę.
- Witaj… - nachylił się nad nią i pocałował w policzek.
Serce zamarło jej w piersiach. Tak bardzo chciała poczuć ciepło jego ramion, usłyszeć bicie serca…
- Co cię do nas sprowadza?- zapytała
- No musiałem was zobaczyć przed wyjazdem, podobno macie te święta spędzić u twoich rodziców…- odpowiedział
- Laurka ci powiedziała?- Diana zrobiła nieciekawa minę
- tak, wtedy gdy spotkałem się z nią na mieście..- odparł. Wskazała mu ręką wejście do kuchni.
- Muszę uszykować jej śniadanie, zaraz będziemy mogli spokojnie…- nie zdążyła dokończyć, bo do pomieszczenia wbiegła rozradowana Laurka.
-A cy ty bedzies się ze mną bawił?- zapytała Laurka podbiegając do Toma i chwytając go za nogawkę spodni
- Tak, będę…- odpowiedział siadając obok niej na podłodze
- A cy ty umies się bawić lalkami?- zapytała patrząc mu prosto w oczy
- Nie…- zasmucił się
- Skoda- mina dziewczynki zrzedła
- Ale za to umiem, się bawić w samolot- powiedział i złapał małą, unosząc ponad głową wyszedł z nią do przedpokoju.
Podrzucał ją do góry. Dziewczynka roześmiała się beztrosko. Piszczała, krzyczała i bawiła się z nim zaczepiając. Szarpała go za dredy. Widok krzątającej się w kuchni Diany rozczulał go do granic.
- Mamusiu?- spytała z rozbawieniem Laura
- Tak- odparłam kobieta
- Czy, jak nie będę myła głowy, to też będę miała takie posklejane włoski?- zapytała całkiem poważnie
- Tak kochanie, trzeba myć głowę- wybuchła śmiechem
- Osz ty… Ja wszystko słyszałem i nie wybaczę ci tego- mrugnął oczkiem.
Mała Laurka zaśmiała się głośno i pobiegła do swojego pokoju. Podniosła z podłogi lalkę i zaczęła bawić się nią. Przebierała plastikową kukiełkę, która stawała się po kolei królewną, mamą, kopciuszkiem i czerwonym kapturkiem.
Zostali sami w kuchni. Spojrzał na Dianę. Stała oparta o blat szafki ze spuszczoną głową. Czyżby bała się zostać ze mną sama?- przemknęło mu przez głowę. Podszedł do niej i oparł dłonie z tyłu tuż za jej plecami. Był tak blisko, ze czuła jego oddech ponad uchem. Mogłaby stać tutaj wiecznie. Podniósł jej podbródek zmuszając, by spojrzała mu w oczy. Nie mógł już dłużej czekać na pierwszy krok z jej strony. Zbliżył usta do jej spragnionych warg. Drżała w jego ramionach. Nie wiedział, czy ze strachu, czy z podniecenia. Poczuł smak dżemu wiśniowego. To właśnie z nim były kanapki dla Aniołka. Zamruczał cicho. Była taka słodka, taka cudowna. Miała mięciutkie, czerwone wargi. Delikatnie gładził jej podniebienie swoim językiem. Pisnęła cicho, gdy zszedł pocałunkami na jej szyję… Rozpływała się pod jego dotykiem.
- Kocham cię…- szepnął odrywając się od niej.
- Ja…
- Ty tez mnie kochasz…- przerwał jej
- Skąd niby…
- Widzę to…- wtrącił kolejny raz
- Ja… my…- po jej policzku popłynęła samotna łza. Nie mogła patrzeć mu w oczy. Prześwietlał ją, czuła jakby widział jej duszę…
- Kocham was… Ciebie, bo jesteś kobieta mojego życia, Laurkę, bo jest moją małą córeczką…- nachylił się, by ja pocałować, lecz nie uczynił tego.
- Przyjdź do mnie, jak to przemyślisz…

komentarze [22]

Część 36.
niedziela, 14 stycznia 2007 ~ 15:16:45

Obiecałam więc dodaję nową notke... Dziękuję za tak wyczerpujące komentarze :* Też was kocham wszystkich... Wydarzenia dzieją się z małymi odstępami czasowymi, wybaczcie... Trochę lipny odcinek, ale przynajmniej dłuższy od poprzedniego... Zapraszam


Wstała i po wykonaniu podstawowych czynności porannych zeszła na dół. Przekroczyła próg kuchni, w której krzątała się Simone. Livia oparła się o blat szafki i przyglądała z zaciekawieniem, co też szykuje mama bliźniaków.
- To są galaretki z bitą śmietaną… Chłopcy je uwielbiają…- odpowiedziała na niezadane pytanie.
- To oni dziś wracają?- zapytała
- Tak, właściwie, to już powinni być, dosłownie za…- nie zdążyła dokończyć, bo przerwał jej dzwonek do drzwi .
Dźwięk rozchodził się przez około minutę, do momentu, aż kobieta nie otworzyła drzwi frontowych i nie uderzyła opartego o przycisk Toma ścierką
- Ała!- zajęczał chłopak- Tak się wita synka?- oburzył się.
Simone podeszła do Billa i pocałowała go w policzek
- Tak się wita synka- zażartowała
- Dobra, zapamiętam to sobie kupując prezent na urodziny- odparł z uśmiechem
- Wchodźcie…
Livia stała w kuchni, wciąż w tym samym miejscu. Zastanawiała się, co teraz będzie. Jak dalej potoczą się jej losy. Zanim wróciła ze świata swych rozważań do pomieszczenia wparowali chłopcy. Tom podszedł do dziewczyny pierwszy podając jej dłoń. Był lekko speszony i zawstydzony. Wróciły te słowa, które wypowiedział na jej temat, czuł jakby miał je wypisane na czole
- Hej… Miło cię znów widzieć…- wyjęczał
- Ciebie też- uśmiechnęła się, ale on dobrze widział podpuchnięte jeszcze od płaczu oczy.
Czarnowłosy stał tuż za bratem. Wzrok wbił w podłogę. Gdy dredogłowy odsunął się Bill podszedł do niej i nachylił się, by złożyć pocałunek na policzku. Chciał poczuć dotyk jej skóry pod swoimi ustami, wziąć ją w ramiona i ochronić przed cierpieniem, przed bólem, przed światem. Już prawie czuła jego oddech na sobie, lecz w przypływie strachu odsunęła się od niego i wyciągnęła dłoń
- Dobrze, że jesteś…- szepnął

***

- Wejdź!- powiedziała, gdy usłyszała pukanie- Jestem w pokoju…- dodała. Po chwili mogła zobaczyć sylwetkę Gustawa w progu. Spoglądał na nią spod lekko zmrużonych powiek i uśmiechał się.
- Bardzo zmęczona?- zapytał
- Mmmm strasznie…
- Jak ci poszło na turnieju?- zapytał siadając na jej pośladkach i zaczynając masaż.
- Nam!- zaakcentowała z uśmiechem- Nie tańczę sama, lecz z Maksem…
- Jasne, Maks i ty tworzycie przecież parę…- przyznał jej racje bez odrobiny zazdrości w głosie.
Jego hipnotyzujący dotyk przyprawiał ja o zawrót głowy. Mogłaby zatracić sie w nim, trwać tak wiecznie. Ona i on razem. W pustym mieszkaniu, bez rodziców, którzy wyjechali do cioci. Było jej niezwykle przyjemnie tak poprostu leżąc pod nim.
- Gustav?- zepchnęła go z siebie i odwróciła do niego twarzą.
- Tak słońce…
- Ty nie jesteś zazdrosny o Maksa? On mnie przecież trzyma w ramionach, dotyka…
- Przecież wiesz, że nie…- odparł, lecz widząc jej minę przysunął się do niej i szepnął na ucho- Kocham cię i ufam ci, przecież ty też nie jesteś zazdrosna o fanki…
- No tak, ale…- zasmuciła się lekko
- Co ale? Nie jestem zazdrosny, co nie oznacza, że cię nie kocham – pogładził jej włosy i połączył w delikatnym pocałunku. Ich usta lekko się zetknęły. Ssał dolną wargę, przejeżdżał językiem. Czuła to wszystko ze zdwojona siłą. Tak bardzo za nim tęskniła.
To nie był łatwy związek. Byli ze sobą od początku TH. Poznali się przypadkowo, gdy jeszcze zespół nie był tak znany, jak teraz- po dwóch latach od wydania „Schrei”. Ich związek był niemal idealny- nigdy się nie kłócili, nie byli zazdrośni o siebie, wiedzieli, że są dla siebie najlepszymi przyjaciółmi.
Gustav zawsze droczył się z nią. Całował tak, że miała ochotę to pogłębić. Zanurzyć ciepły język i poznać go, smyrać nim jego podniebienie, słyszeć to słodkie westchnienie, które wydawał za każdym razem, gdy w trakcie pocałunku drapie go po karku. Podgryzał delikatnie jej wargę. Słodka tortura sprawiła, że znów przegrała ich niepisany zakład i zanurzyła się w krainie rozkoszy.
- Moja słodka…- oblizał bezwstydnie usta.
- Znowu uległam…- odwróciła głowę nieco speszona.
- Moja słodka- powtórzył- Nie uległaś, przecież do niczego między nami jeszcze nie doszło… Nawet nie widziałem cię jeszcze w bieliźnie…- westchnął z tęsknotą patrząc na jej biust. Spostrzegłszy to dziewczyna chwyciła poduszkę i uderzyła nią chłopaka w głowę.
- Nie kupiłeś mi ładniej bielizny, to nie widziałeś…- odpowiedziała
- Tak?- drażnił się z nią- Przez przypadek kupiłem cos dla ciebie…- dodał i wyszedł na chwile na korytarz, by wrócić z paczuszka.
- To dla ciebie- podał jej ją- A tak właściwie, to gdzie są twoi rodzice?- dodał, gdy dziewczyna rozpakowywała prezent. Spodziewała się co to może być, ale jakie było jej zdziwienie, gdy ujrzała delikatną, czarną satynowa koszulkę. Sadziła, że będzie to jakaś przezroczysta, koronkowa bielizna, więcej odkrywająca, niż przykrywająca. Cały Gusti- pomyślała sobie- Elegancka, seksowna i z klasą… Podeszła do chłopaka, który nagle zainteresował się jej dywanem i pocałowała go w policzek.
- Dziękuję, jest piękna... rodzice u ciotki na dwa dni...
- Ja… pomyślałem sobie, że może kiedyś, jak już będziesz gotowa… No dobra, daruję sobie te teksty, to nie w moim stylu… Możesz ją przymierzyć?- zapytał, a ona speszyła się lekko. Byli ze sobą długo, ale intymnych chwil było między nimi tak niewiele. Oboje często w rozjazdach mieli czas dla siebie bardzo rzadko. Nie wiedziała co ma mu odpowiedzieć. W końcu zdecydowała się…
- Gusti… ja… no nie dziś…
- Czemu?- zasmucił się. Nie chciał ją do niczego zmuszać, ale tak bardzo mu zależało, by ją zobaczyć. Tylko zobaczyć.
- No bo ja…- zawstydzał ją.
Tak często przebierała się z Maksem w jednej szatni, pomagał jej zawiązać sukienkę na plecach. Wiele razy tańczyła w bardzo krótkich sukienkach. ona i Maks byli przyjaciółmi, niemal jak rodzeństwo, pomiędzy nimi nie było wstydu. Teraz, gdy Gustav poprosił ją, by przymierzyła bieliznę spłonęła rumieńcem, bała się, że go zawiedzie, że mu się nie spodoba, że będzie chciał czegoś więcej…
- Słońce, te dni?- przytulił ją mocno do siebie
- Nie…- zaprzeczyła
- To czemu?
- Bo ja… no… mam nieogolone nogi…- wypaliła pierwsze co jej przyszło do głowy, mając nadzieję, że odpuści. Zaśmiał się głośno.
- Przecież to nie ma znaczenia…- wytłumaczył
- No, ale… No dobrze…- zgodziła się i pomaszerowała do łazienki

***
Diana pakowała właśnie rzeczy do walizki. Na święta jechała do rodziców. Chciała spędzić je z rodzina, z przyjaciółmi… Z przyjaciółmi? Ona nie miała przyjaciół odkąd cały swój wolny czas poświęciła malutkiej Laurce. Dziewczynka bawiła się lalkami we własnym pokoju. Kobieta spoglądała na nią wyobrażając sobie jak mogłoby wyglądac ich życie, gdyby Tom stał się ojcem dla dziecka… Przypomniała sobie jak pewnego wieczoru nie wiedziała co ma zrobić, gdy Laurka dostała wysokiej gorączki. Zadzwoniła do niego i poprosiła o pomoc. Przyjechał do niej i zabrał je do szpitala. Nie pytał o nic, a ona musiała zrezygnować ze swojej dumy na rzecz Aniołka.
„- Co się stało?- zapytał zdenerwowany wbiegając do jej domu
- Laurka… ona… nie wiem co się dzieje, ona ma taką wysoką goraczkę i ma drgawki…- pozwoliła sobie na płacz w jego obecności. Mocno ją przytulił i pogładził po włosach. – Nie chcę jej stracić, ona jest wszystkim co mam… - łkała
- Ćśśśśśś…- przyłożył jej palec do ust. Spojrzał jej prosto w oczy i zapytał:
- Gdzie ona jest?
- W pokoju…”

Nigdy nie zapomni o tym, jak przyznał się do nich w szpitalu…
„- Co z nią?- zapytała pielęgniarka na izbie przyjęć
- Ma bardzo wysoką gorączkę i drgawki…- odpowiedziała Diana
- Imię i nazwisko?- spojrzała na Dianę
- Moje? Jej?- była niesamowicie zdenerwowana.
- No jej, pani i…- spojrzała na Toma pytająco
- Jestem jej… - odwrócił się w stronę wybranki swego serca i powiedział tonem pełnym czułości.
- Jestem jej ojcem- zauważył drobne słone krople spływające po policzkach rudowłosej.”


***

- Mamo, to my idziemy na spacer
- Dobra lećcie, a ja sobie posprzątam- zgodziła się
- Bill!- oburzyła się Livia
- Co?- zdziwił się nie wiedząc za co go gani
- No może byśmy pomogli twojej mamie, nie będzie przecież sama wszystkiego robiła
- Ale jak to?- odwiesił powrotem kurtkę, którą już zdążył zdjąć z wieszaka.
- No tak to panie Kaulitz… Bierz się za mopa, ja odkurzę dywany, a twoja mama- tu odwróciła się w jej kierunku. Zauważyła na twarzy kobiety niemałe zdziwienie. Simone spojrzała na Billa, który już miał szczotkę w ręku.- Pani sobie usiądzie i popatrzy…- skończyła dziewczyna
- Nie no cos ty, mykajcie na spacer…- odparła
- Nie, nie, nie… Nie omieszkam popatrzeć, jak Bill trzyma w ręku mopa..
- Hahaha- odpowiedział ironicznie- Ja zawsze pomagałem w domu, nawet zupę ugotować umiem
- No więc skoro umiesz, to proszę, ja idę po odkurzacz, a ty… zresztą wiesz co…
Kilka minut później buczenie odkurzacza wypełniło całe mieszkanie. Dziewczyna co chwilę spoglądała na Billa, który z dziwną miną zamaczał szczotkę w wodzie i zmywał brud z podłogi korytarza. Wyglądał przy tym dosyć osobliwie.

***

Słońce zachodziło lekko za dwa średniej wysokości pagórki. Drzewa lekko kołysał wiatr. Przyroda budziła się do życia. Paczki na krzewach, przebijające się przez trawę maleńkie stokrotki, to wszystko nadawało temu miejscu i tej chwili rozmiarów niebagatelnych. Kroczyła razem z nim. Był taki przystojny w tej skórzanej kurtce, obcisłych dżinsach i rozwianych włosach. Jego brązowe oczy spoglądały na nią bystro. Nie miał makijażu. Może to i dziwne, ale ona nigdy nie widziała go w pomalowanych powiekach, był dla niej bardziej Billem z plaży, niż Billem z Tokio Hotel. Nie było okazji, by widzieć go w makijażu na żywo. Jedynie wtedy w telewizji, była wówczas naprawdę bardzo zaskoczona.
- Zobacz- pokazał ręką
- Co?
- Słońce… Zachód słońca nas połączył, na zawsze… - szepnął- To ty dostrzegałaś takie szczegóły i nauczyłaś mnie je doceniać, dziękuję ci za to…
- No co ty Bill… sam to osiągnąłeś…- zaprzeczyła lekko speszona
. Szli obok siebie, wpatrzeni w dal. Oboje czuli to samo, oboje bali się rozpocząć tę rozmowę. Czy to była miłość? Czy ona go kochała? Czy on kochał ją? Nie wiedzieli tego, chcieli tak po prostu trwać obok siebie, być obok przez całą wieczność. Podziwiała widoki. Znów zauważała piękno krajobrazu. Ten sen, uświadomił jej coś bardzo ważnego. Ojciec cały czas jest i opiekuje się nią wraz z mamą. Musi żyć dalej, przecież tego chcą jej rodzice. Spoglądał na nią. Była taka inna niż wtedy w Paryżu. Z jej spojrzenia bił spokój i dojrzałość. Tak, dojrzałość, bo ona przeżyła w życiu tyle przykrych sytuacji, a wciąż miała siłę by brnąć dalej i dalej. Teraz chciała po prostu cieszyć się sytuacją, napawać obecnością Billa, jego zapachem, ciepłem rąk, dotykiem ust, spojrzeniem. Stop. Nie było dotyku ust, nie było silnego objęcia ramieniem, nie było jego zapachu na karku, nie było, bo wtedy, kiedy był ich czas ona wszystko zaprzepaściła. Wiedziała, że teraz nie może pozwolić mu odejść, ale nadal jej duma, nie pozwalała na wypowiedzenie tych wszystkich słów. Zatrzymał się. Livia uczyniła to samo. Podszedł do niej i przytulił do jej pleców. Jedna rękę trzymał a jej brzuchu, drugą chwycił jej dłoń i wskazał na zachodzące słońce. Było jej tak dobrze. Czuła go blisko, jego oddech delikatnie drażnił jej kark. Motyle w brzuchu blondynki dawały o sobie znać. Czarnowłosy przysunął się jeszcze bliżej. Czuł jej delikatne krągłości na swoich biodrach, zapach jej włosów poruszanych przez wiatr. Tak bardzo za nią tęsknił, tak bardzo ją kochał. W tym momencie wystarczyłoby ją obrócić i pocałować, rozchylić delikatnie językiem jej wargi i drażnić kuleczką podniebienie. Był pewny, że by to odwzajemniła, zdradzało ją jej ciało. Delikatnie drżała w jego ramionach. Zesztywniała, gdy przysunął się do niej na tyle blisko, by poczuć go całego tak bardzo wyraźnie. Pragnął ją mieć, rozebrać, pieścić, tak, żeby prosiła o więcej. Było mu z tym źle. Przecież ona niedawno strąciła ojca, a ty myślisz tylko o jednym nie wszyscy napaleńcu- przeklął w duchu.
- Cudowny widok prawda?- szepnął tuż nad jej uchem wywołując dreszcz emocji.
- Śliczny…- potwierdziła- Chodźmy już- uwolniła się z objęć i pomaszerowała szybkim krokiem w kierunku jego domu. Tyle razy sobie obiecywała, ze mu powie, że wyzna uczucie przy nadążającej się okazji, a teraz, nie mogła się pogodzić z tym, że budzi w niej takie uczucie. Czarnowłosy wystraszył się reakcji Livii. Pomyślał sobie, ze może zbyt natarczywie się do niej przysuwał, ze to dla niej za wcześnie, ze tak niedawno straciła ojca… Ruszył za nią

***

- Już wróciliście?- zdziwiła się mama bliźniaków, gdy zobaczyła powrotem swojego syna i Livię. Kobieta siedziała w kuchni przy stole. Piła herbatę czytając przy tym książkę. Wychyliła się i mrugnęła do czarnulka. Ten zrobił jedynie kwaśna minę.
- My się zbieramy mamo… - powiedział w kierunku Simony- Chodź- pociągnął blondynkę za rękę i pokierował na górę. Weszli do jego pokoju. Bała się zostać z nim sama, może nawet bardziej bała się swojej reakcji i swoich uczuć? Usiadł na łóżku, a ona skierowała swój wzrok na półkę. Stało tam zdjęcie z dzieciństwa. Tom i Bill.
- To ty?- spytała wskazując palcem małego blondwłosego chłopczyka z samochodzikiem w ręce.
- Tak- odpowiedział i uśmiechnął się
- A to?- zapytała ponownie
- To jest Tom…
- Ale, on jest identyczny…
- W końcu to mój bliźniak…- podszedł wolno do szafki i delikatnie obiął ją ramionami w talii.
Wzdrygnęła się, a on szybko zabrał ręce. Odwróciła głowę chcąc mu powiedzieć, że się nie gniewa, lecz on był już w drugim kącie pokoju i grzebał w jakimś kartonowym pudle. Uśmiechał się oglądając pamiątki, już chciał wyjąć zdjęcia, które trzymał w dłoni i jej podać. Kiwnął palcem stawiając przed nia tekturowy sześcian i uśmiechając się do niej serdecznie
- Masz, obejrzyj… Jeszcze żadna osoba prócz moich domowników nie widziała jego zawartości…- powiedział
- Nie musisz…- speszyła się
- Chcę… Jesteś moją… jesteś moją przyjaciółką, prawie jak siostra
„Prawie siostra”- zaśmiał się do siebie w myślach- „Kogo ty chcesz oszukać Kaulitz, kochasz ja jak kobietę, a nie jak siostrę…” Tak, kochał ja, mimo, że każdy jej ruch, każde spojrzenie, obecność, dźwięk jej głosu, wszystko sprawiało mu okropny ból. Wiedział, ze ona potrzebuje pomocy i on może jej ja zaoferować. Coś ukuło ją w klatce piersiowej, gdy usłyszała słowo siostra. Nie chciała być dla niego siostrą, chciała być kobieta, dziewczyną, obiektem jego uczuć, a nie siostrą. Chwilami czuła się jak pies ogrodnika, który sam nie weźmie, ale drugiemu nie da. Nie chciała by Bill zakochał się w innej, na samą myśl o obcej kobiecie całującej go dostawała nieprzyjemnego skurczu w żołądku…
- Jasne braciszku- odpowiedziała przełykając ogromną gule, która stanęła jej w gardle

***

Ciepły strumień wody spływał po jego nagim ciele. Stał pod prysznicem. Myślał o niej. Tak bardzo ją kochał, tak bardzo pragnął… Chciał ją pieścić, dotykać, całować bolało go to bardzo. …. Coś rozrywało go od środka, nie pozwalało cieszyć się jej obecnością, ciepłem, uśmiechem, zapachem. Chciał to znów zrobić. Poczuć rozkoszne ukłucie i zimną substancję rozlewająca się w jego żyle, a potem niosącą przyjemność i zapomnienie aż do utraty świadomości. Nie miał przy sobie nic, ani jednej działki. Był czysty. Czysty do szaleństwa. Wyszedł z kabiny i stanął przed lustrem. Zobaczył tę samą co zwykle żałosną twarz beznadziejnie zakochanego człowieka. Cierpiał. Bolała go dusza. Krzyczał, ale nikt go nie słyszał. Po raz pierwszy od wakacji, od tego pamiętnego dnia miał ochotę odebrać sobie życie. Rozejrzał się po łazience. Balsamy, kremy, szampony, mydło, ręcznik, maszynki do golenia, gąbki, dezodorant i płyn do demakijażu… Stop, moment- golarka… Tak, żyletka. Gdzie są żyletki?- pytał siebie w myślach.
- Cholera!- przeklął na głos
Tak rzadko bywał w dom, ze zupełnie noie miał pojecie gdzie się co znajduje… Przysiągłby, że Jorg ma jakieś żyletki. Właściwie nie wiedział sam po co, gdyż jego ojczym ma elektryczną golarkę, ale zdawało mu się, ze gdzieś one tu są. A może tylko zdawało?
- Tom?!- krzyknął w końcu. . Stał w drzwiach od łazienki z ręcznikiem owiniętym wokół bioder. Krople wody spływały mu po plecach.
- Co!- odburknął chłopak wchodząc po schodach na górę, przeżuwając jednocześnie resztki batonika.
- Gdzie położyłeś żyletki?- zapytał jak gdyby nigdy nic czarnowłosy
- A po co ci one? Przecież masz maszynkę… Leży na półce...
- Nie o to chodzi…
- To o co? Bill?- Dredziarz wystraszył się nie na żarty. Wepchnął brata do łazienki. Posadził na sedesie sam siadając na podłodze
- Czy ty oszalałeś? Co ci odbija, chcesz się zabić? – Bill patrzył na niego bez emocji
- Przecież teraz ona tu jest… Możesz z nia być, przytulać, obejmować, czuć jej zapach, cieszyć się obecnością… Bill
- Ja… ja… nie jestem godny jej, nie zasługuję na nią, nie powinienem jej dotykać, ona jest taka delikatna, a ja… jestem jak dzikie zwierzę.
- Stary, przecież to normalne, że cię pociąga, jest świetną babką…- Bill spojrzał na Toma z lekką zazdrością wypisaną na twarzy
- Mam Dianę…
- Jak to masz?- zdziwił się Bill
- No tak to… już niedługo będziemy razem… - rozmarzył się dredogłowy
- Przynajmniej ty będziesz szczęśliwy, bo my… my nie jesteśmy dla siebie
- Jesteście…- zaprzeczył chłopak- A jak się potniesz, to sam, osobiście pójdę do Bravo i wszystko opowiem…- zaśmiał się i zatrzasnął drzwi z drugiej strony

***

- Aaaaaa!- krzyknęła głośno zanim zdążyć z krainy swego koszmaru. Wracał do niej od czasu do czasu, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Wciąż był miała tak samo straszny. Co jakiś czas odnawiało się w niej wspomnienie… Czemu akurat teraz? Nie wiedziała… Tak realnie czuła mocne, brutalne, posuwiste ruchy w sobie. Znów ten sam strach, ten sam ból, to samo upokorzenie. Znów smak swoich łez i widok krwi spływającej po udach…
Czarnowłosy usłyszał głośne, rozpaczliwe krzyki dziewczyny i szybko zerwał się z łóżka. Wszedł z lekkim skrzypieniem drzwi do pokoju i siadając delikatnie przejechał dłonią po jej spoconej z nerwów skroni. Myślał, że ona śpi więc przez dłuższy czas delikatnie gładził ją. Kochał ją mimo usilnych starań… Przechylił się i złożył delikatny przyjacielski pocałunek na jej czole. Dziewczyna zadrżała i przesuwając się do ściany zrobiła mu miejsce. Czarnowłosy skorzystał z zaproszenia- odsłonił kołdrę i wsunął się mocno przytulając dziewczynę. Czuł ją przy sobie, miał wrażenie jakby pierwszy raz w życiu stanowił idealną całość- tulił ją w ramionach i szeptał uspokajające zdania do jej ucha. Ona również wyczuła zmianę spowodowaną jego obecnością. Bała się, że już niedługo przestanie panować nad swoimi reakcjami i po prostu pocałuje Billa. Jej sen był lekki i bardzo przyjemny. On prawie nie spał- patrzał na nią, obserwował każdą jej reakcje, słuchał oddechu i zapamiętywał wszystko z tej nocy. Napawał się jej obecnością, bo wiedział, ze rano znów będzie bardzo daleko…

komentarze [23]

Część 35.
sobota, 13 stycznia 2007 ~ 23:13:32

Dziękuję za wszystkie sympatyczne komentarze, pobiliście rekord :* Prosiłabym jednak, żeby jedna osoba dodawała maksymalnie 2, 3 komentarze. Jestem naprawdę szczęśliwa, że tak wiele osób zauwaza w tym co piszę głębszą treść, że czepiacie sie postwa bohaterów, ze ich zachowanie daje wam do myslenia, dziękuję wam za to. Przepraszam, że nie było tak długo odcinka oraz, ze ten jest taki krótki... Mam masę lekcji, popraw, sprawdzianów, poza tym studniówka i matura, a ferie w ostatnim terminie... Miłego wypoczynku tym, którzy sobie odpoczywają... Następną notkę postaram sie dodac jutro, bo może dokończe, co zaczęłam pisać... Zaniedbałam wasze blogi, to przez brak czasu, ale o tych moich wypocinkach nie zapomniałam i o was moi kochani czytelnicy też... Odcinek krótki więc nadrabiam wstępem... Zapraszam do czytania

PS. Wszystko wyjaśni sie niebawem...


Powoli zeszła do kuchni. Mama chłopaków właśnie szukała czegoś w lodówce.
- Pomóc?- dziewczyna zadała krótkie pytanie
Simone zauważyła od razu ślady łez na policzkach Livii. Podeszła do niej i z całych sił objęła. Traktowała ją jak własną córkę. Dziewczyna otworzyła się przed nią całkowicie. Pozwoliła sobie na szloch. Przytuliła się mocno do Simone, łzy młodziutkiej blondynki moczyły bluzkę kobiety.
- Ćśśśśśś…- gładziła jej włosy- On nie chciałby, żebyś płakała…- dodała
- On mnie tak po prostu zostawił…- łkała- Powinnam była być przy nim…
- Nic byś nie poradziła na to… - rozpoczęła, ale nie dane jej było skończyć
- Nie mam już nikogo…
- Masz nas- Billa, mnie… Zawsze ci pomożemy- odparła
- Mam babcię. Mieszka w Polsce, ale ma już 75 lat…
- Jedź do niej. Pobądź z nią trochę. To ci pomoże…- zaproponowała Simone- Nie płacz już- otarła dłonią jej łzy i pociągnęła ją za rękę.
- Pomożesz mi upiec ciasto?- zaproponowała
- Dobrze. Jabłecznik?- zapytała
- Nie, Bill ma alergie pokarmowa na jabłka…- wyjaśniła, a Livia wróciła wspomnieniem do pewnego wydarzenia sprzed kilku miesięcy…
- To może biszkopt z kremem czekoladowym…
- Tak, to jest dobry pomysł. Chłopaki jutro rano wracają z koncertu. Na pewno będą mieli ochotę...

***

Marta siedziała w swoim pokoju. Wymigała się od zdawania relacji z pobytu we Francji pod pretekstem rozpakowania się. Usiadła na własnym łóżku. Cały czas tkwił w niej ten sam ból zadany przez Georga. Kochała go. Teraz, gdy już nie istniał ich związek ona uświadomiła sobie, że to miłość. Wtedy na dachu, gdy zapytał się o to, czy chce z nim być nie była niczego pewna. Był dla niej dobrym kumplem, znajomym, wmiarę przystojnym facetem ze znanego zespołu. Geo dzwonił do niej niemal bez przerwy, pisał smsy z przeprosinami, ale ona nie chciała by znów ją zranił. Ignorowała go, ale w głębi serca chciała odebrać i powiedzieć „wybaczam”. Po kilku minutach stwierdziła, że jednak ma z nim do ustalenia pewna sprawę. Odebrała telefon. Wiedziała, ze musi to zrobić.
- Słucham…- wycedziła przez zaciśnięte zęby.
- Kochanie, przepraszam…- zajęczał
- Nie mów tak do mnie… - odcięła się –Muszę ci powiedzieć, że… oddam ci te pieniądze, nie wiem jak, ale oddam… zarobię je, będę spłacać w ratach…
- Nie musisz… Chciałem ci pomóc…
- Nie rozumiesz mnie… Nie chce, żebyś sobie pomyślał, że to jakaś tam kłótnia, my nie jesteśmy już razem i nigdy nie będziemy… Całą kwotę oddam ci na pewno- rozłączyła się szybko, by nie usłyszał jak wybucha płaczem.

***

Noc była długa, ciemna i jeszcze bardziej samotna niż zwykle. Livia spała w obcym łóżku. Rozlokowała się w pokoju dla gości. Jej własny płacz zmęczył ją na tyle, że zasnęła.
„ Widziała go. Stał obok i ocierał słone krople z jej twarzy. Uśmiechał się lekko. Przytuliła się do niego mocno i szepnęła:
- Tato…- głos uwiązł jej w gardle
- Aniołku… Czemu płaczesz?- zapytał czule
- Bo ciebie nie ma…- kolejna łezka spłynęła po jej twarzy
- Nie płacz… Jestem teraz z mamą… Jestem szczęśliwy, ty też bądź… Uśmiechaj się i doceniaj tych ludzi, którzy ci pomagają oraz tych, którzy cię kochają inaczej niż ja, ale równie mocno…- pocałował ją w czoło i ulotnił się ”

komentarze [6]

Część 34.
poniedziałek, 1 stycznia 2007 ~ 01:11:19

To moja najdłuższa przerwa w dodawaniu notek- 14 dni, przepraszam, ale nic na to nie poradze. Dziękuję za wszystkie komentarze, nie było mowy o tym, że po 29 komentarzach dodam notkę :P Siedziałam sobie w sylwestra i naskrobałam coś takiego... Mam nadzieje, ze zarok sytuacja sie nie powtórzy i któraś z was zaprosi mnie do siebie na impreze... Szcześliwego nowego roku... Ten odcinek spewnością was zaskoczy, nie planowałam niektórych wydarzeń w nim zawartych, ale tak jakoś wyszło, wena mnie naszła... Wróciłam do starego szablonu, myślę, że dobrze pasuje... Chce mi się spac... mykam, jak mi się coś przypomni, to dodam wiadomość, pozdrawiam...
EDIT: Zmieniłam trochę wątek między Georgiem, a Martą, jeżeli ktos czytał to w nocy, proszę o ponowne zaznajomienie się.




Szczęk klucza w zamku wypełnił całe wnętrze mieszkania. W małym hollu Bill ustawił wszystkie walizki Livii. Marta pociągnęła za sobą Georga i omal nie przewróciła się o pakunki. Spojrzała ze zdziwieniem na niego. Po chwili zajrzeli do kuchni i zastali tam pogrążonego w myśleniu Billa.
- Dostałeś smsa stary?- zapytał Geo
- Nie, mam wyłączoną komórkę…- odrzekł cicho, głosem pozbawionym uczuć.
- Aha… To skąd…- chciał się dowiedzieć basista, lecz Czarnulek mu przerwał
- Czułem to…- szepnął chłopak
- A co z nią?- zapytała Marta
- Źle… Obwinia się, płacze, uważa, ze to ona powinna była zginąć…- załamał ręce
- To nie dobrze… cieszę się, że jesteś przy niej…
- Jedzie ze mną do Niemiec…
- To dobrze… ja jadę do domu, do Polski
- A Geo do teściów nie jedzie?- uśmiechnął się lekko Bill
- Nie…- zrobił grymas chłopak

***
Dredogłowy obudził się koło południa. Promienie słońca delikatnie ogrzewały jego twarz natarczywie oznajmiając, która jest godzina. Przetarł oczy i sięgnął po komórkę, która leżała na nocnym stoliku. Jego brat miał za kilka godzin wrócić z Paryża, więc Tom postanowił wykorzystać w pełni dany mu czas na odsypianie. W momencie, gdy odwracał się na drugi bok zadzwonił telefon burząc jego spokój. Podniósł go i naciskając kilka klawiszy odczytał wiadomość:
„Wstawaj brachu, jedziemy do was… Zabieram Livię na święta do nas, powiedz Dawidowi, że samolot ma opóźnienie”

Przeczytał smsa jeszcze raz i nie mógł uwierzyć w te kilka słów, w których treść dyskretnie wplątane zostało jedno kobiece imię- Livia.
- Ech Bill, Bill- westchnął na głos.
Podniósł się nieco ociężale i sięgnął po wiszące na krześle spodnie. Ziewnął przeciągając się przy tym. Wytrzepał je. Z tylnej kieszeni wypadło zdjęcie, jej zdjęcie. To samo, które udało mu się od nie dostać kiedy… Miał je zawsze przy sobie i czasami, gdy był bardzo zmęczony spoglądał na nie, wpatrywał się w jej oblicze, tak piękne, delikatne i jasne, a zarazem tak dojrzałe. Lubił przypominać sobie różne wydarzenia z nią związane. Czuł, że powoli zakochuje się w niej coraz bardziej, coraz mocniej i coraz goręcej…
Mała istotka sprawnie przesuwała się po tafli lodu. Wyglądała zjawiskowo- czterolatka w grubej, czerwonej kurtce i żółtej czapce sunęła bez potknięcia w swych bucikach z doczepionymi łyżwami. Śmiała się głośno i piszczała . Za nią ostrożnie, nieco koślawo kroczył Tom podtrzymywany za rękę przez Dianę.
- Nie mówiłeś, że nie umiesz jeździć…- zaśmiała się kobieta
- Nie pytałaaaaś…- chciał jeszcze coś powiedzieć chłopak, lecz zakręcił nieco niezgrabnego piruet i klapnął z impetem na lód.
- Oj Dzieciaku…- wybuchła głośnym śmiechem i odjechała szybko do córeczki. Postawiła ja koło bandy i kazała nie ruszać się o krok. Wróciła do Toma, który starał się podnieść samodzielnie z lodu zachowując przy tym resztki utraconego męskiego honoru.
- A co to za naburmuszona minka?- zaśmiała się Diana
- Żadna naburmuszona- żachnął się chłopak- Mój tyłek…- dodał udając płacz i spuszczając z tonu.
- Ej no, panie T.K. sam tego chciałeś…- usprawiedliwiła się Diana
- No bo ja myślałem, że to takie proste…
- Proste- wskazała ręką na małego aniołka jadącego w ich kierunku.
- Ej… ona ma to po mamusi, a ja? Jestem taki biedny- udawał pokrzywdzonego
- Oj… Ty masz też coś po mamusi… Nie znam jej, to ci nie powiem, ale na pewno coś…- odpowiedziała
- No ten wdzięk i urodę…- chwalił się
- Oj… mam nadzieję, że tego akurat nie…- pokazała mu język i odjechała do córeczki. Złapała ją i podniosła do góry. Podrzuciła ją, zakręcając koło nad swoja głową, łapiąc i stawiając z powrotem na tafli. Odjechała już kilka metrów od Toma. Wiedziała, że chłopak właśnie patrzy się na nią błagalnym wzrokiem, lecz chciała to usłyszeć- chciała by poprosił o pomoc…
- Di…- powiedział cicho, tak, że nie usłyszała tego- Di- powtórzył- Pomóż mi…- dodał


***

Drzwi znanego jej domu otworzyły się i przywitała ją szczupła kobieta o blond włosach sięgających ramion. Z rysów jej twarzy biło niezwykłe ciepło i życzliwość. Zaprosiła Livię ruchem ręki do środka. Przedpokój był równie żółty jak pół roku temu. Dziewczyna niepewnym krokiem przekroczyła próg domu i rozejrzała się nerwowo po pomieszczeniu. Nie wiedziała co ma powiedzieć. Była sama w obcym domu z matką chłopaka, którego zraniła, a którego kochała najbardziej na świecie. Zamknęła drzwi. Postawiła torbę przed sobą i zrobiła coś, co było jedynie sztucznym grymasem. Kobieta widziała zakłopotanie koleżanki Billa. Podeszła do niej bliżej i wyciągnęła rękę w przyjacielskim geście powitania.
- Jestem Simone- mama Billa i Toma…- dziewczyna uścisnęła jej dłoń
- Livia… - chciała coś jeszcze powiedzieć, ale nie wiedziała co…- Po prostu Livia- roześmiała się nerwowo
- Wejdź do pokoju… Rozgość się… Ja zrobię herbatę
- Ja… nie chciałabym przeszkadzać… ja… mogę wrócić do Paryża… Wiem, że Bill panią prosił i pani nie chciała mu odmówić, ale ja… naprawdę… państwo macie własne życie, nie chcę zawadzać- powiedziała jąkając się z zakłopotania…
- Cśśśś -uciszyła ją Simone- Bo się pogniewam… naprawdę myślisz, że ja to zrobiłam tylko dlatego, że Bill…- nie chciała kończyć- Otóż moja droga, masz po części racje, bo gdyby nie Bill, to ja bym nie wiedziała, że istnieje taka czarująca osóbka jak ty… No i rozgość się w pokoju… Zrobię herbatę i ci pokaże gdzie będziesz spała…
- To może ja pomogę…- zasugerowała nie bardziej rozluźniona…
- Jeżeli chcesz…- wskazała ręka kobieta

***
Georg trzasnął mocno drzwiami od łazienki. Czuł się jak palant, kompletny idiota. Tak bardzo ją kochał, tak bardzo chciał być z nią zawsze i wspierać, a powiedział jej to wszystko... Uderzył mocno pięścią w te same drzwi i krzyknął na całe gardło. Zranił ją. Tak bardzo zranił… Jeszcze czuł na sobie jej wargi. Jeszcze ciepło jej oddechu sprawiało, że szalał. Jeszcze drżał pod dotykiem jej małych, zgrabnych, wszędobylskich paluszków. Kochał ją, pragnął, a mimo to zranił…
Delikatnie głaskała jego brzuch od czasu do czasu drapiąc go subtelnie na granicy bokserek. Uśmiechała się lekko i ściągnęła z niego koszulkę. Był taki przystojny, taki męski i czuły zarazem. Drażnił dotykiem jej szyję. Zamknął oczy, by napawać się dotykiem jej warg na swoim jabłku Adama.
-Mmmm- wyrwało się z jego ust.
Poczuła w sobie rozlewającą się miłość, której tak bardzo się bała. Ale czy była do końca pewna, że go kocha? Odpowiedz brzmiała nie. Miała dużo wątpliwości co do tego, czy to czym teraz go obdarza jest miłości, Czy ta troska, chęć bycia blisko, pomocy w trudnościach i dreszcz podniecenia, gdy wsunął dłoń pod jej bluzkę faktycznie jest miłością?
W tym samym czasie, gdy dziewczyna zastanawiała się nad tą kwestią chłopak rozważał inną ważną. Za każdym razem, gdy pochylała się, by złożyć pocałunek na jego aksamitnym torsie on widział tych mężczyzn… Widział sapiących z podniecenia samców, którzy w jej obecności patrząc na to samo ciało dawali sobie przyjemność bezuczuciowym ruchem ręki. Nie mógł nad tym zapanować. Nie umiał. Jej pocałunki paliły go żywym ogniem. Wwiercały się boleśnie w świadomość. Czuł ciśnienie, obrzydzenie… Odepchnął ją. Z całą siłą zrzucił z siebie i wstał niczym oparzony…
Była zaskoczona i zdziwiona jego reakcją. Domyślała się o co może mu chodzić. Jedna łza spłynęła po jej policzku, wkrótce dołączyła do niej kolejna i następna, by przerodzić się w potok łez.
- Geo?- zapytała, a jej głos brzmiał boleśnie w jego uszach.
Widział tych mężczyzn. Dziesiątki, setki, tysiące leżących na niej. Posiadających ją w nieskończoność. Widział ich podniecenie, a co gorsza widział jej podniecenie, jej orgazmy dawane przez innych, przez tamtych, przez tych, których nigdy nie było i wiedział o tym. Doskonale wiedział, że ich nie było.
- Nie potrafię…
- Geo, tylko ty… tylko…- bolesny szloch wyrwał się z niej
- Nie… Nie kłam, ilu ich było?- zakpił. Kolejne pytania same cisnęły mu się na usta, ale nie wypowiadał ich. Zachował resztki samokontroli. Jak chcieli, żebyś im robiła? Ustami, ręką?- dźwięczały w jego mózgu zdania. Rozdzierały jego świadomość.. Tak bardzo ją ranił. Rozcinał jej serce, jej duszę, jej godność tępym nożem. Krzyk jej wnętrza, niemy krzyk…
- No powiedz! Przyznaj się…- po raz pierwszy na nią krzyknął. Załkała. Ile razy ich spuszczałaś?! Ile!- krzyczał głos w jego wnętrzu.
Sam nie wiedział co się z nim dzieje. Nigdy taki nie był… Nigdy i wobec nikogo.
- Ile razy prosiłaś ich, żeby ci zrobili dobrze?!- wrzasnął jeszcze głośniej tłumiony dźwięk w nim samym. Nie mówił jej tego, nie wyżywał się na niej, ale czy to zmieni fakt, że tak właśnie w tej chwili o niej myślał. Przez te kilka sekund, przez te kilka chwil.
Ona stała na środku pokoju i płakała. Słuchała tego, tak bardzo ją obraził, tak bardzo zranił. Najbardziej. Spojrzał na nią. Zobaczył to, czego nie widział w szale zazdrości - dziewczynę, którą kochał. Podszedł do niej i chciał ją przeprosić. Przytulić i powiedzieć, że nad sobą nie panował, ale ona nie pozwoliła mu na to… Nagle powrócił do niego. najczarniejszy obraz z dzieciństwa. Jego ojciec krzyczący na matkę w ten sam sposób co on teraz na Martę. Przypomniał sobie, co obiecał swej mamie, że nigdy nie zrobi tego swojej kobiecie. Zapłakał. Widział pierwszy policzek, który ojciec wymierzył jej. Widział, jak bierze ogromny nóż i grozi jej, że ją zabije, jeżeli jeszcze raz go zdradzi. Wyzywa ją od dziwek, od ladacznic, a przecież to tylko listonosz, to tylko paczka, którą trzeba było pokwitować i dlatego zajęło to 5 minut. Widzi rodzicielkę słaniającą się na podłogę i ojca, którzy nie raz ją już zdradził, a który nie pozwala jej porozmawiać z listonoszem. Boli. Boli wracające wspomnienie i złamana obietnica. Pamięta, co było po tym -walizki ojca za drzwiami i pozew o rozwód. Pamięta przeprowadzkę do Magdeburga i strach w jej oczach za każdym razem, gdy przechodziła obok mężczyzny. Pamięta to wszystko.
- przepraszam…- wyjęczał.
Nie reagowała. Brzydzi się mnie, brzydzi- szepnął głosik w jej głowie. Otarła łzy z oczu i suchym, bezuczuciowym tonem powiedziała:
- Idziemy do Livii… Będziemy udawać, żeby nic nie podejrzewała…
- To koniec?- marzył, żeby powiedziała „nie”
- Tak

To jedno tak brzmiało w jego uszach cały czas. TAKTAKTAK TAKTAK TAK TAK TAKTAK, niczym wystukiwany rytm. Kochał ja. Tak bardzo. Chciał być znów przy niej. Cofnąć czas. . TAKTAKTAK TAKTAK TAK TAK . TAKTAKTAK TAKTAK TAK TAK. Za nim wspaniałe miesiące. Najwspanialsze.

***

- To pokój Billa- wskazała ręką na drzwi.- Nie wystrasz się, dawno go tam nie było…- zaśmiała się i otworzyła
Pokój był jasny, pomalowany na pomarańczowo. Pod ścianą obok okna stało łóżko. Naprzeciwko niego niewielki biurko. Livia rozejrzała się ze zdziwieniem. Wnętrze było normalne, typowe dla nastolatka. Jasne panele przykrywał niewielki chodniczek znajdujący się na środku pokoju, na jego wyposażeniu znajdowała się także wieża z mnóstwem przeróżnych płyt, kilka książek, ramka ze zdjęciem rodzinnym z dzieciństwa, komputer i niewielki stoliczek obok łóżka, na którym leżała nieco pomięta serwetka. Zdziwienie na twarzy Livii nie umknęło Simone, która odezwała się:
-To jest właśnie cały Bill- westchnęła kobieta i wyszła zamykając drzwi.
Livia usiadła na łóżku. Czuła się pusta. Nie miała już serca, nie miała duszy, nie miała uczuć. Tęskniła za tata. Zawsze się wspaniale dogadywali, a po śmierci mamy był jej jedyną opoką. Często siadali przy kawie, a on wspominał jej o tym, jaka ona była, jak się poznali… Kilka łez potoczyło się po jej policzku. Bolała ją ta pustka. Wszystko było bezsensowne, bezwartościowe, nic nie miało nadziei… Szlochała. Miała nadzieję, że płacz ukoi rany. Nic bardziej mylnego. Im więcej łez, tym większa pustka. Telefon zadzwonił prawie niedosłyszalnie. Odebrała przecierając jednocześnie oczy z łez.
- Halo?- zaczęła rozmowę.
Głos jej drżał. Wiedział, że płakała, ale nie pytał jej o to. Słyszał to, czuł i właściwie nie dziwił jej się.
- Zapewne siedzisz w moim pokoju…
- Taaa- mruknęła
- Trochę się tu zmieniło, przez te parę miesięcy…- wytłumaczył
- Trochę…- westchnęła
- Wstań!- rozkazał
- Skąd wiesz, że leżę?- zadała pytanie
- Heh… Poznałem po tonie głosu… Wstań!- wytłumaczył, lecz nie dał się jej zwieść
- No- odparła
- Teraz podejdź do okna…- kontynuował nieco delikatniej
- No- odburknęła
- Oprzyj dłonie o parapet…
- Jedną oparłam- potwierdziła
- Ok. Teraz opowiadaj co widzisz…
- Jakieś pola, pagórek, droga i no to wszystko…
- Źle… Połóż się… Ja będę jutro, więc pogadamy… A teraz prześpij się.. moja mama się nie pogniewa…
- Wiesz co, zejdę i jej pomogę…- upozorowała radosny ton głosu, ale on wiedział, ze to sztuczne. Wiedział, bo ją kochał.

komentarze [34]



O szablonie

Szablon wykonany przez Annikę.
Więcej takich znajdziesz na Lajabajas.
A zdjęcie znalezione tu.