#
{akcja}
2134

Książka

zobacz
wpisz

Ja


utul
o mnie

Wy





Przeszłość

2006
lipiec (8)
sierpien (7)
wrzesień (7)
październik (7)
listopad (6)
grudzień (5)

2007
styczeń (5)
luty (2)
marzec (3)
kwiecień (1)
maj (5)
czerwiec (1)
lipiec (2)
sierpien (1)
październik (2)
listopad (2)
grudzień (3)

2008
luty (1)
marzec (1)
maj (1)
lipiec (1)

2009
marzec (1)
lipiec (1)

2010
styczeń (3)
marzec (2)
kwiecień (1)
maj (2)
sierpien (1)

Info 4.
sobota, 23 grudnia 2006 ~ 15:10:32

Życzę wam wesołych świat, pełnych radości, miłości, spokoju i rodzinnego ciepła. Niech ten czas wypełniony bedzie tym, co w czasie świąt jest najważniejsze... Postaram sie przed sylwestrem dodać nową notkę, ale nie obiecuję... Buziaki dla was...

PS. Zapomniałam dodać tego do wiadomości pod ostatnią notką- w opowiadaniu minęło kilka miesięcy, ale, że już po sylwestrze to dodałam dla waszej wiadomości, ze to rok pożniej...

Najwięcej komentarz na blogu 29...

Przepraszam, ze nie komentuje na waszych blogach... nadrobie to...

Ma ktoś jakiś pomysł na szablon, albo, jakiś dobry adresik?

komentarze [19]

Część 33.
poniedziałek, 18 grudnia 2006 ~ 22:56:33

Masa pracy, a właściwie nauki... Zrozumcie matura jest dla mnie bardzo ważna... Nie wiem co mogę wam powiedziec... hmmm... dzięki za ponad 11tys. kliknięć, jesteście kochani, teraz musicie mi dac 11tys. komentarzy pod notką... do pracy rodacy :P Mam nadzieję, ze długość was zadowoli... pozdrawiam


Stała samotnie w strugach deszczu. Ból, samotność, pustka- wszystkie negatywne uczucia skumulowały się i wybuchły w jednym czasie raniąc tę delikatną istotę. Nie miała już nic. Wszystkie ważne osoby były już na tamtym świecie. Była zła na Boga, na tatę, na Billa. Patrzyła jak zakopują trumnę z ciałem ojca. Tęskniła za nim, a jednocześnie była zła za to, że ją zostawił samą. Tyle miała mu do powiedzenia, tyle wspólnych wzruszeń. Łzy całymi strumieniami spływały po jej drobnych policzkach. Kochała go, a jego już nie ma. Zostało po nim kilka zdjęć, szafa pełna ubrań, buty, pusty fotel i kubek z jego imieniem, sporo pieniędzy na koncie i cała masa wspomnień. Słone krople mieszały się z tymi kapiącymi z nieba. Poczuła, jak ktoś ją delikatnie obejmuje. Przez głowę przebiegła jej myśl, że powoli odchodzi od zmysłów, bo kto to mógłby być. Przecież nie jej babcia od strony mamy, bo ta nie raczyła nawet przyjść na pogrzeb, a nikt inny już jej nie został, oprócz babci w Polsce. Odwróciła się by sprawdzić, czy nie jest to złudzenie. Zobaczyła czarnowłosego chłopaka. Odsunął się od niej i rozłożył parasol ochraniając ją od deszczu. Podał jej chusteczkę, lecz nie widząc żadnej reakcji z jej strony wyjął kolejną i wytarł spływające po policzku krople. Dopiero teraz spostrzegła, że to Bill. Z jej ust wyrwał się szloch. Przytulił ją odrzucając parasolkę na ziemie. Ta potoczyła się kilka metrów dalej. Stali przytuleni. Ona w jego ramionach. Starał się po prostu być. Nic nie mówił, jedynie gładził ją po włosach, a ona płakała. W końcu przerwała ciszę.
- On mnie zostawił…Rozumiesz…Po prostu umarł i … Tak mi go brak…. Zostałam sama…nic…chcę umrzeć…- mówiła pomiędzy kolejnym atakiem płaczu.
- On cię kochał i nie wolno ci tak mówić… Ty musisz żyć… dla niego…dla siebie…i …- zawahał się, czy to powiedzieć, lecz…- i dla mnie… On cię tak kochał… to był atak serca… on tego nie planował…
- Wiem, ale… tak mi źle…- łzy kapały mocząc jego ramię. Nie wiedział jak się zachować, co powiedzieć, a może nic nie mówić.
- Chodź- odezwał się po piętnastu minutach-Musisz odpocząć, przespać się, musisz… Po prostu chodź…- chwycił ja pod rękę ponownie zastawiając ich parasolem.

***

- Geo…- szepnęła widząc, jak podchodzi do niej- Chodźmy stąd… Zostawmy ich samych…- dodała i pociągnęła go za rękę. Wyszli za bramę cmentarną i pomaszerowali w nieznanym Marcie kierunku.
- Dokąd mnie prowadzisz?- zapytała
- Do naszego hotelu- odrzekł- Lepiej niech teraz będą sami…- kontynuował
- Rozumiem… - odparła- Geo… To jest niesprawiedliwe, tak bardzo się kochają… Należą do siebie od pierwszej sekundy, w której się zobaczyli, a los cały czas ich od siebie oddziela i teraz gdy się spotkali, to ona nie ma już siły żyć…
- Bill jej pomoże…- westchnął chłopak i zatrzymał się przy czekającej na nich taksówce. Po chwili otwierał już drzwi pokoju i zapraszał ją do środka. Weszła i usiadła na łóżku, opierając przy tym głowę o podkurczone kolano. Tak Bardzo się bała, że Livia się załamie, że Bill na nią nakrzyczy, że nie podejdzie do niej… Tak bardzo się bała, że źle postąpiła
- Marta?- przerwał cisze chłopak.
Usiadł obok niej i przyciągnął do siebie
- Geo, a jeżeli on… jeżeli ja źle zrobiłam?
- Bill ją kocha, nie zrobi jej krzywdy…-odparł
- Tak się o nią boję… żebyś wiedział co ona wygadywała…- westchnęła wtulając się w niego.

***

Zrobił jej herbatę i zaniósł do łóżka, w którym leżała patrząc w jeden punkt. Została sama, nie miała już nikogo z bliskich. Podał kubek z gorącym naparem i usiadł obok niej. Kochał ją i obiecał sobie, że następnym razem, gdy ją spotka na pewno ją pocałuje. Nie przewidział jednak takiej ewentualności, przed jaką postawił go los. Pogładził ją po włosach i słuchał ciężkich westchnień, pomieszanych ze szlochem. Jak dobrze, że tu był, że nie zakłócając jej ciszy i nie negując cierpienia trwał obok dzieląc z nią smutki. Było jej lżej. Powoli zaczynało brakować łez, już nie miała czym płakać. Zamknęła powieki i złapała go mocno za dłoń. Usnęła. Siedział tak, patrząc na nią aż na nowo otworzyła oczy i lekko zachrypniętym od płaczu głosem zapytała:
- Skąd wiedziałeś?
- Marta- odparł- Zadzwoniła do mnie i powiadomiła mnie…
- Dzięki, że jesteś…
- Nie mogłem nie przyjechać- wyszeptał
- Ja… miałam jeszcze tyle do powiedzenia, tyle… -rozpłakała się- Nie było mnie przy nim…
- Nie mogłaś nic zrobić… - pogładził ją po głowie- Musisz się pogodzić z tym, że nie na wszystko masz wpływ… Nic byś nie zrobiła, gdybyś tam była…
- Ale byłabym tam… Byłam jego córką… Jestem… -na chwilę przerwała ze szlochem- Oni są tam… wszyscy, których kocham są tam… - łkała. Usiadł obok niej na łóżku i przyciągnął do siebie. Była blisko, on był blisko, dawał ukojenie… pozwolił jej się po prostu wypłakać…
- Prześpij się..- szepnął kładąc ja z powrotem
- Bill?- zapytała cicho
- Tak…
- Będziesz, jak się obudzę?
- Będę przy tobie już zawsze…- odpowiedział, a jego słowa zabrzmiały jak przysięga, którą faktycznie były…
***
- Jadę na święta do domu, do Polski…- szepnęła podnosząc głowę znad jego klatki piersiowej. Leżeli właśnie na łóżku i wtuleni w siebie rozkoszowali się swoją obecnością…
- Co z Livią?- zapytał
- Nie pytałam… kotku, ona ze mną nie pojedzie…
- Dlaczego?- zdziwił się
- Ehh..- westchnęła- Zmory przeszłości…- dodała.
W pokoju zapanowała kompletna cisza. Chłopak nadal całował brązowe włosy dziewczyny, drapiąc ją równocześnie po plecach… Dobrze wiedział, że to uwielbia… Tyle razy zrywał się dla niej z After Show Party, by złapać samolot i pobyć kilka godzin w jej towarzystwie. Zawsze rzucała mu się wtedy w ramiona i krzyczała, że jest wariatem. Pamiętał o ich miesięcznej rocznicy. Przyleciał wtedy do niej z biletem na pięciodniową wycieczkę na Karaiby… Wiedział, że to nie zbyt długo, ale nie udało mu się wytargować ani godziny dłużej od menagera. Szalał za nią, a ona? Ona cały czas starał się utrzymać dystans… Tak naprawdę to nigdy się przed nim tak do końca nie otworzyła…
- A może Bill?- przerwał ciszę Georg
- Co Bill?- nie zrozumiała Marta
- Może Bill ją zabierze na święta…- dodał chłopak
- To jest znakomity pomysł, tylko… czy ona pojedzie?- nie wierzyła do końca brązowowłosa
- Napisze do niego sms…

***
Rudowłosa kobieta wpatrywała się w bawiącą się w pokoju córeczkę. Malutka woziła w wózku lalkę, którą dostała na Mikołaja od… Diana wróciła myślami do tamtego wieczoru…
W jednym z magdeburskich domów rozległ się dzwonek do drzwi. Diana zastanawiała się kto to może być- teraz, gdy śnieg za oknem przykrywał wszystko. Był dokładnie 6 grudnia… Otworzyła drzwi i zauważyła po drugiej ich stronie ubranego na czerwono w strój Mikołaja chłopaka z wielkim workiem. Zdziwiła się rozpoznając w nim Toma. Serce załomotało jej w piersiach.
- Nie zaprosisz do domu świętego Mikołaja?- zapytał udając głos staruszka
- U nas prezenty przynosi Christkind, albo Weinachtsmann, a nie Mikołaj…- odparła sucho
- Oj… Prezentów nigdy za wiele…- bronił się starszy Kaulitz i zanim zdążyła zamknąć mu drzwi przed nosem był już w środku. J
- Jest tutaj jakaś grzeczna dziewczynka?- zapytał bardzo głośno, tak, by siedząca w pokoju Laura dobrze go usłyszała
- Jestem…- krzyknęła rozbawiona dziewczynka i biegiem rzuciła się Tomowi w ramiona.
- To zaproś Mikołaja do środka…- odparł i poszedł prowadzony przez Aniołka
- Usiomdź…- wskazała mu krzesło
- Oooo Mikołaj jest bardzo stary… Taak mnie boli głowa….- westchnął, teatralnym gestem łapiąc się za nią- Zaśpiewaj piosenkę, to dam ci prezent…- zaśmiał się widząc wesołą minę dziewczynki. Zerknął ukradkiem na Dianę. Kobieta była niesamowicie szczęśliwa, widząc uśmiech na twarzy dziecka. Teraz właśnie widziała, co traciła wychowując Laurkę samotnie, bez ojca…
„O Tannenbaum…” zaczęła nucić dziewczynka, a Tom wybuchnął śmiechem widząc jej słodka minkę
- Proszę, oto prezent…- wyciągnął z worka wielkiego misia i lalkę. Laurka była bardzo zadowolona, nie wiedziała czym a się pierwszym pobawić, co najpierw przetestować. Jej mama bardzo ją kochała, ale nie stać ja było na taki prezent… Tom odszedł od dziecka, podszedł do jego matki i pociągnięciem ręki wyciągnął ją na korytarz…
- Tom, my nie możemy tego przyjąć…- wyjęczała Diana
- Czego? To tylko zabawki…- zdziwił się
- To są najdroższe zabawki ze sklepu…- kontrargumentowała
- Nie mam swojego dziecka, więc na co mam je wydawać…- odrzekł Tom- Spójrz, jak się cieszy… Odbierzesz jej to teraz?- dodał z wyrzutem chłopak
- Dziękuję…- pocałowała go szybko w policzek
- To ja dziękuję… Wasze szczęście jest moim szczęściem…-przyciągnął ją do siebie i odwrócił tak, że oparła się o ścianę.
- Jak ty to sobie wyobrażasz?- zapytała z lekką ironią w głosie
- Jak to jak?- zdziwił się, że nie wierzy w jego uczucie i dojrzałość
- Jesteś jeszcze dzieciakiem, dla ciebie to jest przygoda… A co ze mną? Co z Laurą?- zapytała wprost
- Ja… tak mi przykro, że myślisz tak o mnie… że sądzisz, iż jestem szczeniakiem.. .zwykłym gówniarzem… Kocham się, udowodnię to… kocham ciebie i Laurkę… To jest takie wspaniałe dziecko, chciałbym z wami zamieszkać, być z wami bliżej… Mogę już… mam 18 lat…
- No właśnie… A ja mam … mam…prawie 30… to byłby związek bez przyszłości…
- Proszę, nie mów tak…- delikatnie pogładził ją po policzku. Wyswobodziła się i odsunęła, a Tom skrzywił się wyraźnie
- Nie Tom, nie dziś, nie dam ci mnie rozczulić pocałunkami… dziś będę podejmować trzeźwe decyzje, bez emocji, bo muszę myśleć o córce…
- Kocham cię…- wyjęczał, jakby to był jedyny argument, którym mógłby się obronić przed karą śmierci…
- Ja ciebie też, ale nie możemy być razem Dzieciaku…- oznajmiła i odwróciła się w druga stronę ukrywając łzy, które popłynęły po jej policzku
- Nie mów tak… przemyśl to… zastanów się…
- Nie… Dzieciaku, tu już nie ma nad czym myśleć… Ja nie mogę z tobą być, znajdziesz sobie młodsza i ładniejsza ode mnie i to z pewnością bardzo szybko
- Mylisz się, już nie znajdę, już nie będę szukał…


***

Czarnowłosy siedział w kuchni i pił herbatę. Wpatrywał się w sylwetkę dziewczyny raz po raz podchodząc do progu. Tak bardzo ją kochał, tak bardzo pragnął wziąć jej cierpienie na siebie i znów zobaczyć ten piękny uśmiech. Wiedział, że nie śpi… Leżała wpatrując się w jeden punkt i rozmyślając. Gnębiło ją poczucie winy… Gdybym tam była, gdyby on wiedział, że ja go kocham, że nie musi tak bardzo się wysilać…- powtarzała sobie w myślach
- To ja powinnam była umrzeć, a nie on…- szepnęła.
Bill usłyszał to prawie tak dobitnie, jakby dziewczyna krzyknęła mu to prosto w twarz. Wszedł do pokoju i klęknął obok niej. Wpatrywał się w nią starając się uchwycić jej wzrok. Bolało go to, że jedyna istota, na której mu tak naprawdę zależało właśnie zadręcza się…
- Aniołku…- powiedział
- Nie mów tak… Tylko on… tylko tata może tak na mnie mówić…- warknęła
- Nie zadręczaj się…- pogładził ją delikatnie po głowie- On by tego nie chciał..- dodał
- A co ty możesz wiedzieć!- krzyknęła i rozpłakał się ponownie
- Nic… masz racje, nic..
- Bill, przepraszam… ja się wyżalam, a ty… możesz iść i mnie zostawić, nie wymagam od ciebie, żebyś był… nie mam prawa…
- Liv… tylko ty… Słyszysz- powiedział głośniej- Tylko ty masz do tego prawo…- dodał
- Pojedź ze mną do Loitsche…- jego głos przybrał ton żałosnego jęku
- Bill, nie mam prawa…
- Liv, proszę, bądźmy przyjaciółmi… proszę cię, nie zostawię cię tu…- odparł.
Wstał gwałtownie.
- Gdzie masz walizki? Gdzie masz ciuchy? Numer telefonu na lotnisko jest mi potrzebny…
- Walizki są w szafie gdzie ubrania… Książka telefoniczna w biurku…- odparła głosem nie wyrażającym żadnych emocji…

***
Dredogłowy leżał na hotelowym łóżku i tęsknił. Tak bardzo brakowało mu Diany i Laury…. Nigdy nie podejrzewał się o taki romantyzm i sentymentalizm. Pragnął stworzyć z tą drobną, rudowłosa kobietą dom. Wspominał ten dzień, w którym wrócił do domu w stroju Mikołaja… Pamiętna rozmowa z bratem….
- Stary, a może ona ma racje?- zapytał w końcu Bill po wysłuchaniu tego, co Tom miał mu do powiedzenia
- Nie, nie, nie, nie, nie….- powtarzał z lekką rezygnacja
- Popatrz na to z innej strony… Ona ma dziecko, jest już dojrzałą kobieta i dla niej taki związek jest już na resztę życia, a ty… no… ten jak by ci tu… masz 18 lat stary, możesz mieć w życiu nie jedna dziewczynę…
- Ale ja nie chcę innej tylko ją!- prawie krzyknął
- No, a może to tylko kaprys? Może masz ochotę ją przelecieć i sobie wmawiasz, że to miłość?- kontrargumentował Bill
- Wal się stary… do łóżka to ja mogę iść z każdą napaloną fanką, a ona… ja ją kocham, ją i Laurkę…- uśmiechnął się na samą myśl
- Wiesz co, może ty pogadaj z mamą, ona ci to lepiej wytłumaczy, niż ja… ona takie coś
przeżyła…

Chłopak długo nie mógł zebrać się na odwagę, by zapytać matki o to, co tak go dręczyło… Jednak po kilku godzinach spędzonych na wypalaniu kolejnych papierosów, zdecydował się na zejście do kuchni i zagadanie…
- Mamo?- zaczął rozmowę. Kobieta właśnie szykowała kolację. Odwróciła się i lekko uśmiechnęła, by zachęcić syna do kontynuowania.
- Tak…- odparła
- Mogę cię o coś zapytać?- ciągnął
- Jasne, siadaj synku…- wskazała dłonią krzesełko
- No bo ten…- zaczął nieporadnie chłopak i czekał, aż kobieta usiądzie…
- No dobra, to co się stało…- spojrzała w jego oczy i spostrzegła coś niebywałego- mieszaninę strachu, obaw ,ale i głębię… Czyżby się zakochał?- brzmiało pytanie w jej głowie…
- To taka hipotetyczna sytuacja i… no ten…- jąkał się- Jest starsza od faceta babka i ona ma dziecko, córeczkę- prześliczną, uroczą, z takimi figlarnymi oczkami- lekko się rozmarzył- i no… jak ja mam ją zachęcić…
- Ty? Przecież to tylko hipotetyczna sytuacja…- zaśmiała się głośno
- No ona jest cudowna, ale wychowuje sama córeczkę i ja nie wiem, co powinienem zrobić…- spojrzał błagalnie na matkę
- Synku…- zaczęła ciepło- Cieszę się, że do mnie masz zaufanie… Mogę ci powiedzieć, że to nie jest takie proste… Ona nie chce, żeby córeczka się do ciebie przywiązała, bo gdyby kolejny raz ktoś od nich odszedł, to dziecko nie potrafiłoby tego zrozumieć… Jorg długo musiał mi udowadniać, że to jest prawdziwe uczucie…- zakończyła dygresją
- Aha… A są jakieś szanse?- zapytał smutny
- Musisz się starać i udowodnić jej, że jesteś dojrzały…- odrzekła- A ile ona ma lat?- dodała szybko Simone
- 26…
- Uuuu- jęknęła
- Mamo- oburzył się Tom
- Tomciu, jestem twoja matką, mam prawo się o ciebie obawiać…

komentarze [11]

Część 32.
piątek, 8 grudnia 2006 ~ 20:33:23

Notka z gatunku tych smutnych... Myśle, ze takiego biegu wydarzeń się nie spodziewaliście, nie jest dopracowana i jest jedną z gorszycj, które napisałam, ale jak to się mówi ble do przodu i napewno napiszę jeszcze masę super... Pozdrawiam i zapraszam do komentowania... jest to może trudne, ale po kilkakrotnym odświeżeniu da się to zrobić... buziaki dla was...

Stał właśnie przed drzwiami pokoju menagera. Chciał zapytać, czy zdarzy jeszcze przejść do najbliższej kwiaciarni. Był taki szczęśliwy wspominając wczorajszy wieczór. Pragnął zasypać Martę toną kwiatów i zacałować. Nacisnął lekko klamkę i otworzył drzwi.
- Mówię ci, taka laska…- powiedział jeden, pokazując kciukiem do góry odpowiedni znak
- Gorący towar… na samą myśl krew mi spływa miedzy nogi…- odparł drugi.
- Takich cycków i dupy już dawno nie widziałem..- Georg poczuł, jak coś w nim pęka. Przez cały czas starał sobie wmówić, że nie robi to na nim wrażenia, że nie jest zazdrosny, a fakt, że jego dziewczyna uprawiała nietypowy zawód nie obchodzi go. Okłamywał się, dopiero teraz pojął to. Miał ochotę wejść z impetem trzaskając drzwiami i stłuc wszystkich tych, którzy oglądali jej pokaz.
- Taką, to tylko przelecieć…- odezwał się Jost, a Georg już prawie nie panował nad sobą i czuł, że jeżeli tamten nie przestanie, to on skończy swą karierę basisty… Zamknął drzwi i wrócił do swego pokoju.

***
Zauważył ją. Stała na palcach i układała szklane butelki na przedostatniej półce. Miała na sobie zwykłe wytarte dżinsy i służbowa koszulę. Delikatny pukiel włosów wystawał spod niedbale uczesanego kucyka. Była taka piękna, taka pociągająca. Chciał mieć ją w ramionach, czuć pod palcami gładka skórę i wdychać piękny zapach jej perfum tuż za uchem. Podszedł do niej. Znajdował się tak blisko, że wyraźnie poczuła jego obecność. Początkowo nie miała pojęcia kim jest ta osoba, lecz, gdy tylko czyjś oddech ogrzał jej kark wiedziała już, że to on- Dzieciak. Pragnęła jego ciepła, dłoni, ust, tego wszystkiego, co mógł jej dać, jednak zdawała sobie sprawę, że nie może podejmować pochopnych decyzji pod wpływem emocji. Miała dziecko i to ono było w tej chwili najważniejsze. Odstawił butelkę na miejsce i pocałował ją w kark. Poczuł wyraźnie dreszcz, który przeszedł jej ciało. Chciała tego samego co on, nie mogła go oszukać. Szybko odwróciła się do niego. Tom miał nadzieję, że odda mu pocałunek skradziony tamtego wieczoru. Mylił się
- Nie życzę sobie, aby pan podchodził do mnie niestosownie blisko… Jestem teraz w pracy, a ponadto nie jest to sklep, w którym można sobie kupić kobietę na jedna noc- powiedziała tonem oficjalnym, a jednocześnie zawierającym w sobie nutę ironii.
- Di…- szepnął. Poczuł lekkie ukłucie w klatce piersiowej. Myślał, że jest dla niej kimś więcej, ze będą przyjaciółmi, ale jej uwaga skutecznie odebrała mu resztki złudzeń. Zabolało- Czemu taka jesteś?
- Jaka? No niby jaka? Ty jesteś osiemnastoletnim dzieciakiem, który nie ma większych problemów niż kolor czapki pasujący do bluzy, a ja mam 26 lat i dziecko, wiec nie mówi mi, że mam nie być „taka”
- Nie wierzę, że tak myślisz… Przecież chciałaś tamtego pocałunku…- jęknął
- Przestań się zabawiać moim kosztem… Jak chcesz dziewczynę do łóżka, to masz ich tysiące po każdym koncercie… Na świecie są miliony dziewczyn w twoim wieku, skup się na nich przy szukaniu kandydatki na sympatię, a nie narzucaj się samotnej matce… Nie przychodź, nie dzwoń, nie istniejemy dla ciebie już…
- Ale…- nim zdążył dokończyć dziewczyna zabrała resztę pudełek i udała się w kierunku zaplecza…

Kilka miesięcy później- kwiecień następnego roku


Na wyświetlaczu widniał napis „Livia dzwoni”. Bill zdziwił się bardzo, jednak postanowił nie odbierać. Nie pozwalała mu na to jego duma i niechęć złamania obietnicy danej samemu sobie, że nie będzie już z nią nigdy rozmawiał. Telefon dzwonił bez ustanku przez 30 minut i w momencie, kiedy do pomieszczenia wchodził rozdrażniony Tom, Bill rzucił:
- Już- przyciskał z wahaniem zieloną słuchaweczkę- Z jakiegoż to powodu spotkał mnie taki zaszczyt, iż dzwoni do mnie sam Livia…
- Przestań- usłyszał głos Marty
- Ooo to ty?- zdziwił się
- Tak to ja i chcę ci coś powiedzieć…
- Niby co?
- Możesz się zamknąć!- wrzasnęła
- Tylko po to do mnie zadzwoniłaś?
- Ojciec Livii nie żyje- wycedziła, a Billa zamurowało
- Co?- pytał wybity z rytmu
- To- odparła- Pogrzeb po jutrze w Paryżu o godzinie 15.30 w kościele Św. Patryka, a później na cmentarzu przy ul. Chopina…
- O jaa- zdołał wydusić zaskoczony czarnulek- Jak to się stało? Jak ona się trzyma? Dlaczego? Ja mam trasę…
- Zrób coś, ona cię potrzebuje, straciła najważniejszą osobę w życiu... To był atak serca, za duże tempo życia…
- Będę…- odparł i usłyszał zbliżający się dźwięk szlochu Livii i zakończenie połączenia. Był prawie pewny, ze dziewczyna o niczym nie wiedziała… Chciał być teraz przy niej, trzymać ją za rękę i nic nie mówić, po prostu trwać razem z nią w smutku. Nie pamiętał już o swoim bólu, o swoim złamanym sercu, o tym wszystkim, co pragnął wymazać, była tylko ona i tylko jej nieszczęście się liczyło. Kochał ją i pragnął wziąć jej cierpienia na siebie, ulżyć jej i ocierać z policzka słone krople. Usiadł na łóżku i opuścił głowę. Nie wiedział co zrobić, by odwołać koncert, by zarezerwować bilet do Paryża na jutro, albo najpóźniej na pojutrze rano. Wstał i mimo późnej pory udał się do pokoju Josta. Zapukał do drzwi. Nikt nie otwierał, lecz czarnowłosy kontynuował dopóki nie usłyszał zaspanego głosu i kroków.
- Co jest? Który znowu zabalował, albo torba panience zapłacić za milczenie…- powtarzał stały frazes nieco zachrypniętym głosem
- David, ja muszę byś jutro w Paryżu- powiedział Bill, a menager nagle się obudził i wpuszczając go do środka zapytał:
- Czy ty oszalałeś? Co ci znowu odbiło?
- Livia… ona mnie potrzebuje…
- A co mnie to interesuje, jest kontrakt, jest koncert, ludzie kupli bilety…
- David, ja pokryję koszty z własnej kieszeni, ale ja musze najpóźniej pojutrze być w Paryżu
- Co się stało?- Bill opowiedział Jostowi całą historię …….
- No dobra, ale pojutrze… Cholera, ale jak my to wytłumaczymy…
- Wymyślisz coś…
- Taaa …….- Oki idź spać, a ja pomyśle jak to załatwić

***

- Co ty robisz? Dokąd się wybierasz? O co chodzi?- zapytał lekko sennym głosem Georg, który usłyszał kroki Billa na korytarzu.
- Lecę jutro do Paryża…- oznajmił czarnowłosy
- Jak to?- Georg coraz mniej z tego rozumiał
- Livia… ona… ona mnie potrzebuje..- wycedził
- Dopiero to zauważyłeś?- zapytał z pretensja w głosie basista
- Jej ojciec nie żyje…- wycedził Mecki
- Co? Lecę z tobą… Muszę teraz być z Martą…- dodał bez wahania

komentarze [21]

Część 31.
niedziela, 3 grudnia 2006 ~ 16:09:00

Powoli dochodzimy do punktu zwrotnego u Livii i Billa, to już w następnym odcinku... Co by to więcej hmmm.... u. nie daj sie prosic, podaj ten adres :* Nowa notka za tydzień, moze wcześniej, ale to jet mało prawdopodobne... Wiem, że takiej akcji się nie spodziewaliście i jest to troche naiwne, ale obiecjuję, że się poprawię... Aha to są właśnie długie notki, jeżeli wolicie takie giganty to piszcie... Pozdrawiam


W umówionym miejscu czekał na nią chłopak o długich, lekko brązowych włosach związanych w niepozorną kitkę. Miał na sobie lekko rozpiętą koszulę wystająca spod dżinsowej kurtki. Uśmiechnęła się lekko na jego widok. Gdyby, nie to, że był dla niej „tylko kumplem” powiedziała by na pewno, że wyglądał na dużo przystojniejszego, niż podczas ich ostatniego spotkania. Podeszła do niego i złożyła pocałunek na policzku. Uśmiechnął się słodko i przysuwając się na tyle blisko, by zdołała poczuć delikatny zapach męskich perfum, wyszeptał jej do ucha słowa, które podrażniły Martę gorącym oddechem i obudziły bardzo małe stadko motyli.
- Chodźmy stąd… Nie chcę, żeby ktoś mnie poznał słońce…
- Dobrze- odparła i pociągnęła Georga lekko za rękę. Po chwili kroczyli obok siebie małą, wąską uliczką. Było jej trochę głupio, że nie postarała się zbytnio i założyła jedynie dżinsy i czerwoną, podkreślającą biust bluzkę. Dla niego wyglądała jak najpiękniejsza istota na Ziemi. Raz po raz spoglądał na dziewczynę w milczeniu i szybko odwracał się speszony. Szli około piętnastu minut i zatrzymali się obok małej kawiarenki.
- Jesteś głodny?- zapytała lekko stremowana wyczuwając nerwową atmosferę
- Nie…- powiedział i odchrząknął
- To może tu?- zapytała
-Dobrze…- odparł i otworzył jej drzwi
Kawiarenka była mała, ale za to niezwykle przytulna. Małe okrągłe stoliki, kakaowe kanapy i ściany pomalowane na kremowo, dodawały wnętrzu romantyzmu. Wszystko było niezwykle dobrane. Usiedli przy jednym ze stolików i czekali, aż kelnerka przyniesie kartę.
- Ładnie tu..- odezwał się Geo
- Ślicznie… - odparła- Zawsze tu chciałam przyjść, ale nigdy nie miałam z kim…
-Dobrze, że przyjechałem- uśmiechnął się szczerze
- Wybrali już państwo…- zapytała po francusku kelnerka, która zbierała zamówienia
- Niestety nie… Jeszcze chwilkę…- odparła w tym samym języku Marta
- Wow…- zachwycił się Georg
- To normalne…- odparła tym razem po angielsku dziewczyna
- Ja się trochę uczyłem francuskiego, ale nie umiem nic powiedzieć…- westchnął chłopak
- Co bierzesz?- zapytała zmieniając temat
- Nie wiem, zdam się na twój gust…
- Niech będzie tutejszy specjał… Gruszki po burgundzku...- odparła
- To dla mnie też…
- To my poprosimy…- przetłumaczyła wszystko na francuski..

***
Bill właśnie siedział w swoim pokoju hotelowym i wpatrywał się w okno, co chwila spoglądając na leżący obok na parapecie telefon. Natrafiała się cudowna okazja, by ja zobaczyć, być może ostatnia i niepowtarzalna… Czarnulek sięgnął po komórkę i zaczął szukać numeru blondynki w swojej książce telefonicznej i w momencie, gdy przykładał palec do zielonej słuchawki drzwi pokoju otworzyły się i rześkim krokiem wszedł jego brat. Rzucił do niego jakiś mało śmieszny tekst i dał papierosa. Omal nie zauważył co Bill w akcie desperackiej chęci zobaczenia ukochanej mógłby uczynić. Wstydził się tego, gdyż obiecał kiedyś, że już się nie pokłócą z bratem o dziewczynę, a zdawał sobie sprawę, że ten jeden telefon, mógłby do tego doprowadzić.
- Stary normalnie szkoda, że się francuskiego nie uczyłem, bo takie laski…- zaśmiał się
- Gdzie Geo?- zapytał zmieniając temat Bill
- Chwila, coś mówił, ale… a tak pojechał na spotkanie z ta Marią, Magdą.. no tą koleżanka Livii
- Martą- poprawił go czarnowłosy
- Tak… Marta… Koleś chyba wpadł po uszy…
- Współczuje…- westchnął Bill i zaciągnął się szarawym dymkiem.

***
Spotkanie z Georgiem było niezwykle miłe, a rozmowy z nim odprężające. Stała właśnie przed drzwiami własnego mieszkania i zastanawiała się co kieruje jej czynami- uczucia, czy rozum. Wiedziała, że nie jest wystarczająco blisko chłopaka, że dobrze się jej z nim gawędzi, ale zdawała sobie sprawę, że on może się w to głębiej angażować. Sięgnęła do torebki po klucze, ale nie mogła ich znaleźć, w zamian wyciągnęła komórkę, na której widniał napis- 5 nieodebranych połączeń praca… Wykręciła podany numer i czekała na reprymendę.
- Kotku, nie odbierałaś telefonu, a ja ci chciałam powiedzieć, że masz dziś o 22.30 spotkanie w hotelu ….
- Ale jak to?- zdziwiła się
- Tak to, że masz być jutro w najlepszej formie, bo jacyś dziani faceci - producenci, czy coś świętują coś tam i masz tam być…- wytłumaczył bardzo ogólnikowo szef
- Ale sama?- Marta była przestraszona
- No chyba nie z tatusiem i mamusią
- Ale ja…- głos jej drżał
- Nie „ale ja”, tylko masz tam być i dać z siebie wszystko…
- Dobra, będę
- Pokój 273, masz być dyskretna…

***

Basista sławnego niemieckiego zespołu otworzył drzwi własnego hotelowego pokoju i przekroczył próg. Usłyszał znany mu gwar i śmiejących się kumpli siedzących na jego łóżku. Georg z rozmachem rzucił się na wyrko dzielącego z nim pokój Gustawa i zamknął oczy. Westchnął ciężko na samo wspomnienie spotkania z przeuroczą istotą, która rozmawiała z nim tak swobodnie w kawiarni. Wracał do niego widok jej lekko zakłopotanego uśmiechu, czarnej grzywki opadającej na czoło i warg zwilżanych językiem…
„- Naprawdę w to wierzysz?- zapytał lekko zdziwiony
- No pewnie…- wyprostowała się niczym zwierzątko, które szykuje się do kontrataku
- Przecież to jasne, że któreś z nich pomyśli o hmmm jak by to ująć…- nie mógł znaleźć odpowiednich słów
- Masz na myśli sex…- uzupełniła to, czego nie chciał nazywać po imieniu ,a przynajmniej nie teraz, gdy pragnął zrobić na niej jak najlepsze wrażenie
- Tak, właśnie to…
- Przecież nie o każdej dziewczynie myślisz, jak o potencjalnej zdobyczy… Niektóre cię nie kręcą, inne pozostaną po prostu kumpelkami, niewiadomo czemu, bo maja ładny wygląd, ale ty traktujesz je jak siostry… nie jest tak?
- No, ale jak jestem z dziewczyna tak blisko, to większe jest prawdopodobieństwo, że się zakocham, lub ona to zrobi…- żachnął się
- Mnie nie przekonasz, ja będę myśleć zawsze, że taka przyjaźń jest możliwa”

- Geo… tu Ziemia odbiór…- zaśmiał się Bill patrząc na wyraz twarzy przyjaciela…
- Bez odbioru…- odpowiedział cicho
- Oooo… ostro było…- skomentował Tom i dostał za to poduszka w głowę.
- Zamknij się… - warknął głośniej

***

Czarnowłosy kołysał się wolno w rytm muzyki i nucił do mikrofonu tekst piosenki. Komm und rette mich…. Dźwięczało mu w głowie, raz po raz przypominając dziewczynę, którą z dnia na dzień kochał coraz bardziej, którą chciał tak po prostu zobaczyć, by odnowić jej obraz, poczuć zapach i smak… Był teraz tak blisko niej… Czuł, jakby ona stała gdzieś za rogiem, albo wpatrywała się w jego zamglone spojrzenie. Dlaczego nie mogła tak po prostu kupić biletów a koncert, przyjść za kulisy i rzucić mu się na szyję z okrzykiem radości? Nie… jej duma nie pozwalała na wypowiedzenie słowa „przepraszam”, na uczynienie kilku kroków do przodu. Głos Billa nabierał coraz więcej drżącej emocji. Teraz były w stanie zadzwonić do niej i ją przeprosić, zadedykować piosenkę, mimo iż wiedział, że to wbrew zasadom, wbrew cholernym zasadom kontraktu, który ograniczał go bardziej niż kodeks postępowania cywilnego. Nie mógł ukryć łez spływającej po policzku, jak wyrzut sumienia… A może mogłem zrobić coś więcej i dziś nie wracałbym już do pustego pokoju hotelowego, lecz do mieszkania Livii?- wątpliwość przetoczyła się przez jego umysł

***

Szła przez wielki przestronny hol. Luksus i przepych bił z każdego pomieszczenia. Stała lekko trzęsąc się z nerwów. Podeszła do recepcji i zapytała o klucz do pokoju 273.
- Niestety, nie było wspomniane, że ktokolwiek ma prawo o niego prosić, przykro mi uśmiechnęła się dość szczero, a zarazem nieco dziwnie mierząc ją wzrokiem. Marta usiadła czekając, aż ktoś zejdzie po nią na dół. Na zegarze wskazówka pokazywała 22.25. Przed hotelem zrobiło się niezwykłe poruszenie. Jakieś piski, krzyki, wołanie. W pierwszej chwili dziewczyna miała zamiar zapytać, czy komuś nie stała się krzywda. Spostrzegła jednak dwa czarne vany, z których wysiedli poznani przez nią we wrześniu chłopcy. Wstała nerwowo przeczesując misternie układaną fryzurę. Nie wiedziała co ma zrobić. Schować się, uciec, udawać idiotkę. Ochroniarz pociągnął Billa za rękaw i wskazał drzwi do hotelu. Czarnowłosy udał się za nim nie mówiąc ani słowa. Wszedł do środka i naciągnął czapkę niemal na oczy. Zauważył siedzącą na fotelu młodą dziewczynę, nie poznał jej rysów, wiedział jedynie, że głowa pękała mu na pół i miał ochotę rzucić się na łóżko. Odwrócił się w drugą stronę. Spojrzał na brata i powiedział
- Napalona fanka na 2- Tom spojrzał jednak wbrew ostrzeżeniom brata i zauważył dziewczynę o znajomych rysach. Nie wiedział kogo przypomina mu ta osoba, ale czuł, że ją zna. Do hotelu na samym końcu wszedł Georg wciąż myślący o spotkaniu z Martą. Chciał ją zobaczyć, chociażby na chwilę, była taka ładna, taka wesoła, a zarazem tajemnicza. Rzucił spojrzenie na wszystkie sprzęty stojące w recepcji i zauważył ją. Siedziała na fotelu, patrzyła na niego z lekkim przerażeniem. Spojrzał jej w oczy tak głęboko, że poczuła wyrzuty sumienia. Georg przetarł ze zdumienia powieki. Jesteś idiotą- pomyślał sobie- Tak dawno nie byłeś zakochany, że widzisz ją wszędzie…- zaśmiał się do samego siebie wciąż patrząc na dziewczynę do złudzenia przypominającą Martę.

***
Czarnowłosy chwyci słuchawkę hotelowego telefonu i wykręcił numer Livii. Spisał go sobie jeszcze w drodze powrotnej z koncertu. Tak bardzo chciał się z nią pogodzi. Jeden sygnał, drugi, trzeci… Nie odbiera… Specjalnie dzwoni z aparatu stacjonarnego, by nie udało się jej pozna, ze to on. Niestety właścicielka komórki właśnie brała prysznic, a gdy wyszła zwyczajnie odłożyła telefon na półkę nie sprawdzając nawet ilości połączeń…

***

Marta weszła do dużego ciemnego pomieszczenia, w którym paliły się dwie niewielkie lampki i rozejrzała się po nim.
- Witaj… David…- wyciągnął do niej dłoń menager zespołu. Odwzajemniła uścisk- Chciałbym, żeby to zostało pomiędzy nami. Zapłacę za to dodatkowo, ale nie chcielibyśmy, żeby do jakiejś gazety, albo stacji telewizyjnej dotarły wiadomości…
- Rozumiem… Ja też bym tego nie chciała- przełknęła ślinę.
- No- wskazał ręką na dalszą część pokoju, w której siedziało jeszcze czterech facetów w wieku nieco ponad trzydziestu lat. – Zaczynajmy… Tam jest łazienka, możesz się przygotować…
Zamknęła drzwi i spojrzała w lustro. Miała ochotę się rozpłakać. Była jak tania dziwka. Zawsze miała swoje zasady, swoje postanowienia, których miała nigdy nie złamać i choć może trudno w to uwierzyć jeszcze nigdy nie przeżyła upojnej nocy żadnym facetem. Tak ją wychowano i wyjeżdżając do Francji obiecała matce, że nie zrobi niczego, czego później mogłaby się wstydzić. Właśnie łamała tę obietnicę. Co prawda nie kochała się nigdy ze swoimi klientami, ani ze byłym chłopakiem, z którym zerwała tuż przed studniówką, ale łamała własną duszę, dobre zdanie o samej sobie i akceptację…

***

Gorące krople wody z odkręconego na maksimum prysznica obijały się o jego skórę zostawiając przyjemne uczucie. Tarł gąbką swoje ramiona i kark starając się wyrzucić z głowy trwały obraz Marty. Wydawało mu się, że to właśnie ją widział przed paroma minutami w hotelowej recepcji. Chyba postradałem zmysły, widzę ja wszędzie- uderzył się namydloną dłonią w czoło. Czyżby się w niej zakochał? A co to jest zakochanie? Nie zemdlał na jej widok, cała krew nie spłynęła mu między nogi, gdy zbliżyła się do niego i pocałowała go w policzek na pożegnanie… Pragnął wziąć ją w ramiona, poczuć pod palcami bicie jej serca, otrzeć jej łzy i słuchać donośnego śmiechu. Chciał patrzeć na nią, gdy się budzi i gdy zasypia, widzieć ją w sytuacji, w której budzi się w niej waleczna lwica walcząca o młode… Czy to jest miłość? Czy możliwe jest, że tak szybko zakiełkowało jej nasionko w sercu Georga i Marty? Wytarł ręcznikiem swoje ciało i założył ubranie. Wiedział co mogło mu pomóc- spacer.

***

Wyszła szybko z pokoju i osunęła się po drzwiach. Wstała szybko, by nikt jej nie zauważył. Biegła szybko korytarzem w pośpiechu gubiąc łzy. Nagle poczuła jak ktoś ją łapie i obejmuje… Nie patrzyła kto to, po prostu łkała. Czyjeś ciepłe dłonie głaskały ją po głowie. Podniosła wzrok i zobaczyła osobę, którą najmniej chciała spotkać. Georg- zadźwięczało jej w głowie. Stał naprzeciwko niej i płakał. Widziała jego łzy. Nigdy w życiu nie widziała plączącego mężczyzny. Jego serce pękło na pół. Kobieta, którą kochał sprzedawała swoje ciało- ciało, które on chciał mieć tylko dla siebie. Mimo wszystko wierzył, że tylko on będzie mógł na nią patrzeć i dotykać. Cierpieli oboje- ona, bo tak bardzo chciała mu wszystko wytłumaczyć, zerwać z tym i wykrzyczeć, że bardzo jej zależy na tym chłopaku, on- bo ją kochał, a dowiedział się jednej z największych jej tajemnic, najczarniejszego szczegółu z jej życia… Szlochali oboje. Marta starała się wyrwać, uciec, zniknąć, jednak zbyt mocno ją trzymał
- Dlaczego?- zapytał po chwili, gdy jego głos się uspokoił. Milczała
- Powiedz, dlaczego mi nie powiedziałaś, że masz kłopoty z pieniędzmi…- powiedział spokojnie. Nie krzyczał, po prostu mówił tonem graniczącym z delikatnym szeptem. Miał ochotę nią potrząść. Nawrzeszczeć, odsunąć od siebie. Wciąż przed oczyma widział j kruchą istotkę w całkowitym zespoleniu z obleśnym, sześćdziesięcioletnim impotentem. Brzydził się. Brzydził się, ale nie jej, lecz tego zachowania, tej postawy… Tak bardzo ją kochał, tak bardzo…
- Czemu na mnie nie krzyczysz? Czemu nie dasz mi po twarzy, nie powiesz, że się mnie brzydzisz, że jestem żałosną tanią dziwką?- krzyknęła.
Milczał. Już wiedziała… Wiedziała, że to najwspanialszy człowiek jakiego los mógł jej postawić na drodze życiowej. Poczuła tę miłość, poczuła to, na co nie miała już szans, bo właśnie sama zniszczyła wszystko…
- Myślisz, że umiałbym cię odepchnąć, uderzyć, albo wyrzucić z pamięci. Do ciebie należę, gdybym ci to wszystko zrobił to bym umarł, bo nie można żyć bez połowy serca…- powiedział cicho wyznając jej pierwszy raz swoje uczucie.
- Geo- rozpłakała się i wyrwała z jego ramion. – Ja na ciebie nie zasługuję…- łkała
- Marta. Ja cię kocham… Nie mów tak, przecież z tym skończysz i…- rozpłakał się
- Geo… Ja… myślałam, że… myślałam, że jesteś super kumplem dla mnie… Ja… Geo… ja nie wiem co to jest, ale wiem, że to silne uczucie… zraniłam cię, zraniłam siebie, wiec zrozumiem, jeżeli nie będziesz chciał…- wybiegła szybko. Stawiała kroki na schodach, omijając co drugi stopień. Serce jej się kroiło, nie chciała, żeby o tym wiedział, nie on, na którego zdaniu tak mocno jej zależało. Co on sobie teraz o mnie pomyślał?- odezwał się głos w jej głowie. Nie wiedziała co do niego czuje, czy to początkowy stan zauroczenia, czy zwykła kumpelska relacja… Chciała widzieć na jego twarzy ten uśmiech, który nie znikał mu z twarzy przez całe czas w kawiarni i czuć zapach perfum oraz przeszywający wzrok na sobie… Po kilku minutach stała już na parterze w tej samej recepcji, co nieco więcej niż godzinę temu… Nie oglądała się w żadną ze stron. Gnała do przodu, dopiero silne męskie dłonie przyciągające ją od tyłu do siebie i wpychające do windy uświadomiły jej, że to nie jest koniec poważnej rozmowy z panem G.L. Wjechali w milczeniu na dach budynku. Wyszedł pierwszy i pociągając ją za rękę zmusił do uczynienia tego samego…
- Marta…- szepnął cichutko. Nie zareagowała- Spójrz na mnie… Kocham cię… chcę z tobą być, chcę na ciebie patrzeć, jak się uśmiechasz, być z tobą, gdy płaczesz… Nie obchodzi mnie z iloma facetami spałaś zanim mnie poznałaś, albo zanim zrozumiałaś, że coś czujesz… Ważne jest to, żebyś teraz była mi wierna i żebyś zrezygnowała z tego…
-Geo, ja… to nie tak… ja… no bo, jak ja tam idę to nie tak…- zarumieniła się. Zabolało ją to, że wierzył w to, że sypia z..
- Geo, ja jeszcze nigdy nie spałam z facetem…- wycedziła nieco speszona
- Jak to?- zdziwił się
- No bo to są tylko rozbierani…
- Czyli, że ty jesteś… jesteś… nie miałaś jeszcze faceta w łóżku?- był zaskoczony. Kiwnęła głową twierdząco
- Ja…- zdołał wydusić tylko tyle…
- Myślałeś, że to tak jak prostytucja, tylko się inaczej nazywa?
- Tak- odpowiedział- Ja, jeszcze nigdy nie miałem dziewicy…- patrzał jej w oczy- Bo ty jesteś moja prawda? Jesteśmy razem tak?
- Geo jesteś pewny?- Nie odpowiedział jej tylko pocałował delikatnie
- Geo…- rozpłakała się
- Kotku, po co to- otarł kciukiem łzy
- Bo ja nie jestem… nie zasługuję na ciebie…
- Pozwolisz, że to ja będę decydował, o tym z kim chcę być, a nie twoje głupiutkie argumenty?
- Ale Geo… jak ja się pokażę ludziom… jak ja się twoim kumplom pokaże, ty… będziesz się mnie wstydził…
- Marta, przestań… Już cicho, idziemy do mnie do pokoju
- Nie…- wzdrygnęła się
- Nie, nie, tylko raz, raz…- złapał ją za rękę i pociągnął
- Geo...- wyrwała się i spojrzała na jego zdziwioną minę
- Co jest?
- Ja… nie wiem, jak ci to powiedzieć- zrobiła dwa kroki do tyłu i spuściła wzrok- Ja muszę tam pracować…
- Słucham…- zrobił minę, jakby zadławił się własna śliną
- Żeby zerwać kontrakt potrzebuję 30 tys. euro… nie mam tyle…
- Ale ja mam…- uśmiechnął się i zrobił krok do przodu
- Geo… nie mogę… - oddaliła się
- Możesz… To dla mnie nic… podczas jednego koncertu zarabiam więcej… - przyciągnął ja do siebie- Podaj mi telefon- rozkazał, a ona posłusznie wykonała polecenie. Po chwili wszystko było załatwione. Georg stracił ostatecznie 50tys. ze swego konta bankowego, lecz wiedział, że zrobił to w słusznej sprawie, w końcu uratował honor swojej kobiety…

komentarze [11]

Część 30.
piątek, 1 grudnia 2006 ~ 22:24:00

Dziś kolejna okrągła rocznica na blogu- 30 odcinkow juz opublikowałam... Nie doczekałam sie 35 komentarzy, najwyraźniej na nie nie zasłuzyłam...
Jeżeli chcecie jeszcze w weekend nowej notki, to mogę sie postarac cos dodać...
Aha, wolicie dłuzsze, czy krótsze odcinki [dłuższe od 6 do 9 stron w wordzie czcionką 12 TimeNew Roman]
Droga u. ujawinj nam adres swojego bloga, ja chętnie przyjdę i skomentuję...
Jeżeli ktoś chce być POWIADAMIANY, to przez GG,JEśLI ktos ma, lub NA BLOGU, gdy ktos NIE MA GG, ale to proszę wpisac do KSIęGI GOśCI... Mogą pojawic się błędy, ponieważ jestem zmeczona i nie mam sily sprawdzac...Pozdrawiam wszystkich



Diana nerwowo krzątała się po kuchni, w której roznosił się intensywny zapach pieczonego mięsa. Laurka od kilkunastu minut siedziała cicho w … no właśnie, gdzie? Kobieta posadziła ją na dywanie w pokoju i kazała zająć się malowaniem kredkami. Wszystko szło nie tak, jak potrzeba… Zadzwoniła do „Dzieciaka”, który tak bardzo ją intrygował, a którego nie chciała traktować poważnie. Myślała o nim niemal cały czas. Widziała jego roziskrzone spojrzenie, uśmiech i mały nosek. Powoli odchodziła od zmysłów chcąc opanować rozumem część niej, którą rządziło serce. Biegała wyjmując najnowszą zastawę i sztućce, przyprawiając danie, które uważała za najlepsze na ten niezobowiązujący wieczór. Laurka była ubrana, stół nakryty, jedynie talerze i pyszna surówka stała na bufecie w kuchni. Miedzianowłosa zastanawiała się, czy Tomowi będzie smakowało to, co ona przygotowała, czy będą mieli o czym rozmawiać, czy dobrze zrobiła dzwoniąc do niego. Tak dawno nie miała żadnej styczności z mężczyznami…
„ – Masz- Martin wyciągnął z kieszeni zwitek pieniędzy i wręczył je jej. Młodziutka niemalże dwudziestoletnia dziewczyna rozpłakała się na samą myśl o zabiciu tej istoty, którą nosiła pod sercem.
- Nie rycz!- wrzasnął na cały głos wysoki brunet- Bierz i masz się pozbyć tego bachora… ja nie mam zamiaru niańczyć twojego bękarta…- dodał, rzuciła mu pieniędzmi prosto w twarz i wybiegła z jego mieszkania. Tego się po nim nie spodziewała, nie po nim. Tak bardzo go kochała, tak bardzo chciała wierzyć w to, że ją po prostu przytuli i pocieszy mówiąc, że wszystko będzie dobrze. Życie było dla niej brutalne”

Spojrzała przez, wychodzące na ulicę okno kuchenne. To było on. Szedł rozglądając się dookoła i uśmiechając się pod nosem. Diana wyniosła szybko to, co jeszcze pozostawało w kuchni i ustawiła na stole. Nie była jeszcze gotowa na jego wizytę. Spojrzała na zegarek wiszący na ścianie w przedpokoju. Było jeszcze pół godziny do zapowiedzianej wizyty. Wbiegła do łazienki i zmieniła szybko spodnie i zarzuciła rozpinany sweter zrzucając fartuch z ramion. Przeczesała nerwowo włosy i wybiegając z pomieszczenia. Dzwonek. Otworzyła drzwi frontowe. Stał naprzeciwko niej i uśmiechał się. Zaprosiła go do środka wskazując pokój gościnny.
- Usiądź.. Rozgość się, a ja… no… muszę poszukać Laury, bo trochę tu cicho…- dodała gładząc obrus
- Dobrze…- odparł.
Nagle wstał, jak gdyby oparzony i podrapał się po głowie. Wyjął niewielki bukiecik z tylniej kieszeni spodni i podał jej.
- No… ten… yyyyy to dla ciebie,. Nie chciałem, żebyś widziała wcześniej, ale no… ten.. trochę zapomniałem i się pogniotły…- usprawiedliwiał się patrząc na zmaltretowane kwiatki.
- Nic nie szkodzi….- odparła i roześmiała się głośno spoglądając na jego zrozpaczoną minę- Ja pójdę sprawdzić, gdzie jest mój szkrab i wracam…
Siedział sam w pokoju, patrząc na to wszystko, co Diana uszykowała. Mijały minuty, a ona wciąż nie wracała. Po chwili zauważył jak mignęła mu jej postać przed oczami. Postanowił wstać i zapytać, czy coś się nie stało. Przekroczył próg łazienki i spojrzał na małego aniołka w prześlicznej różowej sukieneczce umorusanego farbami. Zaśmiał się głośno, uświadamiając tym samym kobiecie, że obserwuje wszystko.
- Może w czymś pomóc?- zapytał nieśmiało
- Nie… poradzę sobie…- odrzekła
- Ale ja chętnie…
- Nie!- odparła stanowczo odpychając jego propozycję
- Na pewno…
- Tak, na 100%, albo nie… mógłbyś zajrzeć do kurczaka? Chyba się pali…- zarumieniła się
- Wiesz co… Ty leć do tego kurczaka, a ja umyję Laurkę…
- Dasz sobie radę?
- Dam…- odpowiedział i odkręcił ciepła wodę. Podstawił jeden palec i dodał trochę zimnej. Nigdy nie podejrzewał się o instynkty ojcowskie, chociaż wspominając czasy swego dzieciństwa szczerze wątpił w istnienie takowych związków. Podniósł dłoń dziewczynki i opłukał ja wodą, namydlił swoja rękę i wyczyścił nią tą samą cześć ciała Laury.
- Zamknij oczka…- przykazał bardzo łagodnym tonem, a dziewczynka uśmiechnęła się do niego i posłusznie wykonała polecenie. Po kilku minutach nie było już śladu bytności farby na ciele aniołka. Dredogłowy zakręcił kran, złapał dziecko na ręce i przekładając ją przez ramie wyniósł z łazienki. Szedł w kierunku kuchni, a z ust małego zakładnika wydobywał się beztroski śmiech.
- Zadanie wykonane…- odmeldował starszy Kaulitz i postawił swojego niewolnika przed jego mamą.
- Dziękuję… Słoneczko, masz ochotę na kurczaka?- zapytała kobieta
- Nie… nie jestem głodna…- odpowiedziała
- To odmaszeruj do swojego pokoju i pobaw się lalkami…
Siedzieli w salonie i zajadali pyszną kolacją. Diana wiedziała, jak wcielić w życie przysłowie: „ Przez żołądek do serca”… Tom starał się zrobić na niej jak najlepsze wrażenie. Przez cały czas używał noża i widelca. Problem pojawił się w momencie, gdy chciał się zabrać do konsumpcji smakowicie wyglądającego kurczaka. Kobieta spostrzegła to w porę i sama odłożyła na bok niepotrzebne narzędzia. Zerwała palcami chrupiącą skórkę i włożyła ją do ust.
- Nie krępuj się…- spojrzała na lekko zdziwionego chłopaka- Nigdzie nie powiem, że Tom z zespołu Tele Hotele je rękoma …- dodała. Dredziarz zaśmiał się głośno, może nawet bardziej z „Tele Hoteli”, niż z uwagi o jedzeniu bez sztućcy. Poszedł za radą Diany. Kolacja przebiegała w bardzo przyjaznej, radosnej atmosferze. Już dawno nie czuł się przy nikim tak swobodnie, wiedział, że może jej zaufać i być sobą, a na pewno nie dowie się o tym żaden szmatławiec. Ona zapomniała szybko o swoim postanowieniu nie wchodzenia w strefę przebywania płci przeciwnej w obrębie 50 km.
- Dlaczego mieszkasz tu sama?- przerwał chwilę ciszy Tom
- Mój tata dostał lepszą posadę w Berlinie i rodzice przeprowadzili się tam… Ja zostałam z dzieckiem tu, bo mam studia i pracę…
- Jak ty sobie dajesz radę?- westchnął ciężko uświadamiając sobie nagle, że jego niedogodności są niczym wobec jej problemów. Wzruszyła ramionami. – Jesteś taka delikatna i krucha…- dodał
- Mylisz się, już nie…- odparła wojowniczo, lecz po chwili wysłała mu piękny uśmiech. Spojrzał dyskretnie na zegar wiszący na ścianie. Zdał sobie sprawę, że powinien już opuścić jej dom. Zasiedział się, ale było mu tak miło, tak ciepło, tak jakby była to jego rodzina- jego żona i dziecko, ale nie była i dobrze o tym wiedział, więc teraz trzeba było wyjść i udać się do Loitsche. Zadzwonił po taksówkę i po kilku minutach czekał już pod drzwiami. Delikatnie przysunął ją do siebie, trzymał w ramionach i patrzał głęboko w oczy. Widział jej strach i zakłopotanie… To nie była dla niej normalna sytuacja- stać we własnym holu przytulać się do 18. latka i marzyć o pocałunku. Zniżył głowę, tak, że poczuła oddech na wysokości swojego nosa. Chciała uciec, schować się pod ziemie i nie czuć stada motyli, które właśnie uwolnił. To dla tego, że już dawno nie miałaś mężczyzny tak blisko- starała się uspokoić w myślach, lecz nie udawało jej się. Podniósł Dianę do góry i ucałował jej wargi. Przejechał językiem po jej spierzchniętych ustach, a ona otworzyła się na niego. Błądził swoim językiem po jej podniebieniu. Nie sprzeciwiała się temu otwarcie, lecz nie odwzajemniała tego. Odpłynęła na drugą stronę morza i nie chciała wracać, mogłaby zostać w jego objęciach na zawsze. Nagle oprzytomniała, uświadamiając sobie, że jej dziecko właśnie bawi się u się za ścianą. Odsunęła swoje usta, a on postawił ją na ziemi.
- Idź już…- szepnęła i wypchnęła go na zewnętrz.

***

Słońce świeciło jasno, ogrzewając swymi promieniami powierzchnie ziemi. W swym pokoju hotelowym siedział Bill Kaulitz- od kilku tygodni dziwnie rozbity i wewnętrznie niepewny. Wpatrywał się z dziwną zapalczywością w szklane szyby okna. Sam nie wiedział dlaczego jest taki wściekły od samego rana. Denerwowała go piękna pogoda, ciepło. Uważał, że powinna być burza, wiać i grzmieć. Dlaczego przyroda nie reagowała na jego zły humor, na jego ból i samotność wśród tłumów. Otaczały go tysiące osób, a on czuł, ze nikt go nie rozumie, ze nikt nie wie, co on czuje, ale najgorsze było to, ze on sam nie wiedział co się dzieje w jego wnętrzu. Niby nie wzdychał, nie płakał i nie tracił zmysłów kiedy ktoś wspominał ja, lecz co nocy przychodziła do niego w snach i klęcząc obok jego łóżka gładziła jego podbródek. Zawsze nachylała się by złożyć pocałunek na jego wargach i zawsze odsuwała się, znikając jak mara… Na złość pogoda była przepiękna, jak na złość…

***

Wieczór zbliżał się wielkimi krokami. Livia denerwowała się niesamowicie. Już tak dawno nie była nigdzie w sobotni wieczór. Albo nie miała z kim, albo gdzie, albo po prostu bała się sama wracać do domu… Od rana zastanawiała się co ma ubrać na taką imprezę i jak zwykle z pomocą przyszła Marta, która wytłumaczyła jej, żeby nie stroiła się jakoś specjalnie, bo to jest koncert i nie musi nakładać różowego cienia. Punktualnie o godzinie 19.05 wyszła w kierunku zaparkowanego pod blokiem własnego samochodu i przekręcając kluczyk w stacyjce ruszyła dozwoloną po mieście prędkością pod umówiony bar. Paryż wieczorem nabierał życia. Każdy mógł sobie znaleźć w nim coś dla siebie- jedni koncerty muzyki poważnej, przedstawienia i teatralne, inni koncert rockowe, czy dyskoteki… Paryż doskonałe połączenie nowoczesności z kulturą i nie zawsze chlubną historią. Niepewnym krokiem ruszyła w stronę wejścia, przed którym czekało już na nią pięć osób. Czuła lekki ucisk w dole żołądka, co było spowodowane niewątpliwie tremą. Uśmiechnęła się nieśmiało do wszystkich i przedstawiła się po kolei podając dłoń każdemu. Po chwili wszyscy znaleźli się we wnętrzu. Wokół unosił się delikatny zapach tytoniu pomieszany z wonią alkoholu. Nie było półpijanej młodzieży, jedynie ludzie, którzy czekali na występ zespołu i przy okazji popijali chmielowy trunek. Wszyscy zajęli miejsca przy stoliku i zamówili sobie „coś” do picia. Nie, nie wszyscy- Livia i Marie wybrały Colę…
- Powiedz mi, dlaczego nie jesteś zazdrosna o Michela?- zapytała Livia, gdy wszyscy byli już zajęci rozmowami we własnych małych grupkach…
- Bo mu ufam… A zresztą chyba nie muszę trzymać go w złotej klatce, żeby był wierny…
- Tak tylko pytam…
Patrzyła na scenę i widziała jego- jedynego mężczyznę, który mógłby w tej chwili dać jej szczęście… Nie było tam blondwłosego wokalisty nieznanego jeszcze zespołu, lecz ON. Jego imię dźwięczało w jej uszach wylewając przy tym w sercu dziwną substancje, mającą zarazem słodki i kwaśny smak. Ból, miłość i złość… Złość na niego, czy na samą siebie, że zaprzepaściła uczucie, szczęście?. Jego dłonie na jej ramionach i ciepły oddech na karku… Zatopiła się w świecie swojej wyobraźni…
„ – Ten jest dobry…- wskazał na bezbarwny lakier do paznokci. Oparł się o szybę gabloty i stanął za nią, delikatnie łaskocząc jej szyję wydychanym powietrzem.
- Tak mówisz?- zapytała z niedowierzaniem
- Tak mówię…- uśmiechnął się i niezważając na ekspedientkę odwrócił ja do siebie i wpił w malinowe wargi. Jej biust rozpłaszczył się na jego torsie. Czuł ją coraz bliżej z każdym nabieranym nerwowo haustem powietrza. Wsunął kolano między uda dziewczyny, a ręką powędrował wzdłuż kręgosłupa wywołując dreszcze. Cały czas językiem odkrywał tajemnice jej ust. Drażnił podniebienie kolczykiem, co chwila dzwoniąc o zęby. Oderwała się od niego i pogładziła palcem po spuchniętych wargach. Uśmiechnęła się z czułością i wsadziła dłonie pod jego koszulkę drapiąc delikatnie brzuch, by po chwili dotknąć najniżej położonej krawędzi gwiazdki. Jęknął cicho i przybliżył usta do jej ucha
- Doigrasz się kiedyś…- szept brzmiał bardziej jak słodka obietnica, niż jak groźba
- Bierzemy ten lakier...- odwróciła się do ekspedientki blondynka i wyciągnęła z kieszeni Billa zwitek banknotów, nieomieszkając przejechać palcem po jego pachwinie.”

Wróć do świata żywych zbereźna idiotko- przeklęła na siebie w myślach- Oszalejesz, jeżeli o nim nie zapomnisz…- dodała podnosząc szklankę z colą do ust.

komentarze [13]



O szablonie

Szablon wykonany przez Annikę.
Więcej takich znajdziesz na Lajabajas.
A zdjęcie znalezione tu.