#
{akcja}
2048

Książka

zobacz
wpisz

Ja


utul
o mnie

Wy

me-and-th-storyzwykly-blogwspomnienia--thneinblack-angel-bill-threkishi-ai

Te opowiadania są już zakończone...
Ania i Rette -Bill

opowiadania, które czytuję...
Black Swan i Ich bin nicht ich



Przeszłość

2006
lipiec (8)
sierpien (7)
wrzesień (7)
październik (7)
listopad (6)
grudzień (5)

2007
styczeń (5)
luty (2)
marzec (3)
kwiecień (1)
maj (5)
czerwiec (1)
lipiec (2)
sierpien (1)
październik (2)
listopad (2)
grudzień (3)

2008
luty (1)
marzec (1)
maj (1)
lipiec (1)

2009
marzec (1)
lipiec (1)

2010
styczeń (3)
marzec (2)
kwiecień (1)
maj (2)
sierpien (1)

Część 64.
wtorek, 17 sierpnia 2010 ~ 10:02:46

Dziękuję pewnej osobie za wnikliwy, krytyczny komentarz. Wiem, że nie dodaję często notek. Być może jestem już na to za stara, może coś we mnie umarło i nie jestem w stanie pisać już z takim zapałem jak kiedyś...

Z podjazdu domu Kaulitzów odjeżdżał właśnie samochód rehabilitantki, która regularnie, co dwa dni przyjeżdżała do Billa. Z każdym ćwiczeniem stan mięśni chłopaka poprawiał się, a badania tomograficzne wykazały zmniejszanie się krwiaka mózgu uciskającego rdzeń. Pojawiało się więc światełko nadziei, której wszyscy tak bardzo potrzebowali. Słońce świeciło delikatnie. To był naprawdę piękny dzień. Jeden z tych, który zapowiadał coś bardzo przyjemnego. Bill siedział na podwórzu i wystawiał twarz do słońca. Pierwszy raz od tak dawna czuł się spokojny i zrelaksowany. Nie miał pojęcia co wprawiło go w ten przyjemny nastrój. Przeczesał dłonią długie, czarne włosy. Otworzył oczy i spojrzał na siedzącą naprzeciwko niego Livię. Patrzała na niego pełnym miłości i wyrozumiałości wzrokiem. Tak bardzo starał się ją odepchnąć, a ona mimo wszystko wytrwała przy nim. Wciąż zdarzały się im gorsze dni. Nie byli idealną parą, jak z taniego romansu. Może po prostu miłość nie zawsze jest przyjemna? Ta miłość czasem sprawiała im obojgu ból i była nie raz wyrzutem sumienia dla Billa. Teraz jednak nie myślał o tym, co było złe. Starał się nie dopuszczać do siebie pesymistycznych myśli.
- Wiesz co? – zaczął.
Spojrzała na niego z zainteresowaniem. Słyszała w jego głosie coś, czego nie było tam od tak dawna. Ta pasja, radość. Czuł, jakby wrócił z dalekiej podróży.
- Tak? – odpowiedziała.
- A co, jak bym zmienił fryzurę?- zapytał z podekscytowaniem.
- O jej! Ty też?!- zaśmiała się perliście.
Chwyciła jego dłoń i spojrzała mu głęboko w oczy. Tak długo na to czekała. Widziała, jak bardzo się załamał, jak walczył sam ze sobą i z całym światem. Próbował ukarać się za swoją spontaniczną, nieprzemyślaną decyzję, która wpłynęła na jego dalsze życie. Wstała z krzesełka i usiadła mu bokiem na kolanach. Objęła dłońmi jego szyję, przeczesała dłońmi włosy na jego karku. Na chwilę zmrużył oczy i uśmiechnął się subtelnie. Lubił jej czułość i delikatność. Spoglądała na czubek jego głowy, a następnie fachowym okiem analizowała końcówki jego włosów. Zrobiła zamyśloną minę i zupełnie szczerze powiedziała:
- No faktycznie, są troche zniszczone.
Po chwili zmarszczyła czoło i zaczęło dochodzić do niej to, co przed chwilą zakomunikował.
–Chcesz jechać do fryzjera do Magdeburga?- zdziwiła się.
- W sumie czemu nie – odparł, jak gdyby nigdy nic.
- Chcesz jechać do Magdeburga? – powtórzyła.
- A co w tym dziwnego? – zagadnął wiedząc dokładnie o co pyta.
- No wiesz, bo do tej pory… - zaczęła.
- Wstydzisz się chłopaka kaleki? – powiedział smutno.
- Bill! Nie wracaj już do tego tematu! Oboje wiemy, że to nie prawda! Lepiej idź do domu i przebierz te dresy na coś odpowiedniego! – odparła stanowczo.
- Ale dziś? Tak szybko? Tak tylko sobie mówiłem…- mruknął nieco zestresowany.
Dokładnie wiedział z czym taka podróż do Magdeburga się łączyła. Właściwie to już przed wypadkiem starał się kamuflować i ukrywać, tak by nikt go nie rozpoznał. Teraz z wózkiem było to niemożliwe, doskonale zdawał sobie z tego sprawę. W sumie mógł zadzwonić po ochroniarzy, ale zanim przyjechaliby z Berlina straciłby odwagę, szaleńczy impuls, który właśnie w tym momencie nim kierował. Co jeżeli ktoś zrobi mu zdjęcie? Co jeżeli jutro pojawi się na pierwszej stronie „Bildu”, jako sensacja roku? Wolał o tym nie myśleć. „To zwykła wyprawa do fryzjera Bill. Tysiące niepełnosprawnych na całym świecie robią to codziennie” powtórzył sobie w myślach. Tylko jedno słowo nie pasowało mu w tej wypowiedzi. Tak, właśnie to, które brzmi „niepełnosprawny”.
- Nie marudź! Idę do Toma po kluczyki, a ty zmień tę okropną żółtą koszulkę! – powtórzyła.
- O wypraszam sobie! To Dior!- oburzył się na żarty.

***
Słońce wdzierało się swoimi promieniami przez uchylone okno pokoju. Było piękne, letnie popołudnie. A ona wciąż nie mogła się napatrzeć na wesoło pląsającą po dywanie dwójkę. Tomowi zupełnie naturalnie udało się zapełnić lukę, jaka była w życiu obu tych kobiet- małej i dużej. Tak usilnie się broniła, a on po prostu niepostrzeżenie stał się częścią ich życia. Laura stała właśnie na jego stopach, a on trzymając ją za ręce prowadził ją w tańcu. Mała wprost oszalała na jego punkcie. Nikt nie miał prawa powiedzieć na jego temat złego słowa, bo była w stanie rzucić się na tego kogoś jak lwica. Pokochała go, a on wreszcie poczuł się za kogoś odpowiedzialny, potrzebny komuś. Przy Dianie stał się mężczyzną. Nie wyzbył się jednak swojego chłopięcego uśmiechu i tych dwóch dołeczków w policzkach, które tak kochała. Stała oparta o framugę drzwi gościnnego pokoju i uśmiechała się sama do siebie. Wciąż nie mogła się napatrzeć na jego nowy wygląd. Miał na sobie koszulkę bez rękawów i spodnie z nogawkami o długości ¾. Był teraz tak cudownie przystojny i męski. Gdyby byli teraz sami na pewno pokazałaby mu to dokładniej. Nie musiała na niego wpływać, ani go zmieniać. On po prostu wydoroślał, stał się dojrzał, co nie przeszkadzało mu wygłupiać się z nimi godzinami. Nie chciała im przerywać, bo właśnie w tym momencie Tom porwał małą na ręce i zaczął kręcić się z nią w kółko. Mała piszczała i śmiała się. „A tak się bałam, że nie będzie miała męskiego wzorca. Tak się bałam, że będę już zawsze sama” przeszło jej przez myśl.
- Chodźcie na podwieczorek– powiedziała spokojnie.
Tom zatrzymał się i postawił Laurę na podłodze. Przytrzymał ją przez chwilę, by nie przewróciła się.
- A co na deser? – zapytał.
Spojrzał Dianie prosto w oczy. A wypowiedział to takim tonem, że jej kolana nagle omal się nie ugięły. Przygryzła wargi i oblizała je szybko. Nie chciała sobie na zbyt wiele pozwalać przy dziecku. Starała się kontrolować, ale przy nim to za bardzo nie wychodziło. Puścił dłoń dziewczynki i podszedł do swojej rudowłosej piękności. Przytulił ją mocno i skradł pocałunek na tyle szybko, że nie zdążyła zaprotestować. Malutka podbiegła do nich uśmiechając się.
- A kiedy ty się z mamusią ożenisz? – zapytała zupełnie poważnie, spoglądając raz na Dianę, raz na Toma.
Kobieta stała niczym zamurowana. Była zaskoczona i nieco zawstydzona słowami córki. Nie chciał Toma do niczego zmuszać, ani namawiać. Nie chciała niczego popsuć. Tak im było dobrze razem. Bała się, że jeden fałszywy ruch może wszystko popsuć. Zresztą nie wierzyła, że niespełna 20 letni chłopak chciałby się czegoś tak poważnego. Zawsze jej powtarzał, że nie potrzebuje żadnych papierków, że jego matka i Gordon żyją ze sobą bez ślubu tyle lat i jest im dobrze. Starała się odpędzić od siebie wizje białej sukni, przyjęcia i tych wszystkich romantycznych rzeczy, które się z tym wiązały. Bała się tego, co Tom odpowie Laurze. Bała się, mimo, że tak wiele razy udowadniał jej, że ją kocha, że chce już zawsze być z nią. Chłopak zrobił jeden krok do tyłu. Wypuścił dłonie Diany ze swoich. To zaskoczenie i strach w jej oczach było czymś, czego się zupełnie nie spodziewał. A jednak wciąż była tak samo niepewna jak na początku. Spojrzał prosto w jej oczy. Chciał przekazać jej swoją miłość tym spojrzeniu, ale chyba mu się to nie udało, bo kobieta właśnie starała się powstrzymać łzy, które zbierały się w kącikach oczu. Miała ochotę uciec gdzieś daleko. Wsunął dłoń do kieszeni i desperacko szukał czegoś. Domyśliła się…
- Są na komodzie…- szepnęła nieśmiało.
- Ale co? – zapytał zdziwiony.
- Kluczyki… Kluczyki są na komodzie… - stwierdziła ciszej.
On jednak nie zważał na jej słowa i nadal szperał w kieszeniach. Nagle na jego twarzy zajaśniał uśmiech. Znalazł to! Uklęknął przed nią i… Wyciągnął mały, plastikowy pierścionek, który schował do kieszeni, gdy bawił się z Laurką w królewnę i królewicza. Diana spojrzała na niego zaskoczona. Nie miała pojęcia co się teraz wydarzy. „Chyba jednak źle to rozegrałeś idioto!” skarcił się w myślach. Bał się, naprawdę się bał! Wcale nie było to już dla niego takie pewne, że się zgodzi. W jednej minucie tysiące myśli przepłynęło mu przez głowę. Jednego był pewien, że chce być z tą kobietą przez resztę życia i jeżeli dla niej ważny jest ślub, to dla niego też. Chciał, żeby była szczęśliwa. Wziął głęboki oddech.
- Diano, czy… Zostaniesz moją żoną?- powiedział chwytając jej dłoń i wkładając w nią plastikowy pierścionek.
- Co?- wydukała zaskoczona.
Czuła, że chyba się przesłyszała. To nie jest realne. Czy on właśnie klęczy przed nią i prosi o jej rękę, czy daje jej pierścionek zaręczynowy z plastiku. Czy to możliwe, że właśnie przeżywa jedną z najbardziej romantycznych, cudownych sytuacji w swoim życiu? To wszystko było dla niej takie nierzeczywiste.
- Czy chcesz mieć takiego męża jak ja? Czy chcesz być ze mną już do końca życia?- powtórzył.
- O Boże Tom! – westchnęła przejęta.
- Odpowiedz, bo ja zaraz umrę na zawał! – ponaglił spoglądając na nią zadzierając głowę.
- Naprawdę tego chcesz? Nie chcę niczego na tobie wymuszać. Jesteś taki młody i… - jęknęła.
- Wyjdziesz za mnie? – zapytał ponownie.
- Tak – odpowiedziała.
Wstał szybko z kolan i pochwycił ją w ramiona. Przytulił do siebie mocno jej szczupłe ciało. Skradł szybko czuły pocałunek. Wyjął z jej dłoni pierścionek i starał się wsunąć go na serdeczny palec. Niestety, uparcie wchodził jedynie do kosteczki i nie dał się przez nią przecisnąć. Oboje uśmiechali się do siebie, starając się nie popsuć romantycznego nastroju przez wybuch niekontrolowanego śmiechu. W końcu odpuścił i z łatwością umieścił pierścionek na jej najmniejszym palcu.
- Kupię ci nowy! – obiecał przykładając sobie jej dłoń do serca.
- Ten jest bardzo ładny. Nie chcę innego – uśmiechnęła się do niego szczęśliwa.
- O jej! No to będzie ślub! – pisnęła radośnie Laura, której obecności przez ostatnie kilka minut wcale nie zauważali.
- Będzie! – odpowiedzieli oboje w tym samym momencie, a w pokoju rozległ się radosny śmiech całej trójki…
***
Gorg otwierał właśnie drzwi, w lewej dłoni trzymając siatkę z pokaźną ilością zakupów. Dopiero teraz zrozumiał co musiała przeżywać jego matka, która miała na głowie cały dom, jego i pracę. Westchnął przekręcając klucz w drzwiach. Atmosfera między nim, a Martą odkąd wrócił do Paryża ze swoimi trzema torbami najpotrzebniejszych rzeczy, była dość napięta. Chłopak starał się dawać jej wsparcie, ale ona nadal trzymała go na dystans. Wszedł do kuchni i postawił torbę na stole. Była 13.00, a ona nadal spała. Otworzył lodówkę i umieścił w niej paczkę masła. Właściwie, to wolał margarynę, ale naczytał się mądrych stron w Internecie i dowiedział się, że dla kobiet w ciąży zdrowsze jest masło. Rozpakowywał przeróżne środki żywnościowe. Zajęty nie zauważył, jak do pomieszczenia weszła Marta..Usiadła na kuchennym krześle i przyglądała się mu. Miała na sobie lekką, letnią sukienkę, która delikatnie podkreślała zaokrąglony brzuszek. Spojrzał na nią przelotnie. Teraz podobała mu się jeszcze bardziej niż dawniej. Krótkie, czarne włosy teraz sięgały już niemal do ramion, a twarz pozbawiona makijażu wcale nie wyglądała mniej atrakcyjnie niż wtedy, gdy lubiła nim podkreślać swoją urodę. Marta przyglądała mu się cały czas. Włosy starannie związane na karku rozluźniły się pod wpływem ruchu. Zakręcone pukle opadały niesfornie na kark. Miał na sobie czarne, wytarte jeansy i szarą koszulkę. Uwielbiała go właśnie takiego cudownie jej. Wystarczyło jedno słowo, a oboje staliby się tak cudownie szczęśliwi, a mimo to ona nadal nie wiedziała dlaczego jej duma niszczy ich oboje. Wbrew jej wcześniejszym przeczuciom Georg doskonale dawał sobie radę z powszednimi sprawami. Potrafił robić zakupy, odkurzać, zmywać podłogę, a nawet wyczyścić kibelek po jej dzisiejszych porannych nudnościach. Nie spodziewała się, że potrafi być tak stanowczy i opiekuńczy. Nie sądziła, że tak łatwo przyzwyczai się do jego obecności. Rozczulał ją każdy jego przepełniony miłością gest wobec niej. Coraz trudniej było jej zachowywać pozory. Na zewnątrz nie zmieniła swojego zachowania. Spojrzała na pudełeczko lodów czekoladowych stojące samotnie na środku stołu. „Zapamiętał, że to moje ulubione” pomyślała.
- Słyszałem, że kobiety w ciąży mają różne zachcianki… - wytłumaczył.
- Ja nie miewam zachcianek… - stwierdziła sucho.
- Kupiłem też pomidory, ogórka, serek topiony i brokuł, bo ma dużo żelaza- wymienił drapiąc się po głowie.
- Nie lubię brokułu, ale jeżeli ty chcesz, możesz go zjeść – odparła zdawkowo.
- Nie traktuj mnie tak! – powiedział stanowczo.
- Jak niby? –zapytała.
- Jak bym… - zaczął, ale poczuł jak słowa uwięzły mu w gardle.
- Daruj sobie te sentymenty! – przerwała mu nagle.
- Czy mogłabyś przestać ze mną walczyć? Nie chcę, żeby nasze dziecko dorastało w atmosferze III wojny światowej – dokończył.
- Ile razy mam ci powtarzać, że to nie jest nasze dziecko. Jest moje! Tylko moje! – niemal krzyknęła.
- Przestań! Proszę cię przestań! – syknął urażony do żywego.
- Bo co? Uderzysz mnie? – odparła zuchwale patrząc mu w oczy.
Dopiero gdy słowa przeszły jej przez gardło zrozumiała, że nie powinna była tego nigdy powiedzieć. Doskonale wiedziała gdzie uderzyć, żeby zabolało go najmocniej i wykorzystała to, mimo, że wcześniej obiecywała sobie, że nie będzie tego robić. Zobaczyła jak jego głowa bezsilnie opada w dół. Otworzył się przed nią i opowiedział wszystkie swoje najciemniejsze wspomnienia z dzieciństwa i swoje obawy, a ona bez wahania użyła ich przeciwko niemu. Tak bardzo się bał, że może stać się takim samym potworem jak jego ojciec, bo przecież miał w sobie 50% jego genów. Marta widziała jak napina się cały, a mięśnie jego twarzy zaczynają niebezpiecznie drgać. Podszedł do niej szybko i złapał ją mocno za ramiona. Bała się go. Po raz pierwszy tak naprawdę się bała. W jego spojrzeniu było coś niepokojącego. Szybko opuściła głowę i starała się wyplątać z jego uścisku, jednak on wzmocnił go, tak, że nie mogła się ruszyć.
- Tak pogrywasz?! Tak chcesz pogrywać?! – syknął groźnie.
- Przepraszam, nie powinnam była… - wyjęczała powoli bardzo cicho.
- A teraz mnie wysłuchasz! – krzyknął.
Zamknęła oczy ze strachu. Nie była w stanie zasłonić brzucha, nie potrafiła się uwolnić od jego dłoni. Poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Nie mogła ich powstrzymać, gdy zaczęły wolno sunąć po jej policzkach. Dopiero gdy je zobaczył, zrozumiał co ona teraz czuje, jak odbiera jego zachowanie. Rozluźnił uścisk dłoni na jej ramionach i mocno przytulił ją do siebie. Drżała. Wiedział, że to ze strachu. Ostatnią rzeczą, jaką chciał to, żeby się go bała.
- Nie rób mi krzywdy… - jęknęła żałośnie cała we łzach.
- Przepraszam. Tak bardzo cię przepraszam. Nie jestem moim ojcem. Nigdy nie uderzyłem i nie uderzę kobiety. Tak mocno cię kocham – mówił gorączkowo gładząc jej plecy.
Powoli się uspakajała. Wiedziała, że miał prawo być zły. Poruszyła najdelikatniejszą strunę jego duszy. Jego wzrok utkwiony był na kuchennej szafce, a dłonie gładziły plecy Marty.
- To ja przepraszam. Wcale tak nie myślę. Jesteś bardzo dobrym człowiekiem Georg- szepnęła.
Tego się nie spodziewał. Dopiero teraz ośmielił się spojrzeć jej w twarz. Łzy zasychały powoli.
- Słucham? – wydukał zdziwiony.
- Jesteś dobrym człowiekiem. Będziesz bardzo dobrym tatusiem. – powtórzyła.
Jej dłonie wiszące dotąd nieruchomo wzdłuż jej ciała spoczęły teraz na jego barkach. Spojrzała mu głęboko w oczy. Przez moment myślał, że ujrzał w nich… Miłość? Szybko otrząsnął się z letargu.
- Nie musisz tego mówić ze strachu. Nigdy bym cię nie…- zaczął.
- Nie boję się ciebie Georg. A teraz, czy mógłbyś mi zrobić zielonej herbaty? – spytała głaszcząc czule jego szyję.
- Czy to znaczy, że… - zaczął, ale ona przyłożyła mu palce do ust i nie pozwoliła dokończyć.
- To znaczy, że mam ochotę na ta zieloną herbatę… - powiedziała.

***

Otworzyła lekko uchylone drzwi łazienki. Stał przed lustrem, cały ociekający jeszcze wodą po ciepłym prysznicu. Ręcznik okręcony wokół bioder kusił, by ruchem ręki odwinąć go. Podeszła do Toma, objęła dłońmi jego klatkę piersiową, a małe, kobiece dłonie ułożyła na jego piersi. Uśmiechnął się delikatnie i spojrzał w lustro. Widział jej piękną twarz, pokrytą seksownymi piegami. To one nadawały jej dziewczęcości.
- Zostaniesz na noc? – zapytała najseksowniej jak potrafiła.
- No nie wiem, muszę sprawdzić co się dzieje. Bill, ani Livia nie odbierają komórki, a mama wysłała smsa, że wciąż ich nie ma. Martwię się. Mieli tylko jechać do Magdeburga do fryzjera– wytłumaczył marszcząc brwi.
- Spróbuj jeszcze raz zadzwonić – powiedziała całując jego ramię.
Westchnęła ciężko. Cieszyła się już na tę wspólną noc. Tęskniła za nim coraz bardziej z każdym rozstaniem. Starała się jakoś panować nad tym, ale nie potrafiła ukrywać swoich uczuć przed nim. Odwrócił głowę, gdy oddaliła się od niego o krok. Nie mógł zaprzeczyć, że chciał przy niej zasnąć i obudzić się następnego dnia rano. Martwił się jednak, że coś niedobrego dzieje się z jego bliźniakiem. Nie wiedział jednak czemu gdzieś w środku był spokojny, jak od dawna nie był. Spojrzał głęboko w oczy Dianie, a mniej więcej w tym samym czasie w kieszeni jego spodni zabrzęczał telefon komórkowy. Szybko podszedł i wyciągnął komórkę. Na wyświetlaczu widniał napis „Livia”. Tysiące różnych myśli przebiegło mu przez głowę. Nie miał jednak czasu ich roztrząsać, po prostu nacisnął przycisk z zieloną słuchawką.
- Hallo? – odezwał się niepewnie.
- Hallo Tom, dzwonię żebyś się nie martwił – zaczęła spokojnie dziewczyna.
- Nie martwił? Mieliście jechać tylko do fryzjera, a was już nie ma kilka godzin! – oburzył się.
Jednocześnie puścił oczko do Diany, wciąż będącej razem z nim w pomieszczeniu.
- Jesteśmy w Hamburgu – powiedziała całkiem spokojnie.
- Gdzie?! – pisnął tak, że sam zdziwił się, że jest w stanie osiągnąć tak wysokie rejestry.
- W Hamburgu, w waszym studyjnym mieszkaniu… - odpowiedziała.
- O Boże! Ale jak wy… Ale po co? Po co aż do Hamburga? – ciągnął.
- Chcieliśmy pobyć trochę sami… - wytłumaczyła.
- Wystarczyło powiedzieć... Przecież tamten dom nie jest przystosowany do… - zaczął dukać.
- Damy sobie radę Tom. Nie martw się. Oboje tego potrzebowaliśmy…- tłumaczyła.
- No dobrze. Jak by coś… Gumki są w łazience w szafce pod umywalką. Bawcie się dobrze. Zadzwoń, jeżeli będziecie czegoś potrzebować – dodał.
- I jak? – zapytała podchodząc do niego i wtulając się w jego szeroką klatę.
- Pojechali do Hamburga! Myślałem, że chociaż ona jest odpowiedzialna, ale widocznie się pomyliłem. To szaleństwo! – powiedział patrząc jej w oczy.
- Nic im nie będzie. To dobrze, że potrzebują chwili intymności… - tłumaczyła.
- No niby tak, ale… - zmarszczył brwi.
- Nie ma żadnego „ale”! – stwierdziła.
Rysowała opuszkiem palca przeróżne wzory na jego piersi. Patrzyła na niego zalotnie. Gorącym oddechem muskała jego skórę. Miała ochotę mruczeć jak kotka. Przełknął głośno ślinę, gdy zahaczyła o jego sutek. Przy niej tracił zmysły. Doprowadzała go do szału.
- No chyba, że sam byś wolał pojechać do tego Hamburga, co? – spytała patrząc na niego do góry zalotnie.
- Z kim? Z Billem? – prychnął przysuwając ją bliżej do siebie.
- Dobrze wiesz o czym mówię! Masz na nią ochotę, co? – spytała.
Chciała, żeby jej ton głosu brzmiał jak najbardziej żartobliwie. Spostrzegł jednak niemal natychmiast dostrzegł smutek w jej niebieskich oczach. Wiedział, że myśl o tym, że mógłby ją zdradzić doprowadzała ją niemal do łez. Nie chciał jej zasmucać. Przytulił ją mocno do siebie i wplótł palce w jej włosy.
- Ma taki płaski brzuch, którego ja już nigdy nie będę miała! Jest piękna, filigranowa. Lubisz takie – stwierdziła smutno.
- Ty też masz płaski brzuch i jesteś piękna! – stwierdził pewnie.
- Mam na nim rozstępy! I nie mam już 20 lat…– zasmuciła się.
- Ale to ciebie kocham! – stwierdził patrząc jej prosto w oczy – Poza tym, to gdzie ty masz te rozstępy, co? – dodał marszcząc brwi.
- Dobrze wiesz, że na brzuchu. Widziałeś je już… - stwierdziła.
- Nie prawda!
- Dzieciaku, dokładnie wiem, że mam rozstępy na brzuchu! – żachnęła się.
Spojrzał głęboko w jej oczy. Chciał napełnić ją przekonaniem, że tylko jest dla niego najważniejsza. Pogłaskał dłonią jej policzek i uśmiechnął się. Kochał ją najbardziej na świecie. Widział te parę rozstępów, ale naprawdę nie były one dla niego wcale ważne. Zdawał sobie sprawę, że ciało kobiety zmienia się po porodzie. Nie przeszkadzało mu to jednak. Mógł godzinami podziwiać jej piersi, uda, dłonie, twarz. Była jego ideałem.
- Ona jest ładniejsza, młodsza i szczuplutka…- westchnęła.
- Jesteś zazdrosna? – zapytał.
- Jak cholera! – powiedziała całkowicie szczerze.
- Nie musisz. Ja i Liwia jesteśmy tylko przyjaciółmi. – stwierdził mocno ją przytulając.
- Przyjaciółmi?- zdziwiła się
Przycisnął ją mocniej do siebie. Pochylił delikatnie głowę i musnął jej wargi swoimi. Nie cofnęła się. Subtelnie zwilżyła usta koniuszkiem języka. Byli tak blisko siebie, że niemal poczuł jej smak. Potrafiła go rozpalić. Oboje wiedzieli o tym doskonale. W takich momentach uwielbiał fakt, że była pewną swoich potrzeb kobietą. Starał się chwycić jej wargi swoimi, ale ona wciąż przedłużała tą chwilę oczekiwania. Pachniała cudownie mieszanką samej siebie i drogich perfum, które dał jej w prezencie. Czuł na swoich plecach delikatne drapanie jej paznokci. Zamknęła oczy, gdy jego dłoń zaczęła pieścić czułe miejsce na jej karku. Gorący oddech Toma drażnił okolice jej nosa. Jego język niepostrzeżenie znalazł się w jej usta i całkiem naturalnie odnalazł jej. Przeszedł ją cudowny dreszcz podniecenia. Pragnęli się nawzajem, wiedzieli o tym oboje. Chciał ją mieć! Teraz, natychmiast, zaraz. Ona także o niczym innym w tej chwili nie myślała. Szybko złapał ją za pośladki. Miała na sobie tylko zwiewną, letnią sukienkę. Ręcznik z jego bioder opadł gdzieś pomiędzy pochwyceniem jej na ręce, a usadzeniem na pralce. Wpiła się namiętnie w jego wargi. Spojrzał jej w oczy roziskrzonym wzrokiem. Delikatnie gładziła jego skórę jego bioder palcami, stopami masując jego pośladki. Nie mówili nic. Po prostu delektowali się tą chwilą intymności. Pierwszy raz widziała go nagiego tak dokładnie i wyraźnie. Gdy pierwszy raz się kochali nie mogła podziwiać jego ciała. Wiedziała, że jest przystojny, ale teraz, gdy stał przed nią podniecony, był jak młody bóg. Podziwiała jego klatkę piersiową, ale najwięcej czasu poświęciła umięśnionym udom i tej części ciała, która najdoskonalej pokazywała jak bardzo ją pragnie. Speszyła się lekko, gdy zauważył co jest obiektem jej zainteresowania. Uśmiechnął się szelmowsko i pogładził jej twarz. Wiedziała jak sprawić mu przyjemność. Chwyciła pewnie w dłoń jego męskość. Mruknął seksownie, gdy poczuł jej uściska w samym centrum. Skradł jej namiętny pocałunek.
- Wiesz na co mam ochotę? – szepnął jej w usta.
- Mam okres – odpowiedziała cicho.
- Co? – zdziwił się.
- Okres, Tom – powtórzyła.
- I nie mogłaś mi tego wcześniej powiedzieć? – Zmarszczył brwi.
- Nie martw się, mam pewien pomysł… - odpowiedziała z zalotnym uśmiechem.

komentarze [11]

Część 63.
niedziela, 23 maja 2010 ~ 18:51:33

Trochę to trwało. Odtworzyłam moją pracę licencjacką, a teraz czeka mnie w najbliższym czasie sesja i obrona. Trzymajcie kciuki! (O ile ktoś tam jest)

Tom zaparkował samochód przed domem swoich przyszłych teściów. Zaciągnął ręczny hamulec i odpiął pasy. Podszedł do tylnych drzwi, po czym otworzywszy je wypuścił wyswobodzoną już z pasów Laurę. Zabrał z tylnego siedzenia podróżną torbę i złapał za rękę dziewczynkę. Diana stała już obok drzwi kierowcy. Chciała by złapał silnie jej dłoń i dodał jej odwagi. On wzruszył jedynie ramionami i kiwnął głową, by złapała za rękę córkę. Wolnym krokiem zbliżali się do wejścia niewielkiego domu. Jego przyszli teściowie stali już na obstawionej kwiatami werandzie.
- Witajcie!– powiedzieli niemal równocześnie rodzice Diany.
Oboje byli w średnim wieku, nieco starsi niż rodzice Toma. Na ich twarzach również rysowało się zakłopotanie, lekkie zdziwienie oraz niepewność. Tata wydawał się chłopakowi sympatycznym, statecznym mężczyzną ok. 50. Mama natomiast była bardzo elegancką, acz pogodną osobą. Oboje zachowywali wyraźny dystans, nie widać było w nich jednak żadnego uprzedzenia. Diana podeszła do nich i ucałowała oboje w policzek. Tom natomiast podszedł do pani Eriki. Postawił torbę na podłodze, i ujął jej dłoń w niepewnym, trzęsącym się uścisku. Dopiero po kilku sekundach przez głowę przeleciały mu słowa Gustava o tym, że nowopoznaną kobietę powinno się pocałować w rękę. Na to było jednak już za późno.
- Dzień dobry – przywitał się z teściową.
Następnie podszedł do pana Dietera i uścisnął jego wyciągniętą do niego dłoń.
- Bardzo mi miło, jestem Tom Kaulitz –dodał niepewnie.
- Masz lody czekoladowe babciu? – wtrąciła wesoło Laura.
- Będą po obiedzie – odparła Erika.
Mała dziewczynka bardzo sprytnie i nie zupełnie świadomie rozładowała gęstą atmosferę, jaka panowała między dorosłymi. Tom podniósł z ziemi torbę i ruszył za Dianą do środka. Wnętrze domu było równie gustownie urządzone co podwórko. Mały korytarz prowadził do pokoju gościnnego, obok znajdowała się kuchnia, łazienka, pracownia ojca Diany oraz schody na poddasze. Tam natomiast znajdowała się sypialnia gospodarzy, pokoik Laury oraz sypialnia dla gości. Całe wnętrze miało swój własny, specyficzny klimat. Pełno w nim było gustownych bibelotów, drewnianych wykończeń oraz pamiątek rodzinnych. Domownicy nie stwarzali przesadnie dystyngowanej atmosfery, dlatego też Tom mógł chociaż trochę się rozluźnić. Wszyscy siedzieli właśnie przy stole w salonie i zajadali się smacznym obiadem. Był to jednak jedynie pretekst do poważnych i mniej poważnych rozmów, mających dać wiedzę o wybraku Diany.
- Ile ma pan lat? – zaczął spokojnie Dieter.
- 19...– westchnął Tom -To znaczy prawie 20 – dodał.
- Zdaje sobie pan sprawę, że… - ciągnął ojciec Diany.
- Tak, mam poważne zamiary wobec państwa córki. Chciałbym się z nią ożenić, dać jej poczucie bezpieczeństwa, wsparcie i wszystko to, czego kobieta oczekuje od mężczyzny – przerwał Tom.
- Tato, proszę cię nie rozmawiaj o mnie tak, jakby mnie tu nie było! Jestem dorosła, odpowiedzialna, mam dziecko… - oburzyła się Diana.
- Laurko, idź się pobawić do pokoju – wtrąciła w międzyczasie Erika w kierunku dziewczynki.
- Tato, przyjdziesz później do mnie? Chcę ci pokazać mój pokój. Przyjdziesz do mnie? – zapytała mała, szarpiąc chłopaka za rękaw koszuli.
Pomieszczenie nagle ogarnęła cisza. Dieter omal nie udławił się resztką ziemniaków, a Erika prawie nie wypluła wiśniowego soku na śnieżnobiały obrus. Oboje nie wiedzieli co powiedzieć. Byli całkowicie zaskoczeni. Nie spodziewali się, że ich wnuczka tak bardzo pokocha tego chłopaka, a już tym bardziej, że nazwie go ojcem. W tej samej chwili przez głowę Diany przebiegły tysiące myśli. Nie miała pojęcia co zrobić w tej sytuacji. Tom zamarł na chwilę, by za moment odpowiedzieć:
- Oczywiście, że przyjdę skarbie…
- Widzę, że… Chłopcze musisz wiedzieć, że Diana i Laura… Nie wolno ci ich skrzywdzić, rozumiesz?- ciągnął Dieter, gdy dziecka nie było już w pomieszczeniu.
- Tak proszę pana i nie mam takiego zamiaru. Kocham je – odparł Tom.
- Obie dość już się nacierpiały, więc musisz zdecydować, czy jesteś w stanie być mężczyzną, czy wolisz jednak imprezować – kontynuował.
- Czym się zajmujesz chłopcze? - spytał niespodziewanie Dieter.
Jego pytania padały jak seria z karabinu.
- Mamy z bratem taki mały, czteroosobowy zespół. Na razie trochę koncertujemy – zająknął się i posłał niepewne spojrzenie Dianie.
- Rozumiem, a co planujesz w przyszłości?
- Być może założy jakiś własny interes. Na razie nie musi się obawiać o finanse – wtrąciła wesoło Diana.
- No tak, na razie utrzymują cię rodzice. Aby utrzymać własną rodzinę musisz mieć jednak jakiś fach – odparł stanowczo mężczyzna.
- Jak by to ująć… Utrzymuję się sam i mam pewne oszczędności, ale przecież gentelman nie powinien rozmawiać o pieniądzach – wycofał się umiejętnie chłopak.
- Masz rację chłopcze. Masz całkowitą rację! – przytaknęła Erika.
***
Gdy Marta się przebudziła, Georg siedział właśnie w kuchni. Czekając na nią starał się przeanalizować wszystkie te wydarzenia i ułożyć sobie jakiś logiczny plan działania. Każde wyjście wydawało mu się jednak dość melodramatyczne. Dziewczyna weszła do kuchni i usiadła naprzeciwko niego. Przez chwilę w pomieszczeniu panowała niemal kompletna cisza. Bali się cokolwiek powiedzieć, by nie zmącić tego choćby i pozornego spokoju. O jego napięciu świadczyć mogła jasno choćby złota karta bankomatowa, którą przekręcał między palcami. Nie miał pojęcia jak rozpocząć ten temat… Spojrzał na Martę niepewnie. W głowie huczały mu słowa lekarza, że ona nie powinna się teraz przepracowywać. Położył plastikowy prostokąt na blacie i przysunął go w jej kierunku.
- Chce, żebyś chociaż te ostatnie miesiące odpoczywała – wytłumaczył.
Przysunął kartę bliżej leżących na stole dłoni Marty. Spoglądała z nagłym zainteresowaniem na swoje paznokcie. Jeżeli myśli, że mnie przekupi swoimi milionami, to się grubo myli – przebiegło jej przez myśl. Jej brwi odruchowo ścisnęły się ze zdenerwowania. Pokręciła głową i przeciągnęła językiem po wargach.
- Pojadę do Magdeburga po swoje rzeczy, a potem jak wrócę znajdziemy jakieś mieszkanie dla nas. Będziemy rodziną. A tym czasem weź ją! Chcę, żebyś mogła sobie pozwolić na wszystko- dodał.
– Napiszę ci kod pin na kartce i … - chciał kontynuować.
- Nie chce twoich cholernych pieniędzy!!!- wrzasnęła na całe gardło.
- Proszę cie… To dla twojego dobra i dla dziecka …- odpowiedział spokojnie.
- Nie chcemy ich! Radziliśmy sobie bez ciebie! – dodała nerwowym ruchem obejmując brzuch.
- Marta, nie unoś się dumą – starał się jej tłumaczyć Georg.
- Czego chcesz?! Myślisz, że twoje miliony euro wystarczą, by wynagrodzić mi moje łzy?- przerwała mu- Nie masz pojęcia co ja czułam, gdy za każdym razem musiałam kłamać zapytana o ojca dziecka. Wiesz ile wstydu się najadłam na uczelni? Nie było cię przy mnie, gdy moje marzenia legły w gruzach. Jeżeli chcesz uciszyć swoje sumienie to wyjdź, słyszysz?! – wyrzuciła z siebie.
- Bardzo chciałbym w jakiś sposób naprawić to wszystko, ale nie jestem w stanie, dopóki nie dasz mi szansy – odparł.
- Naprawdę uważasz, że pieniądze, to najcenniejsza rzecz, jaką posiadasz? Myślisz, że one są najważniejsze w tobie? - westchnęła ciężko
- Chcę przy tobie być, a pieniądze to po prostu dodatek… - szepnął.
Nic już nie mówiła. Milczeli oboje. Na jej twarzy rysował się ogromny ból i niepokój. Nie wiedziała co będzie jutro. Bo czy jeszcze wczoraj przewidziałaby, że na zwykłym spacerze spotka jego? Dla niego także cały świat uległ zmianie. Nie mógł pozwolić, by odizolowała go od dziecka. Chciał mieć wkład w wychowanie malca, choćby nigdy nie mógł być znów szczęśliwy z jego matką.
- Czemu po prostu nie odpuścisz? – spytała po chwili.
- Bo kocham ciebie i nasze dziecko – odpowiedział.
Dotknął najdelikatniej jak umiał jej dłoni. Zauważył jak zadrżała i wciągnęła głęboko powietrze. Podniosła na momencik wzrok, a ich oczy spotkały się. Przez chwilę myślał, że jej wargi wraz z ciepłym strumieniem wypuszczą dwa dźwięki zapewnienia o miłości, tak się jednak nie stało. Marta szybko cofnęła dłoń, a wzrokiem zaczęła śledzić maleńki pyłek, który wiatr przesuwał po stole w kuchni. Uniosła kubek z parującą herbatą do ust i upiła łyk bursztynowego napoju. Odstawiła szklane naczynie na miejsce i wstała wolno. Zrobiła kilka kroków w kierunku drzwi i nawet się nie odwracając powiedziała cicho:
- Jestem zmęczona. Położę się.

***

Usiadł zmęczony na ławeczce za domem. Było tu całkiem spokojnie. Chłodny wiatr smagał jego odsłonięty kark. Wyciągnął z trzymanej w ręce paczki jednego papierosa i szybko go odpalił. Przystawił do ust słodką truciznę i zaciągnął się nią solidnie. Dym wypełnił jego płuca. Wypuścił powietrze, by po chwili wciągnąć je ponownie. W jego kieszeni zawibrowała komórka. Spojrzał na ekranik i odtworzył wiadomość. Jej treść była dość lakoniczna: „Mam nadzieję, że wszystko poszło dobrze L. i B.”. Uśmiechnął się chowając komórkę powrotem do kieszeni, zauważywszy nadchodzącą w Dianę. Usiadła obok niego i oparła głowę na jego ramieniu.
- Przepraszam za niego – szepnęła.
- Nie ma za co. Byłem na to przygotowany. – odparł.
Jego dłoń objęła ją w pasie i przyciągnęła mocno do siebie. Zgasił papierosa zadeptując go butem, a następnie usadził sobie Dianę na kolanach. Wsunął palce w jej włosy, napawał się ich słodkawym zapachem. Położyła prawą dłoń na jego klatce piersiowej i pozwoliła wkraść się palcom pod rozpięcie koszuli. Poczuła jak mimowolnie napiął mięśnie, jak mocno zabiło mu serce. W półmroku zobaczyła, jak zagryza wargi, gdy jej lewa dłoń zaczęła gładzić dobrze zarysowaną linię jego szczęki. Zachłysnął się powietrzem, gdy obrysowała subtelnie jego stwardniały już sutek. Ułożył swoją dłoń na jej odsłoniętym przypadkowo udzie i zaczął ogrzewać je swoim ciepłem. Trwali w bliskości, dodawali sobie otuchy, pewności, że to co ich łączy jest wyjątkowe, silne i trwałe. Lewą ręką obrysowała kontury jego warg, by za moment przycisnąć do nich swoje. Muskali swoje usta początkowo delikatnie, by stopniowo zwiększać swoją zachłanność. Zadrżała, gdy jednocześnie jego ręka odkryła koronkowe wykończenie jej bielizny, a język koniuszek jej drżącego języka. Chcieli i potrzebowali tej bliskości, jednak oboje zdawali sobie sprawę, że nie mogą w tej sytuacji posunąć się zbyt daleko. Tom z cichym mlaśnięciem odsunął się od niej. Złapał rękę Diany, starającą się właśnie odpiąć guziczek od jego spodni i ułożył sobie ją na twarzy.
- Starczy na dziś moja panno! – powiedział stanowczo, udając dystyngowany ton.
- Nie jestem już panną… - szepnęła mu wprost do ucha.
- Oj, Diano! Błagam cię nie utrudniaj mi tego. Oboje wiemy, że to nie miejsce, ani czas! – odparł stanowczo.
- Ale ty jesteś poważny – Pokręciła głową.
- Poważny? Gdybyś wiedziała, jakie myśli krążą mi po głowie na pewno nie mówiłabyś, że jestem poważny… - szepnął jej do ucha.
- A co chodzi ci po głowie? – mruknęła, niby przypadkiem kładąc dłoń na jego rozporku.
- Nie wystawiaj na próbę moich nerwów, gdy tak dawno już się nie kochaliśmy... – szepnął jej do ucha.
- Pragnę cię… - wyznała mu gorąco.
Opuszki jej palców delikatnie sunęły po jego kroczu. To, czego wtedy doznawał nie dało się opisać słowami. Miał ochotę zdjąć z niej te wszystkie ciuszki i kochać się z nią na niewygodnej, drewnianej ławeczce. Zdawał sobie jednak sprawę, że nie mogą tego zrobić. Gdy tylko poczuł, jak krew zaczyna napływać w newralgiczne miejsce na jego ciele, szybko chwycił dłoń dziewczyny. Pocałował wnętrze jej ręki i szepnął:
- Nie tu, nie tak, kochanie…
Rozsądek wziął górę nad uczuciami…

komentarze [7]

Część 63.
niedziela, 23 maja 2010 ~ 18:51:28

Trochę to trwało. Odtworzyłam moją pracę licencjacką, a teraz czeka mnie w najbliższym czasie sesja i obrona. Trzymajcie kciuki! (O ile ktoś tam jest)

Tom zaparkował samochód przed domem swoich przyszłych teściów. Zaciągnął ręczny hamulec i odpiął pasy. Podszedł do tylnych drzwi, po czym otworzywszy je wypuścił wyswobodzoną już z pasów Laurę. Zabrał z tylnego siedzenia podróżną torbę i złapał za rękę dziewczynkę. Diana stała już obok drzwi kierowcy. Chciała by złapał silnie jej dłoń i dodał jej odwagi. On wzruszył jedynie ramionami i kiwnął głową, by złapała za rękę córkę. Wolnym krokiem zbliżali się do wejścia niewielkiego domu. Jego przyszli teściowie stali już na obstawionej kwiatami werandzie.
- Witajcie – powiedzieli niemal równocześnie rodzice Diany.
Oboje byli w średnim wieku, nieco starsi niż rodzice Toma. Na ich twarzach również rysowało się zakłopotanie, lekkie zdziwienie oraz niepewność. Tata wydawał się chłopakowi sympatycznym, statecznym mężczyzną ok. 50. Mama natomiast była bardzo elegancką, acz pogodną osobą. Oboje zachowywali wyraźny dystans, nie widać było w nich jednak żadnego uprzedzenia. Diana podeszła do nich i ucałowała oboje w policzek. Tom natomiast podszedł do pani Eriki. Postawił torbę na podłodze, i ujął jej dłoń w niepewnym, trzęsącym się uścisku. Dopiero po kilku sekundach przez głowę przeleciały mu słowa Gustava o tym, że nowo poznaną kobietę powinno się pocałować w rękę. Na to było jednak już za późno.
- Dzień dobry – przywitał się z teściową.
Następnie podszedł do pana Dietera i uścisnął jego wyciągniętą do niego dłoń.
- Bardzo mi miło, jestem Tom Kaulitz –dodał niepewnie.
- Masz lody czekoladowe babciu? – wtrąciła wesoło Laura.
- Będą po obiedzie – odparła Erika.
Mała dziewczynka bardzo sprytnie i nie zupełnie świadomie rozładowała gęstą atmosferę, jaka panowała między dorosłymi. Tom podniósł z ziemi torbę i ruszył za Dianą do środka. Wnętrze domu było równie gustownie urządzone co podwórko. Mały korytarz prowadził do pokoju gościnnego, obok znajdowała się kuchnia, łazienka, pracownia ojca Diany oraz schody na poddasze. Tam natomiast znajdowała się sypialnia gospodarzy, pokoik Laury oraz sypialnia dla gości. Całe wnętrze miało swój własny, specyficzny klimat. Pełno w nim było gustownych bibelotów, drewnianych wykończeń oraz pamiątek rodzinnych. Domownicy nie stwarzali przesadnie dystyngowanej atmosfery, dlatego też Tom mógł chociaż trochę się rozluźnić. Wszyscy siedzieli właśnie przy stole w salonie i zajadali się smacznym obiadem. Był to jednak jedynie pretekst do poważnych i mniej poważnych rozmów, mających dać wiedzę o wybraku Diany.
- Ile ma pan lat? – zaczął spokojnie Dieter.
- 19...– westchnął Tom -To znaczy prawie 20 – dodał.
- Zdaje sobie pan sprawę, że… - ciągnął ojciec Diany.
- Tak, mam poważne zamiary wobec państwa córki. Chciałbym się z nią ożenić, dać jej poczucie bezpieczeństwa, wsparcie i wszystko to, czego kobieta oczekuje od mężczyzny – przerwał Tom.
- Tato, proszę cię nie rozmawiaj o mnie tak, jakby mnie tu nie było! Jestem dorosła, odpowiedzialna, mam dziecko… - oburzyła się Diana.
- Laurko, idź się pobawić do pokoju – wtrąciła w międzyczasie Erika w kierunku dziewczynki.
- Tato, przyjdziesz później do mnie? Chcę ci pokazać mój pokój. Przyjdziesz do mnie? – zapytała mała, szarpiąc chłopaka za rękaw koszuli.
Pomieszczenie nagle ogarnęła cisza. Dieter omal nie udławił się resztką ziemniaków, a Erika prawie nie wypluła wiśniowego soku na śnieżnobiały obrus. Oboje nie wiedzieli co powiedzieć. Byli całkowicie zaskoczeni. Nie spodziewali się, że ich wnuczka tak bardzo pokocha tego chłopaka, a już tym bardziej, że nazwie go ojcem. W tej samej chwili przez głowę Diany przebiegły tysiące myśli. Nie miała pojęcia co zrobić w tej sytuacji. Tom zamarł na chwilę, by za moment odpowiedzieć:
- Oczywiście, że przyjdę skarbie…
- Widzę, że… Chłopcze musisz wiedzieć, że Diana i Laura… Nie wolno ci ich skrzywdzić, rozumiesz?- ciągnął Dieter, gdy dziecka nie było już w pomieszczeniu.
- Tak proszę pana i nie mam takiego zamiaru. Kocham je – odparł Tom.
- Obie dość już się nacierpiały, więc musisz zdecydować, czy jesteś w stanie być mężczyzną, czy wolisz jednak imprezować – kontynuował.
- Czym się zajmujesz chłopcze? - spytał niespodziewanie Dieter.
Jego pytania padały jak seria z karabinu.
- Mamy z bratem taki mały, czteroosobowy zespół. Na razie trochę koncertujemy – zająknął się i posłał niepewne spojrzenie Dianie.
- Rozumiem, a co planujesz w przyszłości?
- Być może założy jakiś własny interes. Na razie nie musi się obawiać o finanse – wtrąciła wesoło Diana.
- No tak, na razie utrzymują cię rodzice. Aby utrzymać własną rodzinę musisz mieć jednak jakiś fach – odparł stanowczo mężczyzna.
- Jak by to ująć… Utrzymuję się sam i mam pewne oszczędności, ale przecież gentelman nie powinien rozmawiać o pieniądzach – wycofał się umiejętnie chłopak.
- Masz rację chłopcze. Masz całkowitą rację! – przytaknęła Erika.
***
Właśnie siedział w kuchni, gdy Marta przebudziła się. Przez chwilę leżała jeszcze na łóżku, jakby starała się zebrać siły. Wiedziała jednak, że nie może odwlekać tego co nieuniknione. Wstała i ruszyła w stronę pomieszczenia, w którym siedział Georg popijając malinową herbatę. Zajęła miejsce obok niego. Na stole leżała już jego złota karta kredytowa. Spojrzał na nią niepewnie, wyczuwając, że właśnie popełnił jedną z najgorszych gaf w swoim życiu. Miał nadzieję, ze nie zareaguje na to źle. Nie miał zamiaru jej urazić. Wiedział, że może jej brakować pieniędzy.
- Pojadę do Magdeburga po swoje rzeczy, a potem jak wrócę znajdziemy jakieś mieszkanie dla nas. Będziemy rodziną. A tym czasem weź ją! Chcę, żebyś mogła sobie pozwolić na wszystko – przysunął kartę bliżej jej leżących na stole dłoni– Napiszę ci kod pin na kartce i … - chciał kontynuować.
- Nie chce twoich cholernych pieniędzy!!!- wrzasnęła na całe gardło.
- Proszę cie… To dla twojego dobra i dla dziecka …- odpowiedział spokojnie.
- Nie chcemy ich! Radziliśmy sobie bez ciebie! – dodała nerwowym ruchem obejmując brzuch.
- Marta, nie unoś się dumą – starał się jej tłumaczyć Georg.
- Czego chcesz?! Myślisz, że twoje miliony euro wystarczą, by wynagrodzić mi moje łzy? Mój ból? Nie masz pojęcia co ja czułam, gdy za każdym razem musiałam kłamać zapytana o ojca dziecka. Wszyscy mówili mi: „Tatuś pewnie się cieszy”. A ja, jak idiotka odpowiadałam, że tatuś jest szczęśliwy. Ile wstydu się najadłam na uczelni. Moje marzenia legły w gruzach. Jeżeli chcesz uciszyć swoje sumienie to wyjdź, słyszysz?! – podniosła desperacką próbę wyproszenia go.
- Bardzo chciałbym w jakiś sposób naprawić to wszystko, ale nie jestem w stanie, dopóki nie dasz mi szansy – odparł.
- Naprawdę uważasz, że pieniądze, to najcenniejsza rzecz, jaką posiadasz? Myślisz, że one są najważniejsze w tobie? - westchnęła ciężko
Nic już nie mówił. Milczał, chociaż tak wiele chciał jej powiedzieć. Co zrobić, by ich relacje były takie jak kiedyś? Czy da się powrócić do tego, co było? Czy ona kiedykolwiek zaufa mu tak jak dawniej? Nie potrafiła już z nim rozmawiać, nie wiedziała nawet, czy chce podejmować próbę. Może warto?
***
Usiadł zmęczony na ławeczce za domem. Było tu całkiem spokojnie. Chłodny wiatr smagał jego odsłonięty kark. Wyciągnął z trzymanej w ręce paczki jednego papierosa i szybko go odpalił. Przystawił do ust słodką truciznę i zaciągnął się nią solidnie. Dym wypełnił jego płuca. Wypuścił powietrze, by po chwili wciągnąć je ponownie. W jego kieszeni zawibrowała komórka. Spojrzał na ekranik i odtworzył wiadomość. Jej treść była dość lakoniczna: „Mam nadzieję, że wszystko poszło dobrze L. i B.”. Uśmiechnął się chowając komórkę powrotem do kieszeni, zauważywszy nadchodzącą w Dianę. Usiadła obok niego i oparła głowę na jego ramieniu.
- Przepraszam za niego – szepnęła.
- Nie ma za co. Byłem na to przygotowany. – odparł.
Jego dłoń objęła ją w pasie i przyciągnęła mocno do siebie. Zgasił papierosa zadeptując go butem, a następnie usadził sobie Dianę na kolanach. Wsunął palce w jej włosy, napawał się ich słodkawym zapachem. Położyła prawą dłoń na jego klatce piersiowej i pozwoliła wkraść się palcom pod rozpięcie koszuli. Poczuła jak mimowolnie napiął mięśnie, jak mocno zabiło mu serce. W półmroku zobaczyła, jak zagryza wargi, gdy jej lewa dłoń zaczęła gładzić dobrze zarysowaną linię jego szczęki. Zachłysnął się powietrzem, gdy obrysowała subtelnie jego stwardniały już sutek. Ułożył swoją dłoń na jej odsłoniętym przypadkowo udzie i zaczął ogrzewać je swoim ciepłem. Trwali w bliskości, dodawali sobie otuchy, pewności, że to co ich łączy jest wyjątkowe, silne i trwałe. Lewą ręką obrysowała kontury jego warg, by za moment przycisnąć do nich swoje. Muskali swoje usta początkowo delikatnie, by stopniowo zwiększać swoją zachłanność. Zadrżała, gdy jednocześnie jego ręka odkryła koronkowe wykończenie jej bielizny, a język koniuszek jej drżącego języka. Chcieli i potrzebowali tej bliskości, jednak oboje zdawali sobie sprawę, że nie mogą w tej sytuacji posunąć się zbyt daleko. Tom z cichym mlaśnięciem odsunął się od niej. Złapał rękę Diany, starającą się właśnie odpiąć guziczek od jego spodni i ułożył sobie ją na twarzy.
- Starczy na dziś moja panno! – powiedział stanowczo, udając dystyngowany ton.
- Nie jestem już panną… - szepnęła mu wprost do ucha.
- Oj, Diano! Błagam cię nie utrudniaj mi tego. Oboje wiemy, że to nie miejsce, ani czas! – odparł stanowczo.
- Ale ty jesteś poważny – Pokręciła głową.
- Poważny? Gdybyś wiedziała, jakie myśli krążą mi po głowie na pewno nie mówiłabyś, że jestem poważny… - szepnął jej do ucha.
- A co chodzi ci po głowie? – mruknęła, niby przypadkiem kładąc dłoń na jego rozporku.
- Nie wystawiaj na próbę moich nerwów, gdy tak dawno już się nie kochaliśmy... – szepnął jej do ucha.
- Pragnę cię… - wyznała mu gorąco.
Opuszki jej palców delikatnie sunęły po jego kroczu. To, czego wtedy doznawał nie dało się opisać słowami. Miał ochotę zdjąć z niej te wszystkie ciuszki i kochać się z nią na niewygodnej, drewnianej ławeczce. Zdawał sobie jednak sprawę, że nie mogą tego zrobić. Gdy tylko poczuł, jak krew zaczyna napływać w newralgiczne miejsce na jego ciele, szybko chwycił dłoń dziewczyny. Pocałował wnętrze jej ręki i szepnął:
- Nie tu, nie tak, kochanie…
Rozsądek wziął górę nad uczuciami…

komentarze [0]

Info.
sobota, 17 kwietnia 2010 ~ 17:02:58

Chciałam tylko poinformować, że nie zapomniałam i nie zostawiam bloga. Straciłam prawie całą prace licencjacką i muszę ją od nowa napisać, wiec same wiecie, że to masa roboty! Postaram się dodać notkę jak najszybciej.

Pozdrawiam

komentarze [3]

Część 62.
czwartek, 25 marca 2010 ~ 12:21:36

Odzew jest nieduży, ale nie dziwię się w sumie.Osobiście przekonałam się, że zainteresowanie TH jest coraz mniejsze, a mało kto z moich dawnych czytelniczek chce zauważyć, że ja piszę nie o nich. Byłam na koncercie w Łodzi, to niezapomniane przeżycia. Nigdy tego nie zapomnę, chociaż mam dziwne wrażenie,że to początek końca TH... Obym się myliła.

4 miesiące później...

Livia i Bill siedzieli w jego pokoju na łóżku. Smyrała delikatnie stopy Billa, łudząc się, że jednak coś poczuje. Wcale na nią nie patrzył. Fakt, że rehabilitacja nie przynosiła zamierzonych efektów nie napawał go optymizmem. Miał nadzieję, że po tych 4 miesiącach znów będzie mógł chodzić. Wciąż jednak czucie w nogach było znikome. Livia widziała, jak chłopak powoli traci zapał do ćwiczeń. Był coraz bardziej podenerwowany i znów zdarzały mu się wybuchy złości. Tym razem głowę miał odwróconą w drugą stronę. Starał się nie dopuścić do ich kolejnej kłótni, jednak z jej perspektywy to zachowanie wyglądało zupełnie inaczej...
- Bill…- powiedziała najczulej jak potrafiła.
Nawet nie drgnął. Postanowiła więc załatwić to inaczej. Usiadła na nim okrakiem i odwracając jego głowę zmusiła go, by popatrzył w jej oczy. Był teraz w niczym niepodobny do tego Billa, którego większość znała jako wokalistę Tokio Hotel, a już zupełnie nie przypominał tego chłopaka, którego kiedyś poznała.
- Na co ci taki chłopak?- wydusił w końcu.
– Jest tylu sprawnych, na co ci taka kiepska imitacja mężczyzny, która nawet nie czuje gdy go dotykasz?- dodał.
W jego oczach zauważyła gorycz i żali.
- Bill jesteś bardziej męski niż niektórzy chodzący! – odparła.
- Mówisz tak z litości- zaprzeczył.
- Kocham cię! Ranisz mnie gdy tak mówisz – wyszeptała.
Wstała, podeszła do parapetu i oparła się o niego. Bill był na siebie zły, że swą wściekłość i frustrację rozładowuje na najbliższej mu osobie. Przysunął stojący obok łóżka wózek i wspierając się na rekach próbował na niego wsiąść. Nie miał jednak nadal tyle siły by dźwignąć swoje ciało. Kółka wózka odjechały,a on z całym impetem uderzył o podłogę. Jestem nieudacznikiem- pomyślał sobie. Livia słysząc ten dźwięk podbiegła do niego. Kucnęła obok i próbowała mu pomóc.
- Odejdź!- wrzasnął nagle na całe gardło.
Przestraszyła się go. Po raz pierwszy na nią krzyknął. Usiadła podkulając nogi i obejmując je rękoma. Z jej oczu popłynęły łzy. Tego było już za wiele! Nigdy nie lubiła przy nim płakać, jednak nie potrafiła tego opanować. Przysunął się na rękach i zaczął gładzić ją po włosach i policzkach podnosząc jednocześnie jej brodę do góry
- Przepraszam...- powiedział z wyrzutem.
- Trzymasz mnie na dystans. Ogradzasz się jakimś murem -łkała.
Łzy cały czas spływały po jej policzkach. Wytarł je delikatnie dłonią i powiedział poważnie:
- Przepraszam. Wybacz– szepnął.
- Chcę po prostu przy tobie być... Ćwiczenia przyniosą na pewno jakieś efekty... - tłumaczyła.
- Tak? A jakie? Jakie widzisz efekty? -westchnął.

***

Georg szedł szybko jedną z głównych ulic Paryża. Miał sentyment do tego miasta. Patrzył na ludzi. Obserwował jak nerwowo mijają go i przepychają się w tłumie. Przez chwilę pomyślał o Marcie. Od 4 i pół miesiąca nie odpowiadała na jego telefony, nie odpisywała na maile. Nie wiedział co się z nią dzieje, a wciąż o niej myślał. Nie miał pojęcia dlaczego nie potrafili się dogadać. Miał nadzieję, że może spotka ją w tym tłumie. Popatrzył w prawo. Obok niego w przeciwnym kierunku szła brunetka w zielonej sukience sięgającej kolan. Trzymała w ręku sporą torebkę. Zarys jej twarzy był początkowo zamazany, lecz po chwili zaczął się wyłaniać jakby zza mgły. Kobieta miała wyraźnie zaokrąglony brzuch. Nawet Georg domyślił się, że jest w ciąży. To nie możliwe!, pomyślał, gdy rozpoznał w niej ukochaną. Dziewczyna przyspieszyła kroku i po chwili minęła go. Nie mógł nie sprawdzić, czy to faktycznie Marta. Zatrzymał się nagle i odwrócił. Podbiegł do niej, a potem wyprzedził. Zagrodził jej drogę. Teraz był pewny! To była ona. Poczuł, jakby w jednej chwili ktoś oblał go jednocześnie wrzątkiem i zasypał lodem. Jak mogła tak bardzo go oszukać i skrzywdzić. Spojrzała mu w oczy. Na jej twarzy malowało się nie małe zaskoczenie. Kogo, jak kogo, ale Georga na pewno nie spodziewała się w Paryżu. Nie zważając na nic starała się go wyprzedzić. Chwycił jej ramię i nie pozwolił na to.
- Kiedy miałaś mi zamiar o tym powiedzieć?- spytał wskazując na zaokrąglony brzuch.
Poczuła nagłą ulgę, że nie spytał się kto jest ojcem. Patrzał na nią z wyrzutem. Gdyby nie przypadek pewnie nigdy niedowidziałby się o tym, ze kobieta, którą kocha nad życie nosi w sobie jego dziecko. Był pewny, ze to jego potomek znajduje się w niej. Nie musiał o nic pytać. Zbyt wiele pięknych chwil ominęło go przez jej głupią honorowość. Gdyby mógł cofnąć czas… Stał naprzeciwko niej w samym centrum Paryża, a ona patrzyła na niego jak na obcego człowieka z zupełną obojętnością.
- O czym miałam ci powiedzieć?- odparła.
- Jak to o czym? O naszym dziecku… -odpowiedział zdziwiony.
- To nie jest nasze dziecko Listing. Jest tylko moje… - powiedziała.
- Musimy porozmawiać … Ono nie może wychowywać się bez ojca… Nie dasz sobie rady, a poza tym… Kocham… - dukał.
- Nie, nie mamy o czym rozmawiać! Jeżeli chodzi ci tylko o to, że sobie nie poradzę sama, to muszę cię zapewnić, że wyśmienicie sobie poradzimy- krzyknęła obejmując swój brzuch.
W tym samym momencie poczuła ruch dziecka w sobie. I ty przeciw mnie?- pomyślała. Jak gdyby nigdy nic odwróciła się i odeszła. Zdążyła odejść trzy kroki. Nagle poczuła szarpnięcie. Było na tyle mocne, że się zatrzymała.
- Ja nie pozwolę ci… Nie pozwolę wam już nigdy odejść – wyznał.
- Naprawdę? – zakpiła.- Tak po prostu pojawiasz się po prawie 5 miesiącach i uważasz, że ja mam ci się rzucić w ramiona?!- warknęła.
Poczuła coś, jakby kopnięcie w swoim wnętrzu. Złapała się za brzuch i zaczęła uspokajająco głaskać swoje dziecko.
- Nie odchodź!- prosił.
Honor nie pozwalał jej tak po prostu powiedzieć kocham. Odwróciła się i szybkim krokiem odeszła. Czuła ból. Okropny, rozrywający ból duszy. Gdy go zobaczyła wróciło uczucie, które tak bardzo chciała w sobie zabić. Kochała go, lecz nie mogła tego po sobie okazać, nie ona. Jej charakter nie uznawał tego. Zdenerwowała się. Lekarz od dawna powtarzał jej, że nie może tego robić. Ale, gdy tylko ujrzała Georga wiedziała, że nie może dotrzymać złożonej lekarzowi obietnicy. Poczuła skurcz. Nie tu, nie teraz- pomyślała. Kolejny skurcz, tym razem mocniejszy. Upadła. Podbiegł do niej i chciał wziąć na ręce jednak nie pozwoliła mu na to. Rzucił do nie tylko:
- Nie bądź idiotką zaryzykujesz zdrowie dziecka?!-
„Ma rację” – pomyślała i pozwoliła mu wziąć się na ręce i zanieść do samochodu. Dalej pamiętała tylko dłużącą się drogę do szpitala, lekarza, twarde krzesełka w poczekalni i znów samochód… Bała się o zdrowie dziecka. Miała przecież tylko je... Ale czy na pewno tylko je?

***

Diana stała w kuchni oparta o jedną z szafek i nerwowo obgryzała wewnętrzną stronę swojej wargi. Nie wiedziała, że zwykły obiad u jej rodziców tak bardzo ją zestresuje. Nie, to nie był zwyczajny obiad. Po raz pierwszy miała przedstawić swojego kochanego Toma mamie i tacie. Diana zdążyła już przyzwyczaić się do całej jego ekstrawagancji- do dredów, szerokich spodni, do nieodzownej czapeczki, o której coraz częściej zapominał. Zauważała jak bardzo się zmienia, jak z nonszalanckiego chłopaka, staje się odpowiedzialnym mężczyzną. Nie miała wcale w zamiarze czegokolwiek na nim wymuszać. Bo przecież doskonale wiedziała, że miłość nie polega na dążeniu do poprawiania wszystkich możliwych cech partnera, które nie zgadzają się z naszą wizją księcia na białym rumaku. Tom nie był postacią z bajki. Miał swoje drażniące cechy, ale i masę tych, które bardzo ją rozczulały. Teraz jednak, nie miała czasu na to by się nad tym głębiej zastanawiać. Miała cichą nadzieję, że kolacja u jej rodziców będzie miłym zaskoczeniem. Przeczesała nerwowo włosy i wygładziła sukienkę.
- No nareszcie! – westchnęła, gdy spostrzegła zatrzymujący się na podjeździe samochód Toma.
Szybkim krokiem ruszyła w kierunku pokoju Laury i gestem dłoni przywołała ją do siebie. Wzięła dziewczynkę za rękę, a po drodze chwyciła w drugą dłoń stojącą w kącie torbę z niezbędnymi rzeczami. Westchnęła ponownie i postawiła ją z powrotem. Nachyliła się nad córeczką, po czym ucałowała dziewczynkę w czoło.
- Pamiętaj, żeby być grzeczna – powiedziała spokojnie.
Z oddali słychać było kroki Toma na werandzie. Diana stała, wpatrując się we frontowe drzwi. Miała cichą nadzieję, że nie założył na siebie szerokiej bluzy, bo tego mógłby jej „pozawałowy” ojciec nie wytrzymać. W duchu już widziała scenę niczym ze Shreka. Przypomniała sobie pierwsze słowa jej matki, gdy dowiedziała się o jej nowym związku: „Dziecko! To przecież prawie pedofilia!”. Klamka delikatnie opadła w dół, a drzwi skrzypnęły cicho. Widziała jego jedną nogę, potem drugą przekraczającą próg domu. A potem… Omal nie zemdlała, gdy go zobaczyła. To nie mógł być on! Wzięła głęboki oddech i…
- Gdybym nie spędziła tylu godzin na robienie makijażu na pewno przetarłabym oczy! – pisnęła.
- Bo ten… No… Chciałem dobrze wypaść… - wyjąkał chłopak.
Diana spojrzała na niego jeszcze raz i kolejny i następny. To naprawdę był on! Wyglądał jak młody bóg. Był taki przystojny i … ohh gdyby byli teraz sami. Stał przed nią lekko niepewny. Bardzo niepewny! Miał na sobie beżowe, lniane, eleganckie spodnie i czarną, dopasowaną koszulę, której dwa ostatnie odpięte guziki zdradzały co Diana miała okazję już nie jeden raz podziwiać. Na tym nie był jednak koniec. To co fryzjer wyczarował na jego głowie, było jedną z największych chyba w życiu Toma rewolucji. Zniknęły gdzieś jego długie dredy, a ich miejsce zajęły krótko obcięte włosy.
- Powiedz coś! Jak wyglądam? Jak ciota? – pytał z niecierpliwością.
- Nie, jak ciocia nie… - Wtrąciła z rozbrajającą szczerością mała dziewczynka, która w miedzy czasie zdążyła podbiec do Toma i z niedowierzaniem lustrowała go od stóp do głów.
- Tom! Nie używaj taki słów przy moim… przy naszym dziecku! To po pierwsze, a po drugie… - przerwała.
Podeszła do niego na tyle blisko, że jej dłoń spoczęła na jego barku. Chyba tylko kolczyk w wardze utwierdzał ją w przekonaniu, że to właśnie on. Widziała go z tej odległości bardzo wyraźnie i to, jak jego wyraz twarzy z lekkiego zakłopotania i niepewności zmienia się w promienny i pełen zadowolenia. Pocałował ją delikatnie w usta, bo tylko na tyle mogli sobie pozwolić przy dziecku. Przeczesała subtelnie jego króciutkie włosy i dodała:
-Po drugie jesteś strasznie przystojny i gdyby nie to, że kocham cie od dawna, to na pewno bym się teraz w tobie od razu zakochała.
- Dziękuję… Tylko wiesz? Jakoś dziwnie się na razie czuję i nie poznaję samego siebie w lustrze, ale to przejdzie. Tak przynajmniej mówi Bill… -westchnął.
- Ma rację, to przejdzie. I już żadnych dredów panie Kaulitz! – powiedziała stanowczo.
- Tak jest pani generał! – zasalutował.
Jednocześnie porwał na ręce niczego się nie spodziewającą Laurkę. Ta zapiszczała głośno, ale po chwili wtuliła się w niego bardzo mocno. Chłopak schylił się i drugą ręką zabrał torbę z rzeczami swoich kochanych dziewczyn. Diana sprawnie otworzyła mu drzwi, by po chwili zamknąć je na klucz i podążyć za nim. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się do samej siebie. Nigdy nie przypuszczałaby, że trafi jeszcze w życiu na tak dobrego człowieka, na tak dobrego mężczyznę... Gdy doszła do samochodu Tom właśnie przypinał Laurkę do fotelika. Dziewczynka uśmiechała się do niego słodko i przyglądała z ogromnym zainteresowaniem i zaciekawieniem.
- Tato? – zaczęła słodko.
Rudowłosa siedziała już na przednim siedzeniu samochodu, a gdy tylko to usłyszała odwróciła ze zdziwienia głowę. Kobiecie na dźwięk słów jej dziecka z radości zatrzepotało serce. Nigdy nie przypuszczała, że Laura do jakiegokolwiek mężczyzny użyje tego właśnie określenia.
- Tak kochanie? – zareagował chłopak jednocześnie podnosząc głowę i spoglądając Dianie prosto w załzawione ze szczęścia oczy.
- Już nigdy nie będziesz miał na głowie tych parówków? – zaśmiała się dziewczynka.
- A chciałabyś, żebym miał? – odparł.
- Nie, ale… one były takie śmieszne… - odpowiedziała.
- Śmieszne? O ty mały zdrajco… - powiedział łaskocząc ją jednocześnie pod pachami i wywołując przy tym salwy śmiechu – Ładnie to tak śmiać się z tatusia? – dodał.
- Ładnie! – pisnęła dziewczynka.
Tom zamknął tylne drzwi i usiadł obok Diany. Zapiął pasy i odruchowo spojrzał w tylne lusterko. Kątem oka spostrzegł, jak rudowłosa wyciąga z bocznej kieszeni w drzwiach samochodu małą reklamówkę. Kobieta zaglądnęła do środka i usprawiedliwiająco spojrzała na niego.
- Nie chciałam… Ale tak bardzo mnie to korciło.. – wytłumaczyła się.
- Przestań! Nie mam przed tobą tajemnic… - odpowiedział zmieniając bieg.
- Tom, ale dlaczego trzymasz nadal wszystkie swoje dredy? – zaśmiała się głośno.
- Na pamiątkę kochanie… Na pamiątkę… - westchnął.

***

Wziął Martę na ręce i wyszedł w kierunku samochodu. Posadził ją na przednim siedzeniu i spytał, czy mieszka jeszcze tam, gdzie kiedyś. Kiwnęła głową. Jechali w ciszy. Ona bała się cokolwiek powiedzieć, on, że wybuchnie niepotrzebnie i pogorszy i tak już napiętą sytuację między nimi. Dojechali pod blok. Wyszedł z samochodu i otworzył jej drzwi pomagając przy tym wyjść.
- Dziękuję za pomoc i żegnaj…- powiedziała cały czas kurczowo trzymając się za brzuch.
- Żartujesz prawda?- spytał- Naprawdę myślisz, że pozwolę ci zostać samej w tym stanie? - spytał
- Chyba nie masz wyboru!- rzuciła ironicznie i ruszyła w stronę drzwi.
- Mam go- odparł gdy z łatwością ja dogonił.
Powoli, ociężale jak żółw wchodziła po schodach na górę. Każdy krok męczył ją. Wszystko ją bolało- stawy, mięśnie, głowa. Nie tak wyobrażała sobie ciąże! Miało być pięknie i kolorowo. Georg szedł za nią. Gdy weszli na piętro, wyjęła klucze i otworzyła zamek. Przekroczyła próg i już miała zamknąć je z drugiej strony, gdy Georg podstawił nogę i nie pozwolił jej tego zrobić.
- Nie zaprosisz mnie do środka?- zapytał- Chyba mamy sobie coś do powiedzenia, nie sądzisz?- dodał
- Nie mamy o czym rozmawiać- oznajmiła.
Zanim zdarzyła zamknąć drzwi, Georg był już w środku. Stał oparty plecami o drzwi. Patrzyła na niego przez krótka chwilę. Przez te parę miesięcy tak bardzo chciała, żeby przy niej był. Marzyła, by poszedł z nią do lekarza, by był przy pierwszym USG. Chciała usłyszeć od niego, że bardzo się cieszy i że na pewno sobie poradzą. Szybko odpędziła od siebie te myśli. Nie chciała się rozczulać. Musiała być twarda!
- Jeżeli nie wyjedziesz zadzwonię po policję! - krzyknęła
- Dzwoń, ale ja i tak nie wyjdę!- odparł- Nie zostawię cię samej!- dodał
- Chcę ci oświadczyć, że ja nie jestem dodatkiem do twojego dziecka!- wysyczała
- Wiesz dobrze, że nie o to chodzi…
- To już ci nie przeszkadza, że jestem dziwką?- spytała ironicznie
- Ja…- głos uwiązł mu w gardle.
- Wyjdź!- rozkazała.
- Nie zostawię cię- powtórzył cicho i spokojnie.
- A ja ci mówię, że nie chce twojej łaski! Radziłam sobie do tej pory!
- Ale tobie nie wolno się przemęczać- jego głos przybierał powoli ton błagania o litość.
- Listing wyjdź! To nie twoje dziecko! Nie twoje! Rozumiesz?! Zdradziłam cie! Zdradzałam! On był taki dobry w łóżku! Wyjdź!... Nie rozumiesz?! Wynocha! To nie twoje! Nie twoje dziecko!- krzyczała cała drżąc.
- Nie wierzę ci!- odpowiedział- W ani jedno słowo! - odparł.
Wszedł do mieszkania i jak gdyby nigdy nic wstawił wodę na herbatę, nie miała siły walczyć. Usiadła na wersalce w pokoju. Dobrze znał układ mieszkania, często tu bywał, gdy byli jeszcze parą. Zdjęła buty i położyła się bokiem na łóżku. Płakała. Łzy mimochodem spływały z jej oczy. Gładziła delikatnie brzuch. Powoli zmęczona zaczęła zasypiać. Georg wszedł do pokoju. Zauważył, że zasnęła. Postawił herbatę na stoliku obok łóżka i przykrył ją kocem. Usiadł na podłodze i przyglądał się jej. Była taka piękna. Czas i przeżycia zmieniły jej rysy. Nie była już tą samą beztroska dziewczyną, którą poznał na początku. Dziś była kobietą- przyszłą matką, pełną bólu i niezrozumienia. Wpatrywał się w nią, bo już tak dawno nie miał do tego okazji. Oddychała miarowo. Spokojnie. Chciał stworzyć z nią rodzinę, wiedział, ze to nie będzie takie łatwe. Cicho, na palcach wyszedł z pokoju i udał się na balkon, na który wyjście znajdowało się w sąsiednim pokoju. Wyciągnął telefon i wykręcił numer Gustava.

***

Jechali już jakieś 40 minut. Laurka spoglądała przez szybę. Diana oparła głowę na skórzanym siedzeniu i przyglądała się Tomowi z zachwytem wymalowanym na twarzy. Nadal gdzieś w dole brzucha czuła lekki stres, ale z nim była w stanie wszystko przezwyciężyć. Spoglądał przelotnie na rudowłosą. Wyczuwał podświadomie jej wszystkie obawy. On również bardzo się denerwował. Zastanawiał się czy znajdzie akceptację rodziców Diany.
- A jak mnie nie polubią? – zapytał zagryzając wargę.
- Polubią – odpowiedziała gładząc go po kolanie.
- Nie zdziwiłbym się, gdyby mnie nie polubili… Oni nie chcą, żeby kolejny facet skrzywdził ciebie i Laurę. – powiedział.
- Moi rodzice chcą, żebyśmy były szczęśliwe. Przy tobie jesteśmy. – odparła.
- Czuję się jak przed egzaminem na prawo jazdy. Całą noc uczyłem się odpowiedzi na trudne pytania… - zaśmiał się.
- Mogę cie przepytać, jak chcesz?
- Dobra. Słucham więc…
- Czy ma pan poważne zamiary wobec mojej córki? – zapytała udając ton głosu swego ojca.
- Najpoważniejsze na świecie –odparł.
- Jak poważne? – ciągnęła z zainteresowaniem.
- Chcę się z nią ożenić – odpowiedział.
- Czy nie za wcześnie na takie deklaracje? Jest pan bardzo młody – kontynuowała.
- Jestem tego pewien jak niczego na świecie – powiedział.
Spojrzał przez wsteczne lusterko. Droga była dość pusta, więc zmienił bieg i delikatnie dodał gazu. Spojrzał na licznik, by skontrolować prędkość. Lubił szybką jazdę, ale nie wtedy, gdy wiózł swoje kobiety. Odwrócił na moment głowę i popatrzył przelotnie na rudowłosą.
- Czym zamierza się pan zająć, gdy skończy pan karierę? – ciągnęła udawanym poważnym tonem.
- Hmm, być może założę jakiś własny interes. Na razie nie muszę się obawiać o finanse.
- A dzieci? Chce pan mieć dzieci z Dianą?
- Zdecydowanie… Tyle ile tylko będzie chciała mi urodzić. Chciałbym syna i jeszcze jedną córkę, a może bliźniaki? Ohhh już chciałbym zacząć proces tworzenia ich – powiedział na jednym wdechu.
- O jejku, ale… - jęknęła.
- Nie chcesz mieć już dzieci? – zapytał ze smutkiem w głosie.
- Chcę, ale… Jeszcze nie teraz – odparła szczerze.
- Rozumiem
Pogłaskał ją jedną dłonią po policzku, drugą natomiast trzymał mocno kierownicę. Odwróciła głowę w prawo. Dookoła nie było ani jednego domu. Trawa porastała okoliczne łąki, słońce świeciło intensywnie. Dobrze znała te okolice, bo nie jeden raz jechała tędy do rodziców. Poczuła w środku jakąś dziwną melancholię i smutek. Intuicja podpowiadała jej, że coś musi się w najbliższym czasie popsuć. Nie mogła być aż tak szczęśliwa.
- Masz jeszcze jakieś pytania? – przerwał ciszę.
- Nie…
- O co chodzi? – ciągnął.
- To wszystko jest zbyt piękne Tom…
- Będzie jeszcze piękniejsze! - zapewnił ją.

komentarze [8]

Część 61.
czwartek, 11 marca 2010 ~ 19:34:54

Długo oczekiwana. Na następną nie trzeba będzie tyle czekać. Nie powiadamiam, bo nie mam starej listy gg.

Livia weszła do pokoju Billa. Rozejrzała się po nim, jak gdyby szukała jego radosnego uśmiechu i ciepłych dłoni. Podeszła do pustego łóżka… „Musieliśmy się minąć… On pojechał windą, a ja weszłam po schodach”, przebiegło jej przez myśl. Gdy usiadła, łóżko skrzypnęło złowrogo. Spojrzała na stolik. Leżała na nim paczka papierosów, zapalniczka, komórka i mały, czerwony zeszyt… Coś podpowiadało jej, że tam znajdują się jego najskrytsze tajemnice. Nie miała pojęcia co tak naprawdę mogą skrywać te kartki. W głębi duszy nie chciała wchodzić w jego prywatność na siłę. Chwyciła pewnie zeszyt do ręki. Rozejrzała się, upewniając się, czy aby na pewno nikogo nie ma. Z lekkim drżeniem uchyliła okładkę. Nabrała powietrza i zaczęła czytać…
Siedzę. Od kilku tygodni moje życie toczy się wokół kilku tylko czynności, z których właśnie siedzenie i wpatrywanie się w ścianę zajmuje najwięcej czasu. Znam ten odrapany fragment muru prawie na pamięć. Delikatna zieleń wnętrza wcale nie działa kojąco na moje nerwy, przeciwnie drażni mnie coraz bardziej. Na zewnątrz dość nerwowo toczy się życie, które dla mnie nieoficjalnie skończyło się dokładnie 24 lutego 2008 roku około godziny 19:17.
Zamarła przeczytawszy tych parę zdań… Domyślała się już co to może być… To jego terapeutyczny pamiętnik. Słyszała, że często stosuje się to w psychoterapii. Nie sądziła jednak, że Bill ma swój własny dziennik. Wiedziała, że robi cos niedobrego, że nie powinna wchodzić w jego prywatność. Ciekawość była jednak silniejsza…
Codziennie zmagam się z tym koszmarem od nowa. Co noc przeżywam tamten felerny dzień. Nie wierzę już, że kiedykolwiek to się skończy i będzie jak dawniej. Każda sekunda trwa wieczność, a może jeszcze dłużej. Tu nic się nie zmienia, wciąż ta sama beznadzieja, którą naznaczone jest wszystko. Czuję, jakby los kpił sobie ze mnie, bo przecież nikt mnie nie zmuszał, bym skoczył i udowadniał całemu światu, że potrafię „dać czadu”. Przez te kilka głupich sekund straciłem wszystko na co pracowałem, a co gorsza stałem się balastem dla innych. Nic nie daje ukojenia. A może to ja wcale go nie chcę? Może rozdrapywanie ran, to najlepsza kara za własną bezmyślność? Najbardziej denerwuje mnie puste gadanie innych. Wmawiają mi, że jeszcze będzie dobrze, że jeszcze… No właśnie, że jeszcze co?! Już nigdy nie pójdę na imprezę, ani choćby do kuchni po szklankę zimnego soku. Nie pojadę na rowerze w ciepły, sierpniowy dzień, ani w zimę na narty. Moja egzystencja przybrała kolor zieleni szpitalnej sali. Widzę tylko jeden sposób skończenia tego wszystkiego - jedno krótkie pociągniecie zimnej stali noża po nadgarstkach i byłoby po cierpieniu. Czemu więc nie umiem tego zrobić? To wszystko stałoby się prostsze dla innych. Nikt nie musiałby troszczyć się o zbędnego kalekę. Oni chyba sądzą, że nie widzę mamy, która z lekko podpuchniętymi od łez oczami i przyklejonym do twarzy uśmiechem za wszelką cenę stara się nie okazać słabości, ani brata, który co chwilę klepie mnie po ramieniu i niczym mantrę powtarza „Będzie dobrze”. Rozglądam się dookoła, sprawdzając czy nic się nie zmieniło. Niestety, wciąż to samo stare, pomalowane na biało krzesło, to samo skrzypiące łóżko, ta sama metalowa szafka i odrapany kaloryfer. Zapach szpitala wdziera się niemal brutalnie do mojego nosa. Gdzieś poza salą rozbrzmiewa czyjś płacz. Czyżby ktoś umarł? Nie, tutaj się nie umiera, tu czeka człowieka coś gorszego niż śmierć – zmaganie z własnym losem. Słyszę odgłos kroków pielęgniarki. Jestem tu wystarczająco długo, by rozróżnić stukot jej chodaków, od tych wydawanych przez buty odwiedzających. Zastanawiam się czasami, czy to nie jest przypadkiem mój mały masochizm. Dobrze zdaję sobie sprawę, że już nigdy nie usłyszę szurania swoich stóp o podłogę. Drzwi otwierają się z cichym skrzypnięciem. Nie reaguję, tak jakby cała sytuacja działa się gdzieś poza moją rzeczywistością. Podnoszę do góry wzrok, by upewniwszy się, że wszystko jest zgodnie z ustalonym planem, opuścić go z powrotem.
- Witaminki – mówi pielęgniarka.
- A mogę prosić o coś na sen? – pytam.
- Dobrze, przyniosę, gdy rozdam wszystkie leki – odpowiada.
Mechanicznym ruchem wysypuję lekarstwa z plastikowego pojemnika na dłoń i odbieram kubek z zimną wodą. Łykam skompensowaną porcję mojego ozdrowienia. Czuję lekko gorzkawy smak na języku, ale nie krzywię się. Ona wychodzi. Znowu zostaję tu sam. Spoglądam na smugę światłą wpadającą przez okno. Na zewnątrz nadal jest jeszcze widno, jak przystało na te porę roku. Dlaczego właśnie ja? Dlaczego nie mogę tak po prostu wstać i jak gdyby nigdy nic wtopić się w szary tłum pędzący nie wiadomo dokąd? Nie mam siły krzyczeć, ani walczyć. Chciałbym tak po prostu rozpłynąć się, zniknąć i już nic nie czuć. Spoglądam na zegar wiszący nad moim łóżkiem. Jest za piętnaście ósma. Kolejna godzina minęła…

Zamknęła pamiętnik i szybko odłożyła go ta skąd go wzięła. Jeszcze długo nie potrafiła ruszyć się z miejsca. Łzy spływały po jej policzkach tak szybko, że nie nadążała ich wycierać… Kochała go, a jednak nie potrafiła mu pomóc.

***
Był słoneczny, ciepły dzień. Gdyby nie orzeźwiający wiatr, można by powiedzieć, że jest upalnie, jak na maj. Trawa zieleniła się, a spośród niej wystawały małe stokrotki. W cieniu sporej jabłoni znajdował się drewniany stolik oraz 6 krzeseł. Po prawej stronie stoi murowany grill. Śmiech trójki przyjaciół rozchodził się po ogródku. Georg i Gustav rozstawili swoje zakupy, poczym usiedli za stołem. Tom starał się rozpalić ogień, jednak nie szło mu to zbyt zręcznie. Cała sytuacja wcale nie wyglądała na nadzwyczajną. Nagle oczy trójki zwróciły się na werandę. Na podjeździe zobaczyli… Małą dziewczynkę siedzącą na kolanach Billa. Oboje wydawali się żywo zainteresowani rozmową. Tom spojrzał ze zdziwieniem na swoich kolegów. Nie mieli pojęcia jak zareagować w tej sytuacji. Georg spojrzał na jadącego na wózku Billa. Wyglądał zupełnie inaczej niż kiedyś… Krótkie włosy rozwiewał wiatr, nie miał ani grama makijażu, a oczy nie patrzały już z tym samym blaskiem co kiedyś. Gustav również zauważył różnicę… Bill wyraźnie schudł, a jego kości policzkowe stały się jeszcze bardziej zarysowane. Laura kręciła się na jego kolanach i pytała o coś, ale niestety nie mogli usłyszeć o co. Po krótkiej chwili czwórka przyjaciół znów mogła usiąść razem przy stole, jak za starych czasów. Laura wstała grzecznie i podeszła do Toma. Georg i Gustav zerwali się szybko z krzeseł. Nie mieli pojęcia co powiedzieć, co zrobić. Obaj wyciągnęli więc dłonie w kierunku Billa. Chłopak nie odwzajemnił jednak tego gestu.
- Darujcie sobie, co? – wysyczał z goryczą.
Obaj usiedli więc lekko zdenerwowani. Bill podjechał bliżej do stołu i dopiero po minie brata zdał sobie sprawę, że może zbyt ostro zareagował. Nie potrafił się kontrolować. Nie umiał udawać, że wszystko jest w porządku. Być może pora się przestawić na to, że tak będzie odtąd wyglądało twoje całe życie, przeszło mu przez myśl. Tom trzymał jedną ręką dłoń Laury, drugą natomiast wsunął kratkę do grilla. Uśmiechnął się do dziewczynki, która raz po raz szarpała go lekko w dół. W końcu, po chwili zareagował…
- Co się dzieje dziecinko? – zagadnął patrząc jej w oczy.
- Tatoo, a jak się nazywają twoi koledzy? – zapytała zawstydzona.
- Jestem Georg – odpowiedział spontanicznie, wyciągając do niej dłoń w geście powitania.
- A ja Gustav – dodał chłopak.
Mała szybko się rozluźniła i siadła między nimi przy stole. Bill wciąż czuł się jak zwierzę w zoo. Miał wrażenie, że wszyscy starają się robić wszystko, by nie powiedzieć coś niestosownego. Po paru minutach do wesołej piątki dołączyła Livia… Tom spojrzał na nią lekko zdziwiony. Na jej twarzy widać było speszenie oraz lekkie zakłopotanie. Była tak smutna i zmartwiona, że nawet Gustavowi zrobiło się jej żal. Była blada, chuda, nawet jej złociste włosy straciły swój dawny blask, związane w ciasną kitkę. Nie przypominała już tej radosnej dziewczyny, jaką wydobył z niej Bill. Stała wsuwając i wysuwając nerwowo ręce z kieszeni jeansów. Podrapała się lekko po głowie.
- Cześć chłopaki, zabiorę wam tą pannę, żebyście mogli zostać sami… Zrobicie sobie męskie popołudnie… - zaczęła pozornie wesoło – Laura, chodź ze mną! Zrobimy porządek na tym stole i będziesz moją kelnerką – dodała wyciągając dłoń do dziewczynki.
Mała podeszła do niej posłusznie. Bardzo lubiła Livię. Była dla niej jak przyjaciółka, siostra i opiekunka. Często odrabiała z nią lekcje, robiła w środku nocy jej ulubione naleśniki, bawiła się lalkami, a czasem nawet opowiadała bajki, choć to było zazwyczaj zadanie Toma.
- Zostań z nami – zaprotestował żywo Gustav.
- No właśnie! Zostań… Tom przyniesie talerze i sztućce. Niczego więcej nam nie potrzeba -zawtórował Georg.
- Nie będziemy wam przeszkadzać… Przyjechaliście w końcu do chłopaków, a nie do mnie… - odpowiedziała z lekkim smutkiem w głosie.
- Tym niewychowanym typom przyda się towarzystwo dam! – zaśmiał się Tom.
- Eeej! Wypraszam sobie! – fuknął Georg, mrugając przy tym jednym okiem do Laurki.

***
Diana właśnie przechadzała się po kuchni w mieszkaniu jej rodziców. Przyrządzała właśnie obiad – gotowana ryba i surówka musiała zastąpić smażone mięso z frytkami. Cieszyła się, że jej ojciec mógł po krótkim czasie wrócić do domu. Lekarz przydzielił mu specjalną dietę, zakazał wysiłku i stresu, ale najważniejsze było to, że pozwolono mu być znów u siebie. Rudowłosa nałożyła na półmisek rybę i postawiła go na stole, gdzie znajdowały się już talerze, miska z surówką i sztućce. Zawołała rodziców z sąsiedniego pokoju. Tata szedł wolnym krokiem. Po chwili wszyscy siedzieli już przy stole i w ciszy jedli obiad.
- Kiedy wracasz do siebie? – zaczął w końcu tata.
- Na razie jeszcze nie. Jestem tu bardziej potrzebna – odpowiedziała.
- Nie możesz zrzucać mu na głowę twojego dziecka – stwierdził ojciec.
- Wiem, ale… Oni się polubili, poza tym planujemy razem przyszłość… - zaczęła nie chcąc wchodzić na drażliwy temat.
- Musi być wyjątkowym chłopakiem – stwierdziła spokojnie mama.
- Jest wyjątkowy. Ma wnętrze dojrzalsze niż nie jeden 30 latek. – odpowiedziała Diana wkładając kęs ryby do ust.
- Może zaproś go do nas na kolację… - zaproponował ojciec.
- Na kolację? – zdziwiła się dziewczyna.
- Tak, w końcu musimy się poznać, skoro tak polubiła go nasza córka i wnuczka – odparła matka.
- Nie wiem czy to dobry pomysł… - stwierdziła lekko przerażona.
Nie wiedziała, czy takie spotkanie zbliżyłoby jej rodziców i Toma. Sama kochała go ponad wszystko, ale czy oni zaakceptowaliby go równie bezwarunkowo?
- To doskonały pomysł! Zaproś go jak tylko się z nim zobaczysz. – stwierdził mężczyzna.
***
- No i właśnie wtedy otwieram drzwi, patrzę, a tam stoi RTL z kamerą… Moje głośne beknięcie poszło na żywo do wszystkich niemieckich domów – kończy swoją historyjkę Georg.
- Hahaha i to była twoja najbardziej interesująca wypowiedź roku! – stwierdził wesoło Gustav.
- Trzeba przyznać, że to dość zabawne… - stwierdziła Livia.
Tom właśnie nakładał na półmisek upieczone już kiełbaski. Rozmowa wrzała. Na stole stały otwarte już puszki Redbulli, pokrojone warzywa, talerze i sztućce. Chłopcy musieli przyznać, że gdyby nie Livia ten grill miałby zupełnie inny charakter. Zazwyczaj na ich męskich wieczorach wszędzie walały się puste opakowania po chipsach, pizzy oraz innych niezdrowych przekąskach, a także puszki po piwie oraz inne dziwne przedmioty, jak np. 10 numerów Playboya. Dzięki obecności kobiety i dziecka ich rozmowy nie zeszły na te tematy, które zazwyczaj interesują młodych panów, czyli seks, alkohol i szybkie samochody. Starali się przywołać miłe wspomnienia oraz nastroić pozytywnie Billa, który cały czas był dość mrukliwy. W sumie to ani Georg, ani Gustav nie spodziewali się specjalnie gorącego powitania ze strony przyjaciela. Obaj mieli jednak nadzieję, że być może uda im się wyrwać go ze świata własnych ponurych rozważań. Czarny zachowywał się wobec grupki przyjaciół zupełnie tak, jak kiedyś podczas nudnego wywiadu, w którym powtarzały się te same od lat pytania. W jego głowie jednak trwała batalia. Cały czas analizował słowa małej dziewczynki, która niczego się nie wstydząc, ani nie udając dała mu wiele do myślenia. Coś w jego wnętrzu drgnęło, mimo, że na razie nikt tego nie zauważał. Pragnął znów zacząć się śmiać. Chciał jeżeli nie zaakceptować nowy stan rzeczy, to chociaż nauczyć się w nim żyć. Raz po raz spoglądał na siedzącą obok niego Livię. Z jej twarzy nadal mógł wyczytać wszystkie emocje, uczucia. Widział na niej tyle bólu, tęsknoty i zmęczenia. Te oczy choć zawsze skrywały tajemnice wszystkich, dziś były jeszcze bardziej ciemne i ponure. W głębi duszy wciąż bardzo ją kochał. Każdego dnia i każdej nocy jakaś część niego wyrywała się do niej. Coś jednak nie pozwalało mu wierzyć, że ta cudowna istota może nadal darzyć go uczuciem tak jak wcześniej. Przecież był kaleką. To słowo dźwięczało mu w głowie przez cały czas.
- Mniam! Mniam! Mniam! – krzyknął wesoło Tom ustawiając półmisek z kiełbaskami na stole.
- Żarełko! – zawtórował Georg.
- Laura, ile zjesz? – zapytał dziewczynkę Tom.
- Nie chcę! – odparła zdecydowanie.
- Co to znaczy? Nie chcesz być duża jak ja? – ciągnął patrząc na nią przenikliwie.
- No dobra… Zjem jedną… - westchnęła.
- Musisz jeść, bo nie urośniesz- wytłumaczył Gustav.
- Musisz jeść bo będziesz taka mała jak wujek Gustav – zaśmiał się Georg.
- Albo jak wujek Georg – dodał sam zainteresowany.
- W każdym razie jak nie będziesz jadła, to nie urośniesz taka duża jak wujek Bill – ciągnął Tom.
- Ooo tak! To naprawdę cudowny przykład braciszku!– wysyczał przez zęby czarny.
- A zły? Przecież to ty jesteś z nas wszystkich najwyższy – odparł, udając, że nie usłyszał ironii.
- Teraz jakoś tego nie widać – stwierdził patrząc, jak wszyscy po kolei nakładają sobie kiełbaski.
- Jak wstaniesz to porównamy – stwierdziła Laura z buzią pełną jedzenia.
- Właśnie! Jak wstaniesz! – potwierdził Gustav.
- Wstaniesz! – powtórzył Tom.
- Jeśli wstanę… - westchnął Bill.

***
- Toom, pomóż miii!!!! – dobiegł chłopaka głos brata krzyczącego z łazienki.
Tom szybko wstał z fotela i ruszył w kierunku tego pomieszczenia. Był wieczór. Laura położyła się właśnie spać, Livia zatopiła się w stercie nudnych lektur, Simone siedziała w kuchni z Gordonem popijając kawę. Tom szybko otworzył drzwi, a to co tam zobaczył sprawiło, że nie wiedział co powiedzieć. Bill leżał na posadzce pod wanną. Był nagi, mokry i roztrzęsiony. Z rozciętego prawego łuku brwiowego wolno kapała krew. Bliźniak podszedł do niego. Chwycił w dłoń czysty ręcznik i przyłożył mu go do skroni. Tom nachylił się powoli i złapał Billa pod pachami, tak by móc go podnieść do góry. W momencie gdy starał się wyprostować ciało brata wyślizgnęło mu się z lewej ręki. Odruchowo chwycił go mocniej prawą ręką i nagle poczuł przeszywający ból. Szybko posadził Billa na zamkniętej klapie sedesu, a sam ucisnął swoje prawe przedramię. Brat szybko zasłonił ręcznikiem swoje biodra. Do skroni przyłożył kawałek papieru toaletowego. Krew kapała coraz słabiej, by po chwili zaschnąć.
- Co to sobie wyobrażałeś, Bill?! – warknął do niego.
- Chciałem… Myślałem, że sobie poradzę. Wózek nagle się odsunął i… - zaczął się tłumaczyć.
- To źle myślałeś! Tyle razy ci tłumaczyłem, że to dla mnie nic takiego pomóc ci się umyć i ubrać! Tyle razy ci o tym wbijałem do głowy, ale nie! Ty musisz być samowystarczalnym! – krzyczał uciskając jednocześnie bolącą rękę.
- Nigdy nie zrozumiesz tego, co czuje się w takich sytuacjach! Myślisz, że to przyjemne rozbierać się do naga przed własnym bratem i musieć się go prosić o umycie? Nie ma nic bardziej poniżającego! – wybuchł Bill.
- Jesteś moim bliźniakiem! Widziałem cię nago przynajmniej ze sto razy, podobnie jak ty mnie – tłumaczył.
- To było dawno! – wrzasnął.
- Nie jestem twoim wrogiem! Jestem twoją rodziną! – opowiedział.
Tom gwałtownie poruszył prawą ręką. Ból stał się niemal nie do zniesienia. Skrzywił się i zamknął szybko powieki. Bill nie mógł tego nie zauważyć.
- Co się dzieje? – spytał nieśmiało.
- Nic… -odwarknął brat.
- Przecież widzę! –odparł.
- Ręka. Chyba nadciągnąłem mięsień. – stwierdził.

***

Livia weszła do pokoju Billa. Powoli zbliżała się, trochę niepewnie. Tyle razy już ją odepchnął, tyle razy sprawił ból. Bała się. Bała się, że już więcej nie zniesie. Leżał jak zwykle na łóżku gapiąc się bezczynnie w sufit. Zupełnie nie zauważył jak wolnym krokiem podchodziła do niego. Po chwili, gdy nieśmiało usiadła obok na łóżku gwałtownie wyrywając z zamyślenia, odwrócił się do niej. Uśmiechnął się. Po raz pierwszy od tak dawna uśmiechnął się do niej. Wyciągnął powoli dłoń i pogładził jej policzek. Zadrżała w pierwszym momencie. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo jej tego brakowało. Chciała znów swojego czułego, kochanego Billa. Jedyną rzeczą, jaka nie pozwalała jej cieszyć się z tego w pełni, to świadomość, że on znów może stać się tak cynicznie zimny. Widział w jej oczach tysiące wątpliwości.
- Co z nim? – rozpoczął cicho.
- Naderwany mięsień trójgłowy przedramienia… - odpowiedziała.
Czuła wciąż jego dłoń gładzącą jej policzek.
- To moja wina… - westchnął.
- Nie mów tak! To niczyja wina. Nieszczęśliwy wypadek – zaprzeczyła gwałtownie.
- Zawiozłaś go do szpitala? – spytał zmieniając temat.
- Tak, bo on… On nie mógł prowadzić. To tylko przysługa… - zaczęła się nerwowo tłumaczyć.
- Spokojnie. Ufam ci kochanie – odparł.
Spojrzał jej w oczy. Były tak piękne niebieskie. Twarz Livii oświetlała migotliwe lampka nocna. Jej włosy były ciasno związane z tyłu głowy, tylko jedno pasemko ośmieliło się wysunąć zza frotki. Usiadł na łóżku i przybliżył tułów do niej. Wyglądała uroczo w swojej luźnej, czerwonej piżamce. Wyobrażał sobie małe, zgrabne piersi, płaski brzuch, a na myśl o tym co było niżej czuł falę gorącego powietrza
- Mogę? – zapytał przejeżdżając kciukiem po jej wargach.
Zauważył jak przymknęła powieki i nabrała głęboko powietrza. Otworzyła po chwili oczy i spojrzała w jego brązowe tęczówki.
- Pozwolisz? - ponowił zachrypniętym od nagłego podniecenia tonem.
W odpowiedzi przybliżyła swoją głowę do jego. Czuła gorący oddech ogrzewający okolice jej nosa. Modliła się, by się nie obudzić. Złapał desperacko jej twarz i przysunął do swojej. Wargi drżały mu z emocji. Subtelnie musnął jej usta. Po raz pierwszy od tak dawna poczuł to cudownie podniecające ciepło i słodkawy smak. Starał się nie być napastliwym, ale gdy jej wargi delikatnie się rozszerzył, nie mógł nie wsunąć pomiędzy nie języka. Jęknął gdy poczuł jej drżący koniuszek. Tak bardzo ją kochał, tak bardzo pragnął. Jedną rękę wsunął w jej włosy i wyplątał je z frotki. Posłusznie opadły na jej ramiona. Drugą dłonią muskał jej czułe miejsce tuż za uchem, wywołując cudownie znane dreszcze. Nie umiała się przed nim bronić. Zamruczała, gdy zassał jej dolną wargę, sama zrobiła podobnie z jego. Wiedziała, jak bardzo lubi, gdy muska się jego skórę głowy. Nie szczędziła mu tych pieszczot. Chciała, by było mu dobrze, tak dobrze jak jej samej. Czuła, że gdyby tylko poprosił oddałaby mu się bez wahania. Tak bardzo za nim tęskniła. Bała się, że gdy tylko pocałunek się skończy on znów będzie ironiczny. Ze strachem oderwała się od niego, gdy w końcu brakło im już powietrza. Nie otwierała oczu, a on patrzył na jej piękną, niewinną twarz pokrytą rumieńcem. Była taka śliczna, taka cudownie jego. Po chwili otworzyła powieki. Spojrzała w jego oczy przepełnione miłością. Wargi drżały mu tak jak kiedyś. Jedną ręką przyciągnął ją stanowczo na siebie i ułożył swoje plecy na poduszce. Znów czuł na sobie jej ciało. Ona znów była przy nim taka bezpieczna.
- Zostań… - szepnął – Zostań tu ze mną – dodał gładząc jej włosy.
Nie mogła mu odmówić tego, czego sama tak bardzo pragnęła. Pierwszy raz od dawna oboje zasnęli spokojnie.
***
Był ranek. Livia wstała przed Billem. Złożyła na jego ustach delikatny pocałunek, a on uśmiechnął się przez sen. Czuła się taka szczęśliwa, taka lekka i spokojna. Zeszła na dół i uszykowała mu śniadanie. Zaniosła mu je i patrzyła jak je, raz po raz uśmiechając się do niej i mówiąc coś z pełną buzią. Po chwili musiała go jednak zostawić. Wytłumaczyła mu, że musi coś powiedzieć Tomowi. Zapukała szybko do drzwi sąsiedniego pokoju i zanim zdążył jej ktokolwiek odpowiedzieć otworzyła je. Zamyślona weszła do pokoju. Tom stał na jego środku obok łóżka, na którym leżała czysty T-shirt. Zmagał się lewą, sprawną ręką z poplamioną koszulką, którą miał na sobie. Szarpał ją, starając się podciągnąć ją do góry.
- Mama woła cię na dół – zaczęła w ogóle na niego nie patrząc.
- Ok., zaraz do niej idę, tylko… - rozpoczął rzucając wymowne spojrzenie na swoją koszulkę.
- A co się dziecko tak pobrudziło? – zaśmiała się.
- Chciałem się ogolić, ale jakoś mi nie wyszło… Cała pianka wylała mi się na koszulkę. – wytłumaczył.
- Może pomóc ci w… No wiesz… - zaproponowała niewinnie.
- Chciałabyś mnie rozebrać szwagierko? – zagadnął poruszając obiema brwiami.
- Jeżeli tylko masz taką potrzebę… - stwierdziła wesoło.
- No dobrze… Sam do jutra się nie przebiorę, a Diana ma przyjechać za pół godziny… - wytłumaczył.
Podeszła do niego bliżej. Złapała rąbek jego szarego T-shirtu. Czuła się dość niezręcznie. Zdążyli się w ostatnim czasie bardzo do siebie zbliżyć. Traktowali się jak rodzeństwo. Żadne z nich nie miało zamiaru przekraczać pewnych granic. Spojrzała mu w oczy. Złapał mocno koszulkę do góry. Najpierw wyswobodził swoją lewą rękę, a gdy się nachylił następnie głowę. Uśmiechnął się i mrugnął do niej zadziornie okiem. Ktoś postronny mógłby uznać to mylnie za flirt. Delikatnie przesunęła materiał koszulki po jego ramieniu. Nie chciała sprawić mu bólu. Zdawała sobie sprawę, że jego przedramię musi być usztywnione i unieruchomione, w końcu naderwany mięsień trójgłowy przedramienia to nie byle jaki uraz. Bała się o niego, jak o własnego brata, którego nigdy nie miała. Spojrzała mu z lekkim zawstydzeniem w oczy. Wiedział, że ona się krępuje, on zresztą też. Stali tak naprzeciwko siebie patrząc się na siebie. Nagle drzwi otworzyły się. Żadne z nich nie zauważyło tego faktu. Do środka weszła Diana. W pierwszej chwili nie miała pojęcia co zrobić. Stała w progu pokoju jak skamieniała. Widziała swojego ukochanego bez koszulki obok dziewczyny jego własnego brata. Spoglądali na siebie z uśmiechem, takim jakby rozumieli się bez słów. Przez jej głowę przebiegało tysiąc myśli. Tak bardzo mu ufała, a on po prostu zabawia się z inną. Livia trzymała rękę na ramieniu Toma, a on… Wcale jej nie odrzucił. Diana wprost nie wiedziała co powiedzieć. Nagle Tom odwrócił się w stron drzwi i to co tam zobaczył wywołało na jego twarzy ogromne zdziwienie.
- Diana? – zapytał podchodząc do niej.
- Nic nie mów! Milcz! – wysyczała robiąc krok w tył.
- Ale kochanie… - zdziwił się.
- Nie chcę cię znać! – krzyknęła.
Wybiegła z pokoju wcale na niego nie patrząc. Tom stał zdziwiony. Popatrzył z zaskoczeniem na Livię. Ta kiwnęła głową w stronę drzwi. Chłopak zerwał się szybko. Biegł półnagi po schodach. Gdy ją dogonił stała właśnie z Laurą w przedpokoju i tłumaczyła jej zawzięcie, że muszą już iść. Podszedł szybko do Diany. Chwycił ją za nadgarstek, a gdy zaczęła się szarpać zacisnął lekko dłoń. Nie mógł pozwolić, żeby odeszła. Tak bardzo ją kochał, że aż nie mógł sobie wyobrazić gdyby jej mogło nie być w jego życiu.
- Porozmawiajmy – zaczął spokojnie.
- Nie mamy o czym rozmawiać… - stwierdziła nawet na niego nie patrząc.
- Laura idź się pobawić do pokoju – powiedział do małej blondynki.
Dziewczynka wesoło pobiegła na górę, zanim Diana zdążyła cokolwiek wydusić z siebie. Spoglądał na nią czule. Widział na jej twarzy oznaki stresu i zmęczenia. Denerwowała się o zdrowie ojca. Nie rozumiał jednak jak mogła sobie pomyśleć, że on ją zdradził.
- Jak mogłeś mi to zrobić… - westchnęła.
- Niczego nie zrobiłem! – odparł.
Przyciągnął ją do siebie. Jej dłonie szybko zaczęły odpychać go od siebie. Kręciła z dezaprobatą głową. Nie mogła pozwolić mu tak łatwo dać się przeprosić.
- Nadciągnąłem ścięgno prawej ręki. Nie mogłem sobie poradzić z tą koszulką… Livia mi tylko pomagała… - zaczął się nieporadnie tłumaczyć.
- A spodnie i bokserki też ci pomagała zdejmować? – zapytała cynicznie.
- Dianaa, jak możesz tak mówić! Po pierwsze to ja ciebie kocham, a po drugie to Livia jest dziewczyną mojego brata… - powiedział szczerze.
- To boli jeszcze bardziej! Ufałam ci, a ty mnie tak po prostu puściłeś mnie kantem! – wybuchła.
- Co ty gadasz?! Otrzeźwiej! Mam ciebie, kocham cię i tylko ciebie pragnę! – odpowiedział stanowczo.
- Ona jest ładniejsza i młodsza…
- Jesteś dla mnie najważniejsza. Nie potrzebuję młodszej. Chcę tylko ciebie. Uwierz mi! Diano, błagam… Zaufaj mi… -kontynuował.
- Muszę to wszystko przemyśleć… - westchnęła.
- Nad czym chcesz się zastanawiać? Kocham cię i nie zdradziłem cię! – powiedział stanowczo.
- Dzieciaku… - mruknęła.
- Nie jestem dzieciakiem! Zacznij traktować mnie jak twojego partnera. Nie wierzysz, że nigdy bym cię nie zdradził? – zapytał z żalem w głosie.
- Ja… - wyjąkała.
- Odpowiedz! – ponaglił ją.
Przez chwilę panowała między nimi cisza. Przez jej głowę przebiegało tysiąc myśli. Chciała mu ufać, ale czy potrafiła?
- Wierzę! – odparła.

komentarze [4]

Info
niedziela, 24 stycznia 2010 ~ 11:21:59

Już troszkę czasu minęło od odcinka. Uzbrójcie się w cierpliwość. Za parę dni powinnam coś dodać. Wtedy zedytuję i na miejsce info pojawi się notka. Na razie zakuwanie do egzaminów.

Pozdrawiam

komentarze [4]

Część 60.
sobota, 9 stycznia 2010 ~ 16:24:17


Nie mam pojęcia, czy wam się spodoba. Czuję, jakbym wyszła z wprawy. Jak obiecałam tak też robię. Dodaję nową część. Proszę wszystkich o komentarze. Pozdrawiam

W pokoju Gustava rozdzwonił się nagle telefon. Chłopak zerknął niechętnie w kierunku swojego biurka i niemalże w tym samym momencie podniósł się ciężko z łóżka. Zrobił dwa kroki do przodu i chwycił w dłoń komórkę. Na wyświetlaczu widniał migający napis „Georg”. Nacisnął odpowiedni przycisk i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć usłyszał:
- Hej stary, będę po ciebie za 15 minut…
- Nie rozumiem, coś się stało? – spytał apatycznie.
- Przed wczoraj Bill wrócił do domu. Jedziemy do Loitsche… - wytłumaczył Georg.
- No dobra... Czekam na ciebie – odparł drapiąc się po głowie.
- Będę za 10 minut. Właśnie stoję na czerwonym świetle przy Ottostraβe – rzucił jeszcze i rozłączył się.
Gustav spojrzał kontrolnie na swój T-shirt i spodnie. Czarne bojówki nosiły ślady użytkowania, a koszulka była nieco pogięta na brzuchu. Czapeczka leżała na środku łóżka. Nie mógł powiedzieć, że nie martwił się o Billa. Po tym wszystkim co wspólnie przeżyli był mu bardzo bliski. Czasami się kłócili, a czasami byli w stanie przegadać pół nocy o zupełnie przyziemnych sprawach. Po wypadku wiele razy próbował zadzwonić do niego, ale w takich momentach zawsze w gardle pojawiała mu się jakaś dziwna pustka, jakby struny głosowe odmawiały współpracy. Gustav nie był nigdy człowiekiem, który rzuca słowa na wiatr. Wydawało mu się, że wszystko co powie będzie sztuczne. Bo jak mógłby uspokoić Billa mówiąc mu, że wszystko będzie dobrze… Znał czarnego zbyt dobrze. Koncerty, wywiady, nagrody, złote płyty były celem jego życia. Blondyn nie mógł znieść gasnącego błysku w oku przyjaciela i może właśnie dlatego odwiedził go w szpitalu tylko jeden, może dwa razy. Rozmyślania chłopaka przerwał dźwięk dzwonka domofonu. Podniósł się szybko z łóżka, po czym pobiegł do przedpokoju. Podniósł słuchawkę i rzucił krótkie „Otwieram”. Nie musiał pytać kto tam. Po prostu to wiedział. Szybko usłyszał głośne tupanie na schodach.
- Jeden, dwa, trzy…. Osiem – liczył na głos.
Zanim basista zdążył zapukać Gustav otworzył mu drzwi i wpuścił do środka.

***

Livia obudziła się dość późno. Sama nie wiedziała co ją tak zmęczyło. Ubiegłej nocy znów płakała cicho w poduszkę, tak by nikt nie usłyszał. Starała się być twarda i silna dla niego. Chciała go wspierać, ale w jego obecnym stanie nie było to łatwe. Przeczesała włosy i odrzuciła spore ich pasmo z twarzy. Przetarła oczy i ziewnęła. Nie czuła się wypoczęta, ani radosna. Miała nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży. Kochała Billa. Nie mogła go teraz zostawić. W jej głowie walczyły tysiące sprzecznych myśli. Wstała szybko z łóżka. Ubrała sprane już jeansy i zwykły t-shirt. Związała włosy frotką i wyszła z pokoju. Przeszła korytarzem. Zauważyła, że drzwi łazienki były lekko uchylone, a kątem oka dostrzegła w środku Billa. Zapewne miał zamiar umyć twarz… Kiedyś uwielbiali spotykać się rano i myć razem zęby. To był ich mały, intymny świat. Tylko ona wiedziała, że nie lubi miętowej pasty, ani elektrycznych szczoteczek. Wychyliła nieśmiało głowę zza uchylonych drzwi łazienki.
- Mogę? – zapytała.
- Tym razem ciebie przysłali, żebyś mnie umyła?! – fuknął niemiło, nawet na nią nie patrząc.
- Przecież wiesz, że nie… - odparła.
Starała się nie zrażać jego słowami. Tłumaczyła sobie, że to nie jest ten sam kochany Bill, że jej czuły mężczyzna jeszcze wróci. Na pewno jeszcze kiedyś wróci... Weszła wolnym krokiem do środka. Teraz widziała go dokładnie.Wózek przystawił do umywalki,starając się dosięgnąć żel do golenia. Złościł się strasznie, bo Tom zapewne odruchowo postawił go na półkę wyżej. Livia podeszła do Billa, usiadła na opuszczonej klapie sedesu i podała mu potrzebny specyfik.
- Poradziłbym sobie… - wycedził oschle.
- Wiem – powiedziała spoglądając na niego czule.
Wycisnął odrobinę żelu i nałożył go na podbródek. Wziął do ręki jednorazową maszynkę i przejechał nią po policzku. Dziewczyna przyglądała się mu uważnie. Lubiła patrzeć, na niego z samego rana. Był wtedy taki słodko zaspany. Zawsze gładził ją czule po włosach i szeptał, że ją kocha. Nawet, gdy był w trasie wysyłał jej smsy na dzień dobry.
- Dlaczego nie golisz się elektryczną? – zapytała.
Po chwili wypełnionej milczeniem, po prostu chciała zacząć jakąkolwiek rozmowę. Miała nadzieję, że może tym razem będzie dla niej milszy. Pragnęła znów usłyszę „Kocham cię”
- Nie wiem, wolę jednorazówki… Takie moje małe przyzwyczajenie – burknął.
- Lubię twój zarost – wyszeptała.
Podeszła do niego wolno i nie pytając się go o zdanie usiadła mu bokiem na kolanach. W pierwszej chwili bała się, że ją zepchnie, lub odwróci głowę. Będąc tak blisko doskonale widziała strach i ból w jego oczach. Te cudowne, migotające szczęściem czekoladki stały się tak bardzo puste… Dotknęła subtelnie jego czoła. Przeczesała jego czarne włosy. Nabrał głęboko powietrza czując jej dotyk. „A jednak wciąż to na niego działa”, przebiegło jej przez myśl. Uniosła nieco do góry swoją głowę. Czubkiem nosa dotknęła jego nos. Gorące powietrze ich oddechów stopiło się w jedno. Nachyliła się wolno nad jego ustami. Zauważyła, jak zadrżały mu wargi. Mogłaby przysiąc, że zauważyła w jego oczach uczucie. Już prawie dotknęła jego ust swoimi, gdy…
- Zostaw… Upaprzesz się – skrzywił się głośno.
- Wytrę się – uspokoiła go.
- Livia, daj spokój… - odwrócił szybko głowę.
- Bill! Nie udawaj przede mną! – wypowiedziała z desperacją.
- Nie udaję, a teraz jakbyś mogła nie przeszkadzać mi, to szybciej by mi szło golenie się – cedził.
- Bill… Znasz wszystkie moje sekrety w tym i ten największy. Nie uciekaj przede mną – tłumaczyła.
Złapała go mocno za podbródek i zmusiła, by patrzył jej w oczy.
- Nie wiem o czym mówisz. Nie uciekam przed tobą! – odparł stanowczo.
- Komu i co chcesz udowadniać?! Myślisz, że nie widzę, że cierpisz?! Porozmawiaj ze mną… - prosiła.
- Nie ma o czym… - uciął szybko.
Może zbyt szybko, by mu uwierzyła?

***

Stali przy kasie w supermarkecie, gdy Gustav stwierdził, że uprzedzi o ich wizycie Toma. Spojrzał najpierw na wypakowany przeróżnymi artykułami sklepowy koszyk. Pomógł Georgowi wypakowywać kiełbaski, ketchup, ulubiony sos czosnkowy Billa, chleb oraz zgrzewkę Coli i 12 Red Bulli. Gdyby nie te okoliczności na pewno zdecydowaliby się na zakup Heinekena. Domyślili się jednak, że Bill na pewno zażywa teraz jakieś leki, nie brali więc żadnego alkoholu. Georg wrzucił na taśmę również jakieś pomidory koktajlowe, na które miał niezwykłą ochotę oraz tacki. Przez chwilę mieli również zamiar kupić też i żeliwnego grilla. Przypomnieli sobie jednak, że już byli zapraszani na podobną okazję przez Simone zeszłego lata. Gustav spojrzał z lekkim niepokojem na przyjaciela. Nabrał powietrza w płuca, po czym wypuścił je z głośnym świstem.
- Poradzisz sobie? – zapytał w końcu.
- Jasne… Zadzwoń do niego– odparł, jakby czytając przyjacielowi w myślach.
Gustav sprawnie ominął płacącego przed nimi klienta i wyszedł na pasaż sklepowy. Rozejrzał się dookoła i usiadł na stojącej niedaleko ławeczce. Wyciągnął z kieszeni telefon i odnalazł szybko numer Toma. Nacisnął zieloną słuchawkę i czekał aż chłopak odbierze. W końcu usłyszał po drugiej stronie linii dość przygnębiony głos kumpla.
- Gustav? Fajnie cię słyszeć – zaczął.
- Hej stary, mamy z Georgiem takie pytanie… - rozpoczął z wahaniem- Możemy do was wpaść za jakieś pół godziny? – dodał.
- Chcecie nas odwiedzić? – zdziwił się chłopak.
- Jeżeli nie jesteście z Billem zbyt zajęci, to chętnie byśmy… - zaczął.
- Zajęci? Chłopie, spadłeś mi z nieba. Bill potrzebuje teraz towarzystwa. Cały dzień jest jakiś dziwny… Ucieszy się gdy was zobaczy – przerwał mu Tom.
- To możesz się nas spodziewać za chwilę – odpowiedział wesoło Gustav.
Gdy skończył rozmowę stał już przy nim Georg. Patrzył wyczekującym wzrokiem na kolegę. Obaj chcieli zrobić Billowi miłą niespodziankę i oderwać go od szarej codzienności. Gustav wstał i kiwnął jedynie w odpowiedzi potakująco głową. Wziął od Georga jedną z dwóch wielorazowych toreb. Czuli się nieco dziwnie, idąc przez zatłoczony pasaż, nie czując na sobie dziwnego wzroku przechodniów. Żaden z nich nie przyznałby się jednak głośno, że ma ochotę być zatrzymywany co chwila przez fanki z prośbą o autograf, ani do tego, że czasami chciałby być obiektem dla paparazzi. Teraz, gdy z dnia na dzień w ich życiu zrobiło się nagle tak cicho i pusto, chcieli znów stanąć przed kamerami i udzielić wywiadów. Może teraz byliby bardziej otwarci i rozmowni? Wyszli głównym wejściem i skierowali się do samochodu. Słońce świeciło mocno, a ciepły wiatr rozwiewał im włosy. Szybkim krokiem doszli do auta. Georg nacisnął odpowiedni przycisk na pilocie i otworzył drzwi swojego Audi. Gustav zajął miejsce pasażera na przednim siedzeniu, a torbę położył na tylnym siedzeniu. Georg zrobił podobnie, a po chwili przekręcał kluczyki w stacyjce. Spojrzał przez lusterka i włączył się do ruchu.

***

Tom stał właśnie w przedpokoju z Laurką, gdy usłyszał dźwięk klaksonu. Mała aż podskoczyła z zachwytu. Pokręciła wesoło główką i zapytała:
- To mamusia z dziadkiem?
- Myślę, że nie… To moi koledzy słonko. Mamusia niedługo przyjedzie po ciebie. Za parę dni… - zaczął tłumaczyć.
Mina malutkiej nagle zrzedła. Widać było, że bardzo tęskni za nią. Za każdym razem, gdy tylko przejeżdżał samochód miała nadzieję, że to właśnie ona. Diana dzwoniła do niej codziennie, lecz to nie wystarczało. Nic nie jest w stanie zastąpić małej dziewczynce kontaktu z ukochaną matką. Tom pocałował Laurkę w czoło i wziął ją szybko na ręce. Trącił jednym palcem jej nos, po czym nacisnął przycisk otwierający bramę. Uprzedzona o wszystkim Livia wychyliła głowę zza framugi drzwi kuchennych. Tom pokiwał znacząco. Teraz już wiedziała co robić. Szła wolno schodami do góry. Weszła do pokoju Billa. Tam rzeczywistość zawsze była taka sama. Leżał od paru godzin patrząc w sufit. Miał nadzieję, że ściany pokoju zaczną się szybko przesuwać i wgniotą go, zostawiając tylko mokrą, czerwoną plamę. Tak się jednak nie działo. Wciąż czuł ten sam potworny ból bezradności. Usiadł na brzegu łóżka i pogładziła go nieśmiało po dłoni. Nawet na nią nie spojrzał. Podświadomie czuła jednak, że coś w nim drgnęło, bo nabrał głośno powietrza i szybko je wypuścił.
- Masz gości… - zaczęła.
- Nie mam ochoty się z nikim widzieć – odpowiedział cicho.
- Ale… Nie traktuj mnie tak – szepnęła łamiącym się głosem.
Jedna mała łza popłynęła jej po policzku. Nie mógł jednak tego zobaczyć, bo jego wzrok wciąż badał biel sufitu.
- Nie rozumiesz, że nie chce nikogo widzieć?! Chce być sam! Słyszysz?! S A M!!! – krzyknął.
Spojrzała na niego uważnie. Nie potrafiła nic poradzić na tę sytuację. Nie miała pojęcia, czy on nie zdaje sobie sprawy, że wraz z nim również i bliscy. Wybiegła szybko z pokoju. Nie mogła uwierzyć, że ten sam chłopak, który pokazał jej czym jest miłość i szczęście teraz rani ją tak okrutnie. Kochała go, tak bardzo kochała, że nie była w stanie opuścić go teraz. Marzyła o tym, by znów było tak jak dawniej. Każdego dnia wstawała z tym jednym pragnieniem, które nie spełniało się jak do tej pory.

***

Drzwi pokoju Billa nagle znów się otworzyły. Nie chciał patrzeć w tamtym kierunku. Przecież wyraźnie powiedział jej, że życzy sobie być sam. Słyszał delikatne, małe kroczki, zbliżające się do jego łóżka.
- Nie rozumiesz, że chcę być sam? – wycedził ostro.
- A czemu? – zapytała zdziwiona.
Usiadła obok niego na łóżku. Uśmiechnęła się do niego wesoło. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast Livii usłyszał, a następnie zobaczył małą, śliczną dziewczynkę. Dlaczego przez te kilka dni nie zauważył nawet, że w jego domu jest dziecko dziewczyny brata? Sam nie wiedział. Może dlatego, że zbyt zajęty był kontemplowaniem własnego cierpienia.
- Czemu tu tak leżysz? – ciągnęła.
- Bo nie mogę chodzić – odpowiedział.
Mała istotka nie mogła rozpoznać cynizmu w jego głosie. Spoglądała na niego bystro i wcale nie miała zamiaru się nigdzie ruszać.
- A czemu nie możesz chodzić? Bolą cię nóżki? – drążyła.
- Nie bolą – odparł zgodnie z prawdą.
- To dlaczego nie zejdziesz na dół? – dziwiła się.
- Nie mogę chodzić.
Zaparł się rękami o materac i podciągnął wysoko na łóżku. Oparł się o wezgłowie. Mała usiadła obok niego i przypatrywała się mu z zaciekawieniem. Zmarszczyła słodko brwi i podrapała się po głowie.
- Nie umiesz? A nie masz wózka? Jak byłam mała to też jeździłam w wózku – powiedziała rezolutnie.
- Mam wózek, ale go nie lubię… - odparł.
- Jest brzydki zielony? Ja też nie lubię zielonego – stwierdziła mała.
- Nie jest zielony. Jest czarny – odpowiedział.
- To brzydki… - stwierdziła wesoło.
Przyglądała się mu swoimi wielkimi oczami, a on nie miał pojęcia dlaczego się uśmiecha. Przecież to tylko dziecko, tylko małe, nic nie wiedzące o życiu dziecko, przebiegło mu przez głowę.
- Wiesz co? A może poproś mamę, to kupi ci nowy, co? – zaproponowała Laura.
- Nie chcę nowego wózka, chcę chodzić – wytłumaczył.
- Na pewno się nauczysz… To co? Zejdziesz na dół? Bo oni są bardzo smutni, a Liv to nawet płacze – powiedziała jednym tchem.
- Livia płacze? – zdziwił się.
Poczuł, że coś w jego wnętrzu zaczęło powoli pękać. Był jak baśniowy Kaj, któremu wpadł do oka odłamek lodu i przez to zamarzły wszystkie jego uczucia. Ta mała istotka była małą iskierką, która powoli, bardzo powolutku rozpuszczała jego zlodowaciałe wnętrze. Nagle dotarło do niego, że przecież wcale nie chciał ranić Livii. Tak bardzo ją kochał, tak szalenie potrzebował jej wsparcia i obecności, a jednocześnie zbyt się bał odrzucenia. Może powinien dać im szansę?
- Mhm, jest strasznie smutna i tatuś też i twoja mama i tata… I oni się martwią i ja też nie chcę, żebyś był smutny – przerwała ciszę.
- Twój tatuś? – zdziwił się Bill.
- Mhm! Ty nie wiesz, że Tom to mój tatuś? Dziewczynki nie będą się już śmiały, że mam tylko mamę. A tatuś powiedział, że one mi zazdroszczą, że mam taką mamę i że on też bardzo mnie kocha – odpowiedziała wesoło.
- Myślisz, że się ucieszą, jak zejdę na dół? – zapytał.
- Bardzo! I zjesz kiełbaskę, bo jesteś taki chudy! Mama mówi, że trzeba dużo jeść. A twoja? – ciągnęła mała.
- Chyba wszystkie mamy tak mówią. To co, idziemy na dół? – stwierdził.
- Taaak! – krzyknęła wesoło.

***

Wszystko miało być inaczej. Miała studiować w Paryżu, imprezować, poznawać ludzi, spędzać miło czas, a jednak nic nie szło zgodnie z planem. Odkąd go poznała, w jej życie wkradł się chaos. Nic nie było już takie jak dawniej. To wszystko powoli zaczęło ją przerastać. Marta do tej pory nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo jej dotychczasowe życie zdeterminowało jej charakter i zachowanie. Początkowo czuła się zagubiona w Paryżu, lecz teraz stała się dojrzałą, dorosłą kobietą. Nie miała pojęcie czy to zasługa Francji, Livii, Georga, czy może jej własna. Teraz jednak na pewno nie chciała się nad tym zastanawiać. Siedziała właśnie w łazience. I miarowo potrząsała plastikowym, wąskim, białym przedmiotem w oczekiwaniu na pojawienie się jednej kreski. Tak, właśnie robiła test ciążowy. Nie miała pojęcia jak to się mogło stać, jak mogła być tak beztroska. Wszystkie jej plany i marzenia mogły w jednej chwili lec w gruzach. Nie brała jednak na razie pod uwagę innego wyniku, niż negatywny. Oparła głowę o niebieskie, zimne płytki.
- Co ja powiem rodzicom? Co powiem Georgowi? – pytała siebie szeptem.
Może, gdyby nie fakt, że sama już nie pamiętając powodu nadal prowadziła z nim zimnej wojny, byłaby teraz naprawdę bardzo szczęśliwa. Nigdy nie widziała siebie w roli młodej matki, jednak czuła, że mogłaby kiedyś- za jakieś 10 lat- nią być.
- Nic nie powiem! Nic nikomu nie powiem, bo nie będzie żadnego dziecka! – mówiła do siebie stanowczo.
Właśnie teraz, za chwilę okaże się, czy… Spojrzała niepewnie na test.
- Jedna… - wypowiedziała z ulgą.
Zerknęła kontrolnie po raz drugi i…
- Dwie… Dwie kreski. Jestem w ciąży – stwierdziła cicho, jak gdyby bała się, że ktoś usłyszy.

komentarze [8]

Info
niedziela, 3 stycznia 2010 ~ 00:34:17

Dodam już niedługo coś (odcinek). Wiecie jak to jest... Dwa kierunki, praca licencjacka, egzaminy niedługo,bo sesja za pasem, a wakacje prawie całe poza domem. Mam już prawie cały odcinek. Miałam zamiar napisać całość, a potem dodawać odcinki, ale pomysł jak widać spalił na panewce. Żyję, nie martwcie się, nie zapomniałam... Myślę, że prędzej wy zapomnicie niż ja. Popędzajcie, jeżeli do końca tygodnia nie dam notki...

Pozdrawiam

komentarze [3]

Część 59.
piątek, 10 lipica 2009 ~ 08:47:52

Witam po baaardzo długiej przerwie. Nadal nie mam za wiele czasu. Zresztą część z was wie, jak to jest. Zdaję sobie sprawę, że pewnie już większość czytelników nie będzie zainteresowana tym co piszę. Chcę jednak dokończyć to, co zaczęłam. Miłego czytania i zapraszam do komentowania.


Czas biegł tak szybko. Te kilka miesięcy w szpitalu, ćwiczenia mięśni, uczenie się życia od nowa było jak sen, a jednak to działo się naprawdę. Bill właśnie jechał samochodem do Loitsche. Dawno już tam nie był. Dom stawał się dla niego z biegiem dni coraz bardziej czymś odległym. Teraz jednak miał tam wrócić,ale nie tak jak dawniej do ciepłego gniazdka, a bardziej jak do więzienia, z którego miał nie wyjść już nigdy. Od czasu do czasu, może wyjedzie na spacer swoim wózkiem, ale na pewno już nie wyjdzie o własnych siłach. To był wyrok. Utrata czucia w nogach była dla niego prawie tak bolesna, jak utrata głosu, czy słuchu. Wiedział, że może nagrywać studyjne płyty. Jak jednak mogło go to cieszyć, gdy zdawał sobie sprawę, że już nigdy nie stanie na scenie? Samochód wjechał na plac przed domem. W drzwiach stała uśmiechnięta nieco sztucznie mama, a obok niej jego własny ojciec. Ostatni raz widział ich stojących obok siebie w dniu, kiedy wracał z odwyku. Wszystko było wtedy podobne, jak teraz. Cała rodzina zebrała się, by przywitać go i dodać otuchy. On jednak czuł się jak skazaniec, który ma przejść między szpalerem bijących go po plecach grubymi prętami katów. Okrutne skojarzenie, ale właśnie tak czuł się w tych chwilach Bill Kaulitz. Miał ochotę zapaść się pod ziemię i nie wychodzić nigdy. Chciał żeby ktoś mu powiedział, że będzie dobrze, a jednocześnie miał ochotę rozszarpać cały świat na strzępki. Miał w sobie tyle bólu i żalu. Tom opuścił miejsce kierowcy i wyszedł z samochodu, by po chwili otworzyć bratu drzwi. Bill siedział wciąż bez ruchu i patrzał się w jeden punkt na desce rozdzielczej.
- Wysiadka! – powiedział dredowaty głosem udającym radosny ton.
- Wysiąść mogłeś ty, mnie można co najwyżej wynieść… - syknął chłopak.
- Nie zaczynaj znów… - westchnął Tom.
Brat szybkim ruchem ręki z łatwością przesadził czarnowłosego z siedzenia swojego luksusowego samochodu na równie luksusowy i drogi wózek. Bill spojrzał przed siebie i zanim zdążył położyć dłonie na kółkach swojego pojazdu poczuł z tyłu żwawe popchnięcie dredowatego, który Raz po raz zbliżał się do drzwi. Wszystko było idealnie przygotowane i zaplanowane, tak by chłopak mógł się poczuć odrobinę mniej rozgoryczony. Bill jednak starał się w tej chwil wyrzucić z głowy okropne skojarzenie tej sytuacji z pochodem żałobników, którzy otaczają trumnę zmarłego, gdy się ją odprowadza na cmentarz. W tej chwili wolałby znaleźć się w dębowej skrzyni i rozpłynąć się jak wspomnienie pięknego lata, lub niezbyt mroźnej zimy.
- Witaj w domu…
Usłyszał dokładnie takie same słowa matki jak wtedy, gdy wracał z detoksu. Nie odpowiedział nic, po prostu skrzywił się tak jak miał w zwyczaju to robić podczas wywiadów, które do niedawna udzielał. Tom poklepał brata jedną dłonią po plecach, by dodać mu otuchy.
- Zrobiłam twoje ulubione klopsiki… - szepnęła Simone.
Wszyscy znajdowali się już kuchni, gdzie podobnie jak w milionach niemieckich domów, tak również i w domu państwa Kaulitz-Truemper również toczyło się życie. Znów cisza, której tak nie lubiła. A przecież wiedziała, że jest strasznym gadułą. Znała go odkąd pierwszy raz poczuła w sobie jego kopnięcia. A teraz? Teraz kompletnie nie wiedziała co robić. Gdyby dało się kupić dla niego zdrowie już dawno by to zrobiła.
- Te klopsiki, które tak lubisz ci przygotowałam…. – dodała trochę głośniej w nadziei, że coś powie.
- Chcę iść… zawieźcie mnie do pokoju… - westchnął z żalem Bill.


***

Z głośnika radia dobiegała dźwięczna melodia. Georg siedział właśnie w swoim pokoju. Tyle rzeczy się zmieniło w jedną chwilę. Nigdy nie lubił takiej bezczynności, jaką teraz miał. Łóżko skrzypnęło cicho, gdy chłopak spuścił nogi na podłogę. Naprzeciw niego stała jego gitara basowa, na której do niedawna grał piosenki ze swoimi kolegami z zespołu. Westchnął głośno, przeczesując niesforne loki na swojej skroni. Do uszu Georga nagle dotarła znajoma piosenka.

Hallo, Du stehst in meiner Tür.
Es ist sonst niemand hier, außer dir und mir.
Komm doch erstmal rein, der Rest geht von allein.
Im Zimmer 483.


Miał nieodparte wrażenie, że kiedy Bill pisał tę piosenkę, jakby przeczuł, że to wszystko tak dobrze sprawdzi się w życiu jego przyjaciela. Parę dni po swoich wakacjach z Martą Georg pojechał do Paryża. Chciał wyjaśnić ich kłótnię na Majorce. Nigdy by nie przypuszczał, że to wszystko tak się potoczy. Kochał ją z całego serca, tak jak nie wierzył, że jest w stanie pokochać kobietę. Nie zastał jej w mieszkaniu, więc pojechał do hotelu. Pokój numer 453 przywitał go migotliwym światłem mini baru. Po chwili zobaczył jej piękną twarz. Początkowo nie zauważyła go, a później… Nie pozwolił jej uciec, zamykając ją w swych ramiona.

Hier drinnen, ist niemals richtig Tag.
Das Licht kommt aus der Minibar.
Und morgens wird’s hier auch nicht hell,
Willkommen im Hotel.


- Ich will nur mit dir reden… - wytłumaczył cicho.
- You know, that I can`t speak German – odpowiedziała starając się wyrwać.
- Chcę tylko z tobą porozmawiać… - przetłumaczył wszystko na angielski.
- Nie mamy o czym… - odparła.

Wir wollten nur reden,
Und jetzt liegst du hier.
Und ich lieg daneben, reden, reden.

Komm her, ihr werdet nicht gestört.
Das hab` ich schon geklärt, Don't Disturb.
Egal, wo wir morgen sind.
Die Welt ist jetzt hier drinnen, leg dich wieder hin.


Potem wszystko potoczyło się tak szybko, spontanicznie i bez rozwagi. Pragnęli siebie. Było im tak nieprzyzwoicie dobrze. Spoglądał na nią zachłannie, dotykał niecierpliwie, całował z upojeniem. Ona nie pozostawała mu dłużna. Nie wiedzieli co będzie jutro, pojutrze, za tydzień, miesiąc, za rok. Nie było to dla nich ważne w tym momencie. Teraz istnieli tylko oni. Ten pokój, to łóżko, te dwa ciała, które właśnie łączyły się w jedno.

Ich hör dir zu, seh` dein Gesicht.
Deine Lippen öffnen sich.
Ried langsam, bitte nicht zu schnell.
Willkommen im Hotel.

Vor der Tür Alarm, die ganze Welt ruft an.
Alle zerren an mir, Ich will mit keiner außer dir.
reden, reden.


***

Tom otworzył szeroko drzwi łazienki i pomógł bratu wjechać do środka. Bill cały czas wpatrywał się w posadzkę z lekkim zawstydzeniem. To było dla niego coś nowego. Zawsze był niezależny i mógł decydować o sobie, a teraz był zdany na łaskę i niełaskę innych. Czarnowłosy jednym ruchem ściągnął koszulkę i rozpiął guzik i rozporek w swoich spodniach. Mimo, że miał się rozebrać przed bliźniakiem ta sytuacja była dla niego ogromnie krępująca. Z czerwonym rumieńcem na twarzy skubał lakier z paznokci. Tom złapał go z tyłu pod pachami i przeciągnął pod umywalkę. Bill oparł się na rękach o nią tak, by mógł wesprzeć się na rękach, a dredziarz w tym czasie zsunął z brata obcisłe dżinsy. Posadził go na krawędzi wanny i napuścił do niej wody. Starszy z bliźniaków pomógł młodszemu usiąść w niej wygodnie. Obaj nie wiedzieli dlaczego teraz czują się tak niezręcznie. Wiele razy widzieli siebie nago. Byli braćmi i nie mieli przed sobą tajemnic. Starali się szanować intymność drugiego, a jednocześnie nie tworzyć ogromnej bariery.
- To ja wezmę prysznic… Poradzisz sobie z tymi bokserkami?- rzucił drapiąc się po głowie.
- Jasne, dzięki. – odparł czarnowłosy widząc jak jego brat zdejmuje już koszulkę.
Tom wszedł do kabiny i wyrzucił w niej swoją bieliznę. Po chwili słychać było miarowe uderzanie kropel wody o płytki. Bill siedział we wannie. Sięgnął po gąbkę i mydło. Bardzo starał się teraz utrzymać pozory normalności. Chociaż w takim momencie chciał udawać, że sobie radzi i jest samowystarczalny. Nigdy jednak nie musiał zmierzać się z taką sytuacją, w której najprostsze czynności stają się udręką. Chłopak namydlił szybko gąbkę i zaczął szorować swoją szyję i ręce. Piana zaczęła się przyjemnie rozlewać po górnej części pleców. Szybkimi, zwinnymi ruchami gładził swój brzuch. Przejechał gąbką po udach. Niestety nie miał pojęcia w jaki sposób dosięgnąć swoich łydek. W tej chwili żałował, że ktoś nie dał mu na DVD krótkiego kursu samoobsługi jego własnego ciała. Nie mógł dostać swoich palców u stóp by je dokładnie wyczyścić. Czuł się bezradny, bezsilny wobec natury. Jego brat wyszedł po kilkunastu minutach spod prysznica z okręconym wokół bioder ręcznikiem i zauważył zrezygnowaną minę Billa siedzącego w zimnej wodzie z głową opartą o kafelki.
- Pomogę ci stary…- odpowiedział na niezbadane pytanie Billa.
- Dzięki- rzucił czarnowłosy pozwalając bratu ściągnąć swoją bieliznę.
- Spokojnie, ja mam to samo miedzy nogami…- zaśmiał się Tom starając się rozładować sytuację.
- Nie to samo, tylko mniejsze o wiele!- zażartował sobie Bill.
W jego głosie słychać było jakiś rozpaczliwą nutę. Jednakże jego brat zrozumiał delikatne załamanie głosu na końcu…
- Tom…- zaczął czarnowłosy
- Tak?
- Ja… No ten… Nie dosięgam palców u stóp…
- Jasne… Przecież mówiłem, że ci pomogę! - odparł Tom.
Odebrał od niego gąbkę i schylił się by umyć mu nogi.
- Możesz na chwilę wyjść?- zaczerwienił się młodszy Kaulitz - Chciałbym… No wiesz… Umyć cie t a m - dodał z naciskiem na ostatnie słowo.
- Zawołaj, jak będziesz potrzebował pomocy… Jestem za drzwiami-wytłumaczył Tom
Tom wyszedł i oparł głowę o framugę drzwi. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Miał nadzieję, że wszystko się jeszcze ułoży. Czasami, w chwilach takich jak ta, miał ochotę krzyczeć, że chce swojego dawnego, roześmianego brata z powrotem!
- Dobra, pomóż mi wyjść…- usłyszał po kilku minutach.
Tom nacisnął delikatnie klamkę i westchnął sobie, że zrobi wszystko, by Bill się nie poddał.

***

- Śpisz? - zapytała cicho Livia.
Czarnowłosy leżał na plecach i patrzył w sufit. Właściwie nie wiedział dlaczego żadne słowo nie chciało mu przejść przez gardło. Czuł, że jego życie jest tak ciemne i pozbawione radości, jak ten pokój.
- Śpisz? - powtórzyła dla pewności.
Zrobiła krok do przodu i zamknęła z delikatnym trzaśnięciem drzwi pomieszczenia. Podeszła do łóżka i uklęknęła obok niego na podłodze. Nachyliła się nad chłopakiem. Pachniał nadal tak samo, jak wtedy, gdy pierwszy raz wtuliła się w jego dające poczucie bezpieczeństwa ramiona. Przyglądała się jego włosom rozrzuconym na poduszce, lekko rozchylonym wargom, małemu, zadartemu nosowi, który ze świstem wypuszczał powietrze. Kochała go nadal mocno i szczerze. Może teraz nawet jeszcze bardziej niż na początku. Pomógł jej przezwyciężyć tyle trudności. Był przy niej nawet wtedy, gdy była pewna, że to niemożliwe - na pogrzebie jej taty. Teraz ona chciała mu dać siłę do dalszego życia.
- Kocham cię - szepnęła.
Jej oddech omiótł swoim ciepłym powiewem okolice jego nosa. Musnęła subtelnie wargi chłopaka, tak by go nie obudzić. Sądziła, a może bardziej miała nadzieję, że ta błoga nieświadomość przynosi mu ukojenie. Myliła się jednak. Bill godzinami nie mógł zasnąć, a gdy już w końcu udało mu się to zrobić, zawsze śnił mu się koszmar. Jej usta wciąż dotykały jego warg. Nie chciała tego kończyć. Miała nadzieję, że może uda jej się to wszystko odwrócić, zupełnie jak w bajce o śpiącej królewnie. Niestety... Chciała się odsunąć i wybiec szybko, zanim łzy żalu wyleją się spod jej powiek. Ostatnie muśnięcie, delikatny podmuch jego oddechu, niczym pożegnanie przed daleką podróżą. Wiedziała, że rano znów będzie dla niej taki obcy i oschły. Już chciała odejść, gdy... Delikatnym, ale stanowczym ruchem ust przyciągnął jej wargi do swoich. Poczuła ciepły język pieszczący ją od środka swoją ciepłą wilgocią. Zadrżała lekko i zamruczała subtelnie. Pozwoliła sobie koić swoje zmysły smakiem Billa, dotykiem jego dłoni wplatających się w jej włosy, dźwiękiem srebrnej kuleczki brzęczącej jej o zęby. Ta chwila nie mogła jednak trwać wiecznie...
- Ty kłamczuchu, nie spałeś! - powiedziała wesoło.
- Wyjdź… - odparł cicho.
- Co? – zapytała z niedowierzaniem.
- Wyjdź, chcę spać – powtórzył bez emocji.
Nie miał pojęcia dlaczego to powiedział. Przecież tak bardzo chciał, żeby została przy nim. Chciał przygarnąć ją do siebie mocno i tulić całą noc, tym czasem znów patrzył w sufit. Słyszał jedynie jak zatrzaskuje drzwi i szybkim krokiem zbiega po schodach.

***
Tom siedział na schodach swojego domu. Od kilku minut rozmawiał z Dianą o tym wszystkim co wydarzył się przez ostatnie parę dni. Miło było usłyszeć jej ciepły głos. Podświadomie wyczuwał, jak bardzo się martwi. Chciał ją wspierać i pomagać jej, mimo, że sam wypalił już tysiące papierosów z powodu bliźniaka.
- Lekarze mówią, że stan jest już stabilny, ale nie wiem czy im wierzyć… - westchnęła.
- Nie zamartwiaj się na zapas. Może to banalne, ale ufam, i ty też powinnaś, że będzie dobrze. – odpowiedział.
Jego spokój dodawał jej sił. Nigdy nie przypuszczała, że będzie w stanie zaufać młodszemu od niej chłopakowi. Czasami, w chwilach takich jak ta wydawało jej się, że to on jest dużo poważniejszy, zrównoważony i odpowiedzialny niż ona – dorosła, samodzielna kobieta i matka. Był dla niej ostoją. Nie wiedziała, kim byłaby bez niego.
- Kochany, ale ty mi lepiej powiedz co z twoim bratem i jak tam moja córeczka się sprawuje… - wtrąciła.
Z drugiej strony słuchawki zapanowała dziwna cisza.
- Laurka jest urocza i bardzo grzeczna, a Bill… Ehh szkoda gadać. Lepiej powiedz czy wiadomo już kiedy twój tata wyjdzie ze szpitala? – zmienił szybko temat.
- Nie traktuj mnie tak! – odparła stanowczo.
– Opowiadaj co się dzieje, bo mam wyrzuty sumienia, że ci zrzuciłam moje dziecko na głowę, podczas gdy ty masz swoje kłopoty. – dodała.
- Nie mów tak, przecież wiesz, że traktuję Laurkę jak… Jak własną córkę – dodał po chwili wahania.
- Nie musisz tak mówić- odpowiedziała z zawstydzeniem.
- Tak czuję… Kocham was obie. Z własnego doświadczenia mogę ci powiedzieć tak: Nie jest dla mnie ważne, kto mnie spłodził, ale kto nauczył mnie grać na gitarze, czytał mi bajki na dobranoc, zabierał na wyprawy Harleyem… - wytłumaczył.
- Dziękuję… - powiedziała ze wzruszeniem.
- Nie musisz – odparł.
Kątem oka zauważył wychodzącą z domu Livię. Była roztrzęsiona, a mięśnie jej twarzy nienaturalnie drgały. Domyślił się przez kogo może się znajdować w takim stanie. W słuchawce telefonu nadal słyszał głos Diany. Nie chciał kończyć rozmowy z nią, a jednocześnie czuł się w obowiązku pocieszyć ukochaną Billa. Nabrał głębokiego oddechu i powiedział krótkie:
- Muszę niestety kończyć… Zadzwonię jutro, to pogadamy.
- Ale miałeś mi powiedzieć, co u twojego brata! – oburzyła się lekko kobieta.
- Kiedy indziej… -westchnął i nacisnął czerwoną słuchawkę na klawiaturze telefonu.
Livia szła dość szybko udając, że go nie zauważyła. Złapał ją więc za nadgarstek i zmusił do zatrzymania się nim zdążyła stanąć na pierwszym stopniu. Widział, jak nabiera głośno powietrza i odwraca w jego stronę głowę. Poluzował lekko uścisk na jej ręce i usiadł na schodach, pociągając ją by zrobiła to samo. Wyciągnął z kieszeni spodni paczkę papierosów i odpalił jednego. Duszący, szary dymek rozszedł się po jego płucach. Napawał się jego korzennym zapachem. Patrzył na siedzącą obok dziewczynę i nie starał się nawet rozpocząć rozmowę. Chciał by sama zaczęła temat. Przybliżył się do niej, tak, że ich uda stykały się. Stuknął żartobliwie swoim kolanem o jej. Odruchowo spojrzała na niego i napotkała w półmroku jego brązowe oczy. Z jego twarzy bił spokój i opanowanie. Zazdrościła mu tego, że umiał jeszcze zachowywać pozory. Zaciągnął się szybko papierosem trzymanym między palcami. Nadal czekał, aż ona poczuje się pewnie i zacznie mu się zwierzać. Cisza trwała dłuższą chwilę, bo on zdążył ugasić niedopałek nogą. Wstał powoli i otrzepał spodnie ręką. Kiwnął w swoją stronę głową i wyciągnął do niej ręce. Wiedziała co to oznacza. Moment zawahania, ale przecież tego było jej trzeba – przyjacielskiego uścisku. Żadne z nich nie przypuszczało, że aż tak bardzo się zbliżą przez ten wypadek.
- Chodź… - szepnął ponaglająco.
Nie kazała mu już dłużej czekać. Jego ramiona były silne i oplatały jej wątłe ciało z taką stanowczością. Nie czuła podniecenia, ani podekscytowania tak charakterystycznego do tego, które czuła przy Billu. Pachniał zupełnie inaczej niż jej ukochany – przy lekkim powiewie wiatru wyczuła nutkę balsamu po goleniu zmieszanego z tytoniem. Po chwili jej początkowo zwisające wzdłuż ciała ręce objęły go w pasie, a jej głowa spoczęła na jego klatce piersiowej.
- Co się dzieje? – zapytał cicho.
- On… Czy on mnie jeszcze kocha? – odszepnęła.
- No pewnie głuptasku… - odpowiedział.
- Chciałam tylko sprawdzić czy śpi… - Westchnęła, a z jej oczy popłynęły dwie, ciepłe łzy.
- Płacz szwagierko, płacz… - mówił cicho.
- Pocałował mnie, a potem… Wyrzucił mnie, kazał mi się wynosić… Chciałam tylko przy nim być… - łkała.
- On cię kocha, ale przez to wszystko co się wydarzyło nie jest do końca sobą – tłumaczył Tom.
- Kiedy to się skończy? Czy to wszystko się skończy, Tom? – zapłakała.
- Wszystko będzie dobrze, obiecuję… - szepnął...

komentarze [10]

Info.
sobota, 21 marca 2009 ~ 19:01:53

Witam wszystkich, Nowy mylog, nowa ja, nowy początek(?) Mam w planach dokończenie tego opowiadania. Zdaję sobie sprawę, że być może nie będzie on już tak popularny jak kiedyś, ale nie robię tego wszystkiego dla popularności i wysokości słupków w statystyce. Pozdrawiam

komentarze [11]

Część 58.
wtorek, 8 lipica 2008 ~ 21:33:49

Tak dawno już nie dodałam żadnej notki, że sama zapomniałam ile już było odcinków. Myślę, że wiele z was przestało być zainteresowane tą historią.. Zamierzam ja jednak dokończyć zgodnie z planem... Niedługo minie 2 lata od daty założenia bloga. Postaram się dodać coś specjalnie na te okazję, ale zobaczę, czy dam radę... Pozdrawiam was wszystkich i życzę miłego czytania

Słońce leniwie przebijało się przez firankę zawieszoną w oknie pokoju Toma. Chłopak leżał na łóżku mocno przytulony do małej dziewczynki. Chciał być pewny, że w nocy, jeśli wzrośnie jej gorączka usłyszy jej płacz. Przez cały czas czuwał nad nią. Podawał jej herbatę z termosu, przykrywał kołdrą, głaskał po głowie, gdy odrobinę się skrzywiła. Jego komórka wydała z siebie kilka dość głośnych dźwięków oznajmujących, ze właśnie wybiła 7:00. Nacisnął po omacku jakiś przycisk i wyłączył ją pospiesznie. Otworzył jedno oko i spojrzał na Laurę. Patrzała na niego bystro, zupełnie tak, jakby po wczorajszym ataku przeziębienia nic nie zostało. Zdziwił się lekko, że ona zupełnie nie jest zaspana. Przytuliła się do niego mocno i wturlała na jego brzuch. Była ciepła, a na twarzy widać było wypieki. Owinęła wokół palca jednego z dredów, które rozsypały się na jego poduszce.
- Dlaczego tu spałeś? – zapytała zdziwiona.
- Bo bałem się, że spadniesz z łóżka szkrabie – odparł przeczesując jej włosy.
- Muszę iść do szkoły – zauważyła rezolutnie.
- Najpierw zmierzymy ci temperaturę i wtedy zdecyduję – powiedział Tom.
Chwycił małą pod pachami i sprawnym ruchem ułożył obok siebie. Usiadł wygodnie na łóżku i przeciągnął się wciąż jeszcze zaspany. Spojrzał na biurko i wziął z niego termometr, który zostawił na wypadek potrzeby. Podał dziewczynce szklany przedmiot, a ona sama umieściła go szybciutko i wprawnie pod swoją pachą. Spojrzał na nią z czułością. Była taka podobna do Diany – jasne, falowane włosy, mały nosek, zawsze uśmiechnięte usteczka. Nigdy nie uwierzyłby, że jest w stanie pokochać kogoś tak mocno, jak to dziecko i jego mamę. Po chwili odebrał od Laurki termometr i sprawdził wynik.
- 38 i 6 – powiedział zdziwiony.
- To dobrze? – zapytała zaciekawiona.
- To nie za dobrze… Pojedziemy do lekarza -zauważył.
- Nie mogę iść do szkoły? – zapytała pociągając nosem.
- Pojedziemy do doktora i sprawdzimy, czy nie jesteś chora – odpowiedział.
Wstał z łóżka i przykrył małą obszernie kołdrą. Nachylił się nad nim i ucałował Laurkę w czoło. Nie miał pojęcia co teraz robić. Szybkim krokiem zszedł na dół do kuchni. W środku siedziała jego mama i popijała gorącą kawę. Przysiadł się do niej i rozpoczął rozmowę.
- Laurka ma 38 i 6 stopni gorączki… - powiedział.
- Musisz przejechać z nią do lekarza. Może to zwykłe przeziębienie, a może coś gorszego, więc lepiej to sprawdzić – odparła kobieta.
- Tak, ale ja nie wiem, gdzie jest jej karta zdrowia, a nie chcę niepokoić Diany – wypalił niewiele myśląc.
Simone westchnęła ciężko i zmarszczyła brwi. Przez jej głowę przebiegło tysiąc myśli. Nie chciała oddalić się od syna, który przecież jej potrzebował. Widziała, jak Tom wydoroślał dzięki tej kobiecie, za którą ona nie przepadała. Przeczesała włosy, zupełnie tak samo, jak robi to Bill, gdy się denerwuje i wycedziła możliwie jak najbardziej życzliwie:
- Masz przecież klucze. Pojedziesz do Magdeburga i poszukasz u niej w mieszkaniu.
- No tak, zapomniałem całkowicie. Dobrze, że jesteś mamo. Co ja bym bez ciebie zrobił? – Uśmiechnął się i przytulił swoja rodzicielkę.
- Dałbyś sobie radę synku – odpowiedziała klepiąc go po nagich plecach- Nie zauważyłam kiedy ty stałeś się mężczyzną – dodała.
- Mamo, czy to znaczy, że zaakceptowałaś już Dianę? – zapytał speszony z nadzieja w głosie.
- Tom, prawie straciłam jednego syna, nie chcę stracić drugiego – odpowiedziała mrugając do niego okiem.
- Nie stracisz, ale… - ciągnął
- Jak Diana wróci od rodziców to osobiście zaproszę ją i małą na kolację – odparła.
To wcale nie była łatwa decyzja dla matki bliźniaków. Sama właściwie do końca nie rozumiała wagi słów, jakie wypowiedziała. Wiedziała jedynie, że szczęście jej syna warte było tego poświecenia. Przypomniała sobie siebie, chyba po raz pierwszy aż tak dokładnie.
- Dziękuję mamo! – krzyknął rozradowany.
- Nie krzycz, obudzisz Livię! – zaśmiała się, gdy chłopak aż podskoczył na swoim siedzeniu.
- To wiele dla mnie znaczy mamo – kontynuował.
- Dla mnie tez synku, a teraz… Idź założyć koszulkę, bo jeszcze odbijesz bratu dziewczynę tym pięknie wyrzeźbionym torsem – odparła Simone.


***

- Jeszcze tylko dwa ruchy i kończymy – powiedziała do Billa młoda rehabilitantka.
Codziennie przychodziła do chłopaka i wykonywała z nim serię przeznaczonych dla niego ćwiczeń. Starała się, by mięśnie Billa nie straciły swojej siły, mimo iż nie miał nad nimi kontroli. Początkowo nie chciał współpracować z Mariką, lecz po kilku tygodniach pogodzony z całą sytuacją podjął rozmowę z nią i stwierdził, że jest bardzo sympatyczną osobą. Niewiele od niego starsza, energiczna dziewczyna starła się zarazić go optymizmem. Podsuwała mu dyskretnie pomysły, co może robić mimo przykucia do łóżka. Nie traktowała go jak kaleki, ani jak gwiazdy i nie litowała się nad nim, a to było dla czarnowłosego niezmiernie ważne. Od momentu nagrania pierwszej płyty chłopak bardzo rzadko przebywał z takimi osobami jak ona, która potrafiła niezwykle zręcznie i bez skrępowania przegadać z nim o pogodzie całą sesję ćwiczeń. Nie, wcale nie był w niej zakochany, traktował ją jak dobrą znajomą, mimo, że czasem dosyć miał jej paplaniny o paraolimpiadach, czy nowych metodach leczenia paraliżu, a już tym bardziej o nowej płycie Us5. Dziś również Marika stawiła się na sali młodszego syna Kaulitzów punktualnie by doprowadzić mięśnie chłopaka do porządku. Livia doskonale wiedziała o przyjaznym stosunku Billa i młodziutkiej rehabilitantki i choć w głębi duszy czuła małe ukłucie zazdrości, że to właśnie tamtej chłopak opowiada o swoich obawach i problemach, to jednak starała się tego nie okazywać. Szła właśnie długim korytarzem. Na pamięć znała już wszystkie korytarze szpitala, a i ona była dobrze znaną osobą dla wszystkich jego pracowników. Nawet ochroniarz przy wejściu mrugał jej oczkiem na powitanie, chociaż dokładnie nie wiedział do kogo codziennie zagląda. Bez pukania otworzyła drzwi Sali. Zgodnie z codziennym rozkładem dnia Billa, właśnie powinien on odpoczywać po wyczerpującym treningu. Jakież było jej zdziwienie, gdy zobaczyła nachylającą się nad chłopakiem Marikę.
- Przepraszam, że wam przeszkadzam – jęknęła Livia odwracając się na pięcie.
- Nie przeszkadzasz, już skończyliśmy na dziś – odpowiedziała z uśmiechem dziewczyna.
Bill nic nie mówił, patrzył jedynie na swoje dłonie. Nie starał się nawet wytłumaczyć dziewczynie, niczego. Nie czuł takiej potrzeby. Właściwie to nadal zależało mu na Livii niezwykle mocno i była mu bardzo bliska, ale nie umiał w jej obecności wycedzić ani jednego życzliwego zdania. Czuł jakąś wewnętrzną blokadę. Denerwowały go jej gesty czułości i zrozumienia. Właściwie to coś podszeptywało mu, że nikt poza jedną Mariką nie rozumie go.
- Ja już idę. Na razie Bill. Pa Liv – rzuciła rehabilitantka zabierając swoja torbę z fotela.
- Do jutra i baw się dobrze z Ulim – odparł Bill.
Zostali sami w pomieszczeniu. Dwoje ludzi, którzy tak długo walczyli o swoje uczucie, a teraz oddalali się od siebie coraz bardziej. On patrzał się tępym wzrokiem w drzwi, ona wyjmowała na stolik pakunek od jego matki. Panowało przeraźliwe milczenie przerywane raz po raz dźwiękami dochodzącymi z sąsiednich sal. Podeszła do niego i złożyła subtelny pocałunek na jego czole. Uśmiechnął się bardzo nieznacznie.
- Kto to jest, ten Uli? – zapytała, chcąc rozpocząć rozmowę.
- Jakiś chłopak, z którym dziś idzie do kina… - westchnął Bill.
- Jak z tąd wyjdziesz to też musimy się wybrać na jakąś romantyczną randkę – ciągnęła Livia.
- Jak stąd wyjdę? Chciałaś powiedzieć, jak stąd wyjadę! – żachnął się chłopak.
- Bill, nie traktuj mnie tak… - poprosiła.
- Tak, czyli jak? – zdziwił się.
- Jak bym była obcą osobą… - odparła.
Znów nastało nieprzyjemne milczenie. Chłopak przeczesał nerwowo włosy i zagryzł wargę. Czoło zmarszczyło mu się nieznacznie. Wiedziała, że nie jest w dobrej formie psychicznej. Zdawała sobie sprawę, że musi być dla niego wyrozumiała. Obawiała się jedynie, że wpadnie w depresję, że zamknie się całkowicie na bliskich, zatarasuje w swoim świecie rozpaczy. Usiadła wygodnie na małym stołeczku, stojącym nieopodal łóżka. Oparła brodę na materacu. Chłopak zawahał się nieznacznie, jednak już po chwili położył dłoń i wplótł palce między jej złociste włosy. Pamiętał jak ślicznie pachną i doskonale błyszczą się w blasku słońca na majorkańskiej plaży. Wracały wspomnienia z nią związane, jego najcenniejsze skarby.
- Tom przywiózł do domu Laurkę – zaczęła Livia.
- Nie chcę nawet myśleć co na to mama – odparł Bill.
- Nie była zadowolona, coś tam mówiła, że przecież ty niedługo wracasz, a dziecko będzie ci przeszkadzać, ale ja myślę, że ona… Ona już się pogodziła z myślą, że Tom kocha Dianę i jej dziecko – tłumaczyła dziewczyna.
- Niedługo wracam do domu? – zdziwił się Bill.
- Tak, chyba w środę czy coś takiego… - odpowiedziała Livia.
- Tak szybko? – ciągnął.
- Wszyscy już na ciebie czekają, odliczają dni
Dziewczyna uśmiechnęła się nadal czując jego dłoń na swojej głowie, on natomiast znów zatonął w ciszy. Jeszcze kilka dni temu marzył o tym, by znów przespać się we własnym łóżku, a dziś? Dziś wcale nie chciał tam wracać. Sam nie wiedział dlaczego tak się dzieje…


***

Czterdziestoletnia kobieta krzątała się wesoło po kuchni, przygotowując obiad. Dom był pusty. Przyzwyczaiła się do tego, bo od momentu, gdy jej synowie zrobili karierę byli tu tylko rzadkimi gośćmi, a jej mąż również często przebywał w rozjazdach. Do jej uszu dobiegały dźwięki z nowej płyty Tokio Hotel. Lubiła jej słuchać, bo wtedy czuła jakby jej dzieci były gdzieś bardzo blisko. Podobały jej się w zasadzie wszystkie piosenki ich autorstwa. Wszystkie z wyjątkiem może „Gegen meinen Willen”, bo jej tekst ranił ją niezmiernie. Wracały do niej bolesne wspomnienia z rozstania z ich ojcem. Tylko ona sama wiedziała, jak bardzo chciała wtedy, by wszystko udało się naprawić. Wyciągnęła z lodówki kurczaka, którego wczoraj zamarynowała w ziołach, dokładnie tak jak lubili jej synowie. Nastawiła piekarnik na 175 stopni i wstawiła do niego naczynie żaroodporne. Spojrzała na zegarek, który zawsze nosiła na ręce. Z jej obliczeń wynikało, że jeszcze około 2 godzin przyjdzie jej cieszyć się błogim spokojem samotności.
- Livia w szpitalu u Billa, Tom u lekarza z małą, Jorg w trasie… -westchnęła sama do siebie - Chyba jednak pospieszyłam się z tym kurczakiem – dodała zmniejszając temperaturę piekarnika.
Wyjęła z lodówki sok pomarańczowy i nalała go do stojącej w zmywarce szklanki. Zdążyła usiąść na małym stołeczku, gdy do jej uszu dobiegł dźwięk dzwonka od drzwi frontowych. Wstała szybko i pokręciła z rozbawieniem głową. Otworzyła górny zamek i jakie było jej zdziwienie, gdy za progiem zobaczyła swojego drugiego męża stojącego z torbą podróżną w ręku. Mężczyzna wszedł do przedpokoju i postawił bagaż pod ścianą, po czym szybko złapał kobietę w ramiona. Dawno jej nie widział i niezwykle się za nią stęsknił. Przytulił ją mocno. Czuł ciepło jej ciała, jej włosy rozsypały się na jego ramieniu. Spojrzała w jego oczy, by zobaczyć w nich miłość i tęsknotę. Wpił się namiętnie w jej usta. Od tych kilkunastu lat zawsze tak samo reagowała na jego bliskość. Zadrżała delikatnie, gdy chłodne powietrze owiało jej wargi.
- Tak tęskniłem… - szepnął do jej ucha.
Simone złapała go za rękę i poprowadziła do kuchni.
- Ja też, ale… miałeś wrócić za 3 dni… - zdziwiła się.
- No tak, ale… Chciałem być z tobą, gdy Bill wróci do domu… - wytłumaczył.
- Dziękuję – odpowiedziała – Jesteś głodny? – dodała.
- Nie, nie jestem… Zjadłem coś po drodze - odparł.
- Na pewno? – zapytała.
- Na pewno, jedyne na co mam ochotę to… - zaczął przyciągając ją do siebie mocno.
Wtulił głowę w jej włosy, pachniała fiołkami. Gładził jej plecy, a ona drapała subtelnie jego kark. Wciąż ta sama miłość, od lat.
- Mam chęć jedynie na ciebie – skończył szeptem do jej ucha.
- Jorg! To, że jesteśmy sami, nie znaczy, że od razu musimy iść do łóżka – skarciła go, gdy wsunął ręce pod jej sweter.
- Simi, tak dawno już tego nie robiliśmy… Jesteśmy przecież sami - westchnął.
- Jorg, zaraz wróci Tom z Laurą, Livia ze szpitala… - mówiła.
- Będziemy cicho – nie dawał za wygraną.
- Jorg, ale… - westchnęła bezsilnie.
Nie miała jednak za wiele do powiedzenia, bo jej mąż właśnie wziął ją na ręce i niósł po schodach do sypialni. Sama nie wiedziała skąd w nim tyle siły na to. Mężczyzna nogą otworzył drzwi, po czym zamknął je kopnięciem i ułożył ukochaną na wielkim łóżku…

***

Tom wyciągnął wprawnie kluczyki ze stacyjki i wysiadł ze swojego samochodu. Otworzył tylne drzwi i odpiął z fotelika małą dziewczynkę. Wziął ją na ręce i ruszył do domu. Cieszył się, że udało im się tak szybko wyjść z przychodni. Zdziwił się, że wejście do ich domu nie było zamknięte. Wszedł z mała do kuchni. Poczuł zapach pieczonego kurczaka dochodzący z kuchenki. Uśmiechnął się subtelnie i oblizał żartobliwie, mrugając przy tym do małej. Była wyraźnie zmęczona i zaczerwieniona. Wbiegł szybko do swojego pokoju. Pomógł małej przebrać się w piżamkę i ułożył ją w łóżku, opatulając kołdrą.
- Leż tu, a ja zaparzę ci herbatkę z malinami – powiedział zamykając drzwi.
Zastanawiał się gdzie właściwie jest jego mama. Chciał podzielić się z nią wiadomością, że Laurka jest tylko przeziębiona i nie ma zapalenia płuc, ani oskrzeli. Bez namysłu wszedł do sypialni Simone i Jorga. Zamarł. Przetarł nerwowo oczy, a sekundy zdawały się trwać godziny. Jego ojczym rozochocony leżał na jego matce, która pojękiwała cicho. W pierwszej chwili nie zauważyli go w ogóle, dopiero po jakichś 20 sekundach Simone nerwowym ruchem naciągnęła na nich kołdrę.
- O kurwa ! – zaklął chłopak.
Tom odwrócił się szybko i zbiegł po schodach do kuchni. Oparł się na zlewie i zaśmiał cicho. Sytuacja byłą dla niego dziwna, śmieszna i straszna zarazem. Przez tyle lat druga miłość jego rodzicielki mieszkała z nimi w tym domu, a jednak jeszcze nigdy nie przyłapał ich w sypialni. Pewnie, gdyby zobaczył taki widok w dzieciństwie zszokowało by go to ogromnie, a jednak teraz, gdy ma już 18 lat i sam nie raz uprawiał miłość z Dianą, jego zaskoczenie nadal było nie małe. Sam nie wiedział , dlaczego to go tak zdziwiło, skoro wiedział, że przecież w małżeństwie takie rzeczy się dzieją. Dotknął ręką bezprzewodowego czajnika. Był gorący, więc szybko zaparzył przeziębionej dziewczynce malinowej herbaty. Usłyszał czyjeś kroki na schodach. Domyślił się, że to jego mama. Po chwili podeszła do niego.
- Tom, chciałabym porozmawiać o… o tym co zobaczyłeś w sypialni… - rozpoczęła kobieta.
- Mamo, nie musisz się tłumaczyć, to przecież normalne. To ja trochę dziwnie zareagowałem – odpowiedział.
- Wiem, że niezręcznie wyszło…
- Mamo, jestem dorosły, wiem co robią kochający się ludzie w swoich sypialniach… - uspokoił ją syn.
-Wiem, ale... - jąkała się Simone.
- Mamo, proszę cię, tylko mi nie obiecuj, że T O się więcej nie powtórzy! - zaśmiał się Tom drapiąc się po głowie.
- Synku, mogę ci powiedzieć więcej... To się na pewno powtórzy - zripostowała kobieta i poklepała syna po ramieniu.

komentarze [9]

Informacja
poniedziałek, 26 maja 2008 ~ 19:53:49

Przepraszam Was najmocniej na świecie. Mam masę zajęć ostatnio i na wszystko brakuje mi czasu. Zdaje sobie sprawę, że napewno straciłam już wszystkich czytelników i czytelniczki i bardzo mi z tego powodu przykro. Niedługo rozpoczyna się strasznie ciężka sesja. Obiecuję, że jak tylko znajdę wolny czas to w wakacje dopiszę kilka części i umieszczę je tutaj. Mimo, że w wakacje będę chciała iść do pracy, a poza tym mam nadzieję, że pojadę na tydzień, lub dwa na wykopaliska... Bądźcie cierpliwi, a mam nadzieję, że sie nie zawiedziecie. Trzymajcie kciuki za moje egzaminy i za to, żebym się dostała na drugi kierunek.

komentarze [11]

Część 57.
niedziela, 9 marca 2008 ~ 14:10:25

Przepraszam. Naprawdę, bardzo mocno was przepraszam za nieobecność. Wiem, to wszystko skutkuje tym, że nikt już nie czeka na odcinek, że większość odeszła. Przykro mi. Ten odcinek częściowo napisany przeze mnie, a częściowo przez Katię. Dziękuję wam za każdy komentarz i zapraszam do czytania.

Nie wiedział jak ma się zachować. Pierwszy raz w życiu odbierał kogoś ze szkoły i czuł się trochę zagubiony. Co ma tak naprawdę zrobić? Pójść do środka po Laurkę, czy może zostać w aucie i czekać aż sama wyjdzie? Taka banalna rzecz, a on bał się jak nigdy dotąd. Nie chciał, aby płakała zamartwiając się gdzie jest jej mamusia i czemu jest sama. Nie mógł również zawieść Diany, która powierzyła mu opiekę nad małą. Czuł się niezręcznie w końcu ostatnim razem w szkole był dwa lata temu. Sława nie dawała mu w spokoju skończyć edukacji. Spojrzał na boczne lusterko samochodu, widział jak kobiety i mężczyźni kierują się do dużego budynku, w którym były ich pociechy. Zerknął na główne wejście budynku, z którego wychodziła młodzież ,dzieci ze swoimi opiekunami oraz pracownicy. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie będzie łatwo wejść do środka. W jego przypadku młodzież to fani i przeciwnicy zespołu, w którym grał. Zawsze musiał się liczyć z tłumami rozwrzeszczanych i rozhisteryzowanych dziewczyn wieszających mu się na szyję. Wiedział również, że ktoś może mu zrobić zdjęcie przedstawiające jego i blondyneczkę. Zdawał sobie z tego sprawę i miał świadomość, że może wywołać skandal na co najmniej całą Europę. W tej chwili jednak miał ważniejszą sprawę do załatwienia. W szkole czekała na mamę mała istotka, która swoimi bystrymi oczkami przez okno wypatrywała rudowłosej kobiety. Ubrał swoje słoneczne okulary, chociaż i tak na dworze było mokro i pochmurno. Szybko przeskoczył przez kilka średniej wielkości kałuż po czym otworzył wielkie dębowe drzwi. Rozglądną się na wszystkie strony szukając dziewczynki. Siedziała grzecznie na ławeczce przy kaloryferze. Główkę miała spuszczoną w dół. Spoglądała na swoje niezawiązane buciki, które miała na machających w jedną i drugą stronę nóżkach. Plecak i płaszczyk były położone obok niej. Rozczulił go ten widok. Ściągnął okulary. Szybkim krokiem podszedł do dziewczynki i stanął naprzeciwko niej.
-Dzień dobry królewno –powiedział kucając przed nią.
-Mamusia nie... poźwala lozmawać mi... z obcimi- odparła jąkając się przez połykane łzy.
-Laurka kochanie –powiedział ocierając z jej delikatnego policzka maleńkie łezki.
Ta od razu spojrzała na dredowłosego
- Już nie płacz- przytulił ją i pogłaskał po włoskach.
-Jestem, ćśśś
Czuł jak jej małe wątłe ciałko drży od płaczu i zimna
- Aniołku coś się stało?- zapytał z przerażeniem i troską.
Nie wiedział czy to wina tego, że spóźnił się dwie minuty, czy tego, że coś się stało w szkole. Zdawał sobie sprawę, że niektóre dzieci mogą być niemiłe dla rówieśników. Bo on również kiedyś psocił.
-To co? Powiesz mi? – zapytał odrywając się od małej kucając przed nią.
Dziewczynka jedynie kiwnęła głową wycierając nosek o rękaw długiej bluzki.
- Pani Flola... powiedziała, żeby... wsystkie dzieci nalisiowały domki i kto w nich mieska. I ja nalysowałam mamusie i siebie... A później powiedziała, że mamy powiedzieć psed wsystkimi kto mieska w domku . I ja powiedziałam, a dzieci… Pytały się gdzie jest tatuś i śmiały się ze mnie, że jestem dziwna i mówiły, że wszyscy mają tatusia, a ja nie - opowiedziała całą historię.
Chłopakowi rozjaśnił się powód jej płaczu. Tom był wściekły, że jego Laurka jest smutna przez nie kompetencję i nieingerencję opiekunki. Mogła przecież coś powiedzieć grupie, wytłumaczyć dlaczego jedne dzieci mają dwóch rodziców, a inne tylko jednego. Widział jak łzy napływają do jej oczu. Mocno przytulił ją do siebie, chcąc ją schronić przed złem tego świata.
– Nie jesteś dziwna... Jesteś wyjątkowa... A nimi się nie przejmuj, zazdroszczą ci takiej mamusi jaką masz – cichutko mówił do jej uszka.
Uśmiechnął się do niej, a ona odpowiedziała tym samym. Rozejrzała się we wszystkie strony z lekkim niepokojem.
-Gdzie mamusia?- zapytała pocierając swoje oczka dłonią.
-Musiała pojechać do dziadków, bo się przeziębili- odpowiedział wiążąc jej buty –Za kilka dni przyjedzie do nas- dodał zakładając jej kurtkę.
- Mają katal i kaselek?- Spojrzała na chłopaka oczekując wytłumaczenia.
-Tak, bo nie zapinali kurtek, nie wiązali szalików i nie zakładali czapek- tłumaczył ubierając Aniołka.
- Mamusia nie byłaby wesoła gdybym była siama w domku- odparła patrząc rezolutnie na wyprostowanego Toma zabierającego jej tornister i torbę z obuwiem zmiennym.
- Dlatego jedziesz do mnie. Pokarzę ci nowe bajki na DVD, chcesz?- zapytał, a w odpowiedzi otrzymał szeroki uśmiech na twarzy dziewczynki.
Schylił się wziąwszy ją na ręce i wyszedł z budynku. Nie interesowały go przenikliwe oczy gapiów i zbulwersowane, a zarazem zainteresowane twarze ludzi. Cieszył się, że ma tą malutką istotkę w swoich ramionach, może poczuć jej szybko bijące serduszko i zobaczyć równy rząd mleczaków, gdy się śmiała tak samo jak jej matka. Posadzi ją na foteliku, który zakupił razem z autem, zapiął ją pasem bezpieczeństwa a jej rzeczy wsadził do bagażnika. Oglądała z zapałem mijające krajobrazy, pola, domy lasy. Lubiła obserwować, oglądać, podpatrywać. Cieszyła się i zachwycała. Wszystko było takie interesujące i niezwykłe. Podglądała jak ścieżki kropel spływają po przyciemnionej szybie, wyznaczając różnego rodzaju esy i floresy. Zmęczona zagadkami świata zasnęła w samochodzie. Obserwował ją, widział jak przygląda się mijającemu krajobrazowi. Wiedział, że to przeżywa niespodziewany wyjazd mamy. Uśmiechnął się na widok śpiącej Laurki, ściszył grające radio jadąc dobrze mu znaną drogą do domu. Ominął zjazd na autostradę, miejscowość, w której kiedyś chodzi do szkoły i kilka innych wiosek, w końcu dojeżdżając do swojego domu. Otworzył bagażnik zabierając z niego rzeczy śpiącej królewny poczym skierował się do domu, drzwi były otwarte, co oznaczało, że ktoś już jest w budynku. Nie witając się z nikim wszedł do swojego pokoju i położył pod ścianą wszystkie tobołki. Wrócił do wozu zabierając śpiącą dziewczynkę. Wtuliła się w jego klatkę piersiową i śmiesznie mlasnęła językiem wykonując przy tym zabawny odgłos ciamkania. Pokręcił, głową z niedoważaniem, że taka mała istotka potrafiła wywołać u niego salwy śmiechu. Zamkną cicho frontowe drzwi zauważając stojącą na korytarzu z założonymi rękoma Simone. Jej mina nie wyglądała na zbyt wesołą.
-Co to ma być?- wybuchła, gdy dredowłosy chciał ją ominąć.
-Mogła byś się nie drzeć?- odparł zbulwersowany, patrząc czy dziewczynka na jego rękach ma zamknięte oczy- Obudzisz ją - dodał omijając matkę.
Położył dziecko na łóżku, rozbierając z czapki, szaliczka i kurtki. Przykrył ją puchowym kocem by nie zamarzła w czasie snu. Opuścił pomieszczenie zostawiając uchylone drzwi. Wiedział, że jego matka będzie wściekła i obruszona, ale w końcu musiał jej wytłumaczyć, dlaczego ta pięciolatka znajduje się w jej domu. Wszedł do przestronnej kuchni, w której znajdowała się jego matka i Livia. Siedziały przy stole, rozmawiając zawzięcie przy gorącej herbacie parującej z niebieskich kubków. Wyciągnął z lodówki karton z sokiem pomarańczowym i nalał go do podłużnej szklanki. Dosiadł się do kobiet, popijając napój. Nie rozumiał, dlaczego nie chce poznać Diany i zaakceptować ją. Już nawet nie myślał o tym by rozmawiały tak beztrosko jak z Liv, ale chociaż chciał mieć od niej jakąś zgodę, że jest z taką a nie inną kobietą. Chciał być zrozumiany przez swoją matkę. Chciał być ten związek był poparty przez osobę, która go wychowywała dzieliła z nim smutki i radości. W końcu Livia również była starsza od Billa, a jednak dostała aprobatę od Simone. Dlaczego więc nie mogła dostać jej Diana?
-Tom?! Tom, czy ty mnie w ogóle słuchasz?- powiedziała do zamyślonego blondyna machając przed jego oczami dłonią.
-Coś mówiłaś? – zdziwił się.
-Co ona tu robi?!- zapytała z wyraźnym poirytowaniem w głosie.
Wziął głęboki wdech, tak bardzo nie chciał się kłócić z mamą.
-Jak na razie to smacznie śpi, potem na pewno zje i będziemy odrabiać lekcje albo się bawić – Zaśmiał się.
-Nie bądź bezczelny! Dobrze wiesz o co mi chodzi!- odparła podirytowana Simone.
-Wiem –potwierdził wstawiając pustą szklankę do zmywarki- Jej ojciec leży w szpitalu i musiała wyjechać- usprawiedliwiał Dianę widząc wyczekujący wzrok i zdziwioną minę Livi.
-Twój brat też leży w szpitalu?!- fuknęła kobieta.
Chciała coś jeszcze powiedzieć, lecz do pomieszczenia weszła maleńka osóbka, o którą toczył się spór. Stała w progu ziewając przeciągle i rozcierając piąstkami swoje oczka. Podeszła do siedzącej na krześle czterdziestoletniej kobiety z uśmiechem na twarzy. Swoimi cienkimi i delikatnymi rączkami oplotła jej szyje przytulając się mocno do niej. Ta będąc w szoku, odwzajemniła uścisk układając swoją dłoń na plecki dziewczynki. Blondyneczka odsunęła się trochę od kobiety całując jej policzek. Z wyraźnym zadowoleniem i pewnością siebie dodała:
- Dzień dobry Pani Simone.
Mama bliźniaków jedynie się szeroko uśmiechnęła do małego człowieczka. Gdy poczuła jej ciepłe rączki na swojej szyj dziwny spokój i radość zagościła w jej sercu. Problemy nagle zniknęły albo szybko znalazły się propozycje na rozwiązanie ich. Dzięki niej poczuła się tak lekka, nie dręczyły już ją myśli, co będzie z jej młodszym synem. Przy niej czuła, że wszystko będzie dobrze. Laurka szybko oswobodziła się z jej uścisku, podchodząc do drugiej młodszej blondynki siedzącej po przeciwległej stronie. Wystawiła swoją zgrabną i chudą rączkę poczym dziarsko spytała:
- Jestem Laurka, a ty kim jesteś?
Livia uścisnęła delikatnie jej dłoń poczym powiedziała:
- Livia, miło mi cię poznać.
Stał i przyglądał się tej blondyneczce o kręconych włoskach, był z niej dumny jak nigdy dotąd. Widział jak jego matka zmieniła wyraz twarzy, gdy do niej podeszła. Zauważył zmieszanie, ale i drobny smutek i przygnębienie w jej oczach, lecz po chwili można było dostrzec w nich iskierki radości i nadziei. Twarz już nie była zmęczona i smutna, tylko wypoczęta i wesoła. Zmieniła się jak po dotknięciu czarodziejskie różdżki. Zdawał sobie z prawe, że ta kruszynka potrafi zaczarować każdego. Ale nie spodziewał się, że jego matkę. Poczuł jak ktoś ciągnie go za bluzkę zwrócił swój wzrok w stronę złotej główki, patrzącej swoim wielkimi ślepkami. Wziął ją na ręce, czując jak zaczyna się bawić jego dredami.
-Ej, zostaw moje włosy! - powiedział z udawanym oburzeniem, ale i z uśmiechem na ustach.
Widział jak jego matka cały czas przygląda się tej małej, obserwuje każdy jej ruch. A z ust nie schodził jej uśmiech
-Mamusia powiedziała, że to są palówki...Psik... a nie włosy- odparła wiążąc supełki i starając się zawiązać kokardki.
W kuchni można było usłyszeć śmiech kobiet słuchających rozmowy. Już dawno, w tym domu nie wydawano takich dźwięków oznaczających radość i bez troskę. Cieszył się na tą zmianę wiedział, że dzięki Laurze wszyscy odpoczną od smutków i problemów związanych z Billem.
-Głodna jestem- odparła czując jak jej burczy w brzuchu
-A co byś chciała zjeść- zapytała Simone.
Nie wiedziała, czemu się wtrąciła w końcu nie uznawała tego związku, a jednak przyzwyczajała się do tej czterolatki.
-Mogę naleśniki?- zapytała oblizując usta i masując brzuszek
-Możesz-opowiedziała mama Toma wstając z krzesła i wyciągając z szafki dużą głęboką miskę oraz produkty potrzebne do zrobienia ciasta.
-Z czym chcesz?- zapytała mieszając mąkę, jajka i mleko w misce.
-Z dżemikiem...psik
-Dobrze, ale ty coś zrobisz dla mnie?
-A co? - zapytała zaciekawiona dziewczynka zeskakując z objęć chłopaka.
-Zabierzesz Toma i nauczysz go literek – odparła kobieta.
-A on nie źna litelek- zapytała ze zdziwieniem.
-Mama mnie nie nauczyła – odparł.
Popatrzył na rodzicielkę, która sprawdzała czy olej na patelni jest wystarczająco gorący. Laurka złapała rękę blondyna i pociągnęła go do pokoju, w którym wcześniej spała. Z fioletowego tornistra wyciągnęła kolorową książkę zwinnie wskakując na wielkie łóżko, w którym ułożył się Tom. Dziewczynka usiadła po turecku, wertując zapisane i pokolorowane kartki swojego podręcznika. Znalazła odpowiednią stronę zagłębiając się w treść zadania. Obserwował jak piórem wyznacza niezgrabne szlaczki i pętelki, brzuszki literek były niekiedy wklęsłe a czasem zygzakowate, literka ”L” sporadycznie wyglądało jak „C”.
Nie spuszczał jej z oczu, pisząc i kreśląc znaczki pomagała sobie językiem wystawiając go i przegryzając. Nosek i czółko miała lekko zadarte oznaczając, że myśli i jest skupiona na ćwiczeniu. Policzki były różowawe, a na nich zaschnięte stróżki łez. Zasmucił go ten widok. Nie wiedział czy ma to mówić Dianie czy zostawić dla siebie. Nie chciał, żeby się obwiniała za błędy nauczycielki. Zdawał sobie sprawę, że przeżywałaby to bardzo mocno.

***

Czarnowłosy chłopak słuchał właśnie muzyki na swoim Samsungu. To wszystko, ta cała rzeczywistość przerażała go bardziej niż najgorszy koszmar z dzieciństwa. Leżał bezradny na szpitalnym łóżku i starał się robić wszystko, by inni nie zauważyli, jak bardzo się boi. Wiedział, że już wystarczająco dużo stresu przeżyli z jego powodu przez ostatnie kilka tygodni. Widział lekko popuchnięte oczy matki, która z przyklejonym do twarzy uśmiechem starała się nie rozkleić przy nim. Czuł się wtedy winny za to co się wydarzyło. Nikt przecież nie kazał mu po raz kolejny udowadniać wszystkim dookoła, że „potrafi dać czadu”. Przez tamte kilka sekund mógł już nigdy nie stanąć na scenie. Właściwie na własne życzenie los odebrał mu to co było jego marzeniem od zawsze, a nawet jeszcze więcej. Bo teraz jak mu się wydawało, nie miał już po co żyć, no chyba, żeby być kłopotem dla innych. Muzyka płynąca ze słuchawek nie koiła jego rozkołatanych nerwów. Bill sam właściwie nie chciał ich uspokoić. Chciał się ukarać za to wszystko, chciał by bolało jeszcze bardziej, by nigdy już nie zapomniał jaki jest beznadziejny. Nie zważał na to, że przez swoje myślenie ranił nie tylko siebie, lecz również swych bliskich. Miał dość. To nie było na jego siły. Wydawało mu się, że wszyscy uśmiechają się sztucznie i starają się wmówić mu, że będzie dobrze i jeszcze kiedyś… No właśnie, jeszcze kiedyś co?! Jeszcze kiedyś stanie na scenie i będzie śpiewał? Jeszcze kiedyś pójdzie do kuchni po sok? Jeszcze kiedyś przejdzie po plaży z ukochaną? Nie wierzył w to już od dawna. Więc co będzie dobrze? Nigdy nie będzie już tym wesołym chłopakiem. Wszystko było szare. Znał tylko jedno dobre rozwiązanie, tylko jedno bardzo szybkie, ale nawet tego nie był teraz w stanie zrobić. Wystarczyło jedno pociągnięcie zimną stalą noża po nadrostkach, lub szyi i byłoby mu dobrze. Ale czy na pewno? Nie wierzył w Boga, ale gdyby okazało się, że on tam jest? Co w tedy? Zaśmieje mu się prosto w twarz i wyśle tam, gdzie nie będzie mógł myśleć o Livii i pogrąży w wiecznej rozpaczy? Cierpienie i strach rozrywały mu bolesnym pulsowaniem skronie. Ostatni raz było mu tak źle wtedy, gdy… Nie, nie chciał o tym pamiętać. Nie! Tak samo podle i bezwartościowo czuł się tam, na magdeburskim dworcu, gdzie zarabiał na… Nie! To już przeszłość! – krzyczało coś w jego głowie. Ten zapach, potworna, śmierdząca woń. Tego nie mógł zapomnieć! Za pierwszym razem miał ochotę zwymiotować. W miarę upływu czasu nie przestał czuć cokolwiek. To był po prostu szybki zysk. Potrzebował tych pieniędzy. Wiedział, że matka nie da mu na prochy ani złamanego centa. To był, jak mu się wydawało, jedyny sposób. Na początku nie brał tego pod uwagę, ale później… Pociągał tych facetów i być może dlatego miał tak wielu klientów. Czy było mu przyjemnie? Nie zastanawiał się nad tym. Ćpun na głodzie nie analizuje sytuacji. Te wszystkie blizny na rękach, na udach, za uszami były niczym w porównaniu z tym, co zostało mu w środku. Teraz, gdy siedział w szpitalnej sali, miał stanowczo za dużo czasu na rozważania nad swoim pogmatwanym, bezsensownym losem. Mnożył kolejne argumenty za samobójstwem. Było ich setki, tysiące. Miał dość słuchania odgłosów dobiegających z sąsiednich sal, dość wesołych dźwięków ludzi spacerujących po drugiej stronie ulicy, na którą patrzył przez okno, dość szczęśliwej twarzy rehabilitantki, która codziennie przychodziła do niego.


***
Siedziała w zapełnionym przedziale mając zamknięte oczy. Nie spała ani nie drzemała. Podróż wlokła się dla niej jak tylko mogła, a jeszcze kilka dobrych godzin czekało ją jazdy pociągiem. Przeczytała kilkakrotne wszystkie brukowce i gazety, w których opisywali i roztrząsali jedno zdarzenie- wypadek wokalisty Tokio Hotel. Nie czytała natomiast tych wszystkich śmieci na temat rodziny jej chłopaka. Zdawała sobie sprawę, że to stek bzdur i lanie wody, aby zapełnić białe kartki głównego tematu miesiąca. Spojrzała w okno, różnorodny krajobraz suną jej przed oczyma. Pagórki, pastwiska, zapalone latarnie, srebrzyste gwiazdy na niebie i księżyc w kształcie rogala przebijający się zza ciężkich deszczowych chmur. Lubiła noc. Była taka magiczna i przytulna, a zarazem złowroga i nieznana. Jedynie na wsi albo w małym miasteczku, można było poczuć tą granatową mgłę otulającą wszystkie domy i mieszkańców do snu. A gdy znajdowała się w mieście tarcza zegarka uświadamiała, że jest późno. A nieboskłon zamiast mieć kolor, ciemnego granatu miał jasnej pomarańczy, z odbijających się ulicznych świateł i neonów.

***
Laurka już dawno smacznie spała, regenerując swoją energię. Siedział na skórzanej kanapie popijając Colę, wpatrywał się w telewizor próbując zrozumieć jak jego mama wytrzymała z dwoma chuliganami w jednym domu. On nie nadążał za pomysłami i szybkością tej małej istotki, a co dopiero dorównać siły i witalności dwóm rozrabiającym ananasom. Czuł się tak samo jak po jednym z koncertów. Mimo iż, nie biegał i nie skakał po scenie, reflektory i głowice nie świeciły w jego oczy, a uszy nie bolały od pisków publiczności, to i tak był zmęczony, a jednocześnie i szczęśliwy, że ten dzień spędził razem z malutką blondyneczką. Weselił się gdy uśmiechała się, śmiał gdy ona również się cieszyła, był z niej dumny gdy zrobiła coś trudnego i skomplikowanego jak na swój wiek. Gdyby miała jakieś życzenie, od razu by je spełnił. Dzięki niej wszystko było osiągalne. Po za tym przywiązał się do tej małej, pokochał ją tak samo mocno jak jej matkę. Czuł się odpowiedzialny za nie dwie. Wiedział, że musi się nimi opiekować, chronić, wspomagać i wierzyć w ich siły. Czy tak się czuje ojciec i mąż w jednym? Raczej tak.
Nagle usłyszał jakieś jęki ze swojego pokoju. Wstał szybko z sofy ruszając do pomieszczenia. Zapalił małą nocną lampkę stojącą na nieuporządkowanym biurku. Kołdra była cała rozkopana, w połowie leżała na podłodze. Jej policzki były nienaturalnie czerwone, a piżamka cała mokra od potu. Położył swoją dłoń na czole. Była rozpalona jak piecyk. Przykrył szybko i szczelnie dziewczynkę kołdrą, lecz po chwili zaczęła ją rozkopywać nogami. Wyszedł z pomieszczenia kierując się do pokoju mamy i Jörga. Nie pukając w drzwi wszedł szybko zapalając światło
-Mamo, mamo- Szturchał kobietę.
-Tak, co się stało?- mówiła na wpół przytomna.
- Laurka ma temperaturę. Chyba jest chora- ciągnął już o wiele głośniej.
Kobieta gwałtownie otworzyła oczy i szybko je zmrużyła gdyż oślepiło ją światło. Wygramoliła się z łóżka i bez słowa skierowała do pokoju syna. Usiadła na skraju posłania i dotknęła twarzy dziecka. Tom stał oparty o framugę drzwi. Przecież piskała i kaszlała w czasie zabawy, dlaczego dopiero teraz to zauważył. Stał przerażony obserwując matkę krzątającą się przy Aniołku.
- Weź od Billa jakąś suchą bluzkę i przebierz ją- powiedziała Simone kierując się w stronę kuchni.
Znalazła leki na obniżenie gorączki i termometr. Blondyn posłusznie wykonał polecenie matki znajdując w stercie ciuchów swojego brata czysty podkoszulek.
-Ćśśś śpij kochanie- powiedział czule, podnosząc ją nieco do góry.
Ściągnął z niej szybko przemoczoną do suchej nikt górę od piżamy zmieniając na o wiele za duży T-shirt.
-Daj jej to do picia- zakomunikowała matka podając mu ciepłą herbatę.
Oparł głowę dziewczynki o swoją klatkę piersiową i łyżeczka po łyżeczce wlewał w nią brązowy płyn. Simone dała mu jeszcze jakiś syrop, który chłopak również posłusznie zaaplikował dziewczynce. Matka dostrzegała w oczach syna przerażenie i troskę o to Laurkę. Widziała w nim to przejęcie i odpowiedzialność. Dopiero teraz tak naprawdę zdała sobie sprawę, że ona jest częścią jego życia tak samo jak on jej.
-Dziękuję mamo- powiedział z wdzięcznością- Bez ciebie bym sobie nie poradził – dodał uśmiechając się do rodzicielki.
-Nie dziękuj synku- odparła przesuwając błąd loczek włosków z oczu – Gorączka powinna spaść- odparła wstając z łóżka i wychodząc z pokoju.
Tom trzymał małą jeszcze przez dłuższy czas w swoich ramionach leciutko się kołysząc. Czuł jak jej oddech staje się płytki i równomierny. Położył ją na puchowej poduszce przykrywając szczelnie kołdrą. Skierował się już do drzwi gdyby nie słowa dziewczynki
-Tatusiu zośtań...

***

Livia siedziała sama w kuchni. Całe pomieszczenie ogarniał mrok. W ręku trzymała kubek z parującą herbatą. Nie mogła zasnąć, wciąż myślała o Billu i jego nastawieniu do świata. Tak bardzo się martwiła. Uniosła kubek do ust i upiła łyk. Nadal czuła się trochę niezręcznie mieszkając w domu swojego chłopaka, wraz z jego rodziną. Była przecież mimo wszystko kimś zupełnie obcym dla nich. Po kilkunastu minutach usłyszała czyjeś kroki na klatce schodowej. Nie miała pojęcia, kto to może być o 1:20 w nocy. Kroki zbliżały się do kuchni. Po sekundach zobaczyła sylwetkę Toma w drzwiach. Miał na sobie jedynie bokserki, dredy rozsypywały się po jego nagich ramionach. Przez głowę przebiegła jej myśl, że jest całkiem przystojnym młodym mężczyzną. Jego tors był nieco bardziej umięśniony niż Billa, płaski brzuch zupełnie jak u jej ukochanego. Wzrokiem zjechała nieco niżej. Zerknęła z zawstydzeniem w okolicę jego bokserek. Jego anatomiczne kształty odznaczały się spod czarnego materiału. Skarciła się w myślach za tę śmiałość. Tom nie zauważył jej zupełnie. Podszedł do lodówki. Światełko rozeszło się jasną smugą po pomieszczeniu. Chłopak wyjął karton soku pomarańczowego i odkręciwszy go upił trochę, po czym odstawił go do lodówki. Podszedł do stołu i dopiero wtedy zauważył dziewczynę. Przysiadł się do niej.
- Czemu jeszcze nie śpisz? – zapytał cicho.
- Jakoś nie mogę zasnąć – westchnęła.
- Martwisz się? – ciągnął.
Dobrze wiedział, że cały czas myśli o Billu. Zresztą wszyscy się teraz o niego bardzo bali, on też. Było po niej widać stres i emocje tych wszystkich dni, które minęły, ale i tych, które były dopiero przed nią.
- Trochę – jęknęła uśmiechając się przy tym sztucznie.
- Gdyby można było cofnąć czas… - powiedział opierając głowę o blat stołu.
- Nie obwiniaj się za to
Pogładziła go delikatnie po głowie. Zjechała dłonią na kark i subtelnie podrapała paznokciami. Tom uśmiechnął się nieznacznie. Złapał dłoń dziewczyny i lekko pocałował. Cieszył się, że mogą się wspierać nawzajem w tych trudnych chwilach. Teraz na własnej skórze mógł się przekonać, jak wspaniałą dziewczynę ma jego brat. Był szczęśliwy, że Bill przez zupełny przypadek poznał swoją miłość. Tyle rzeczy wydarzyło się na przestrzeni tych dwóch lat, a oni wciąż tak samo mocno się kochali, mimo życiowych burz, mimo odległości, mimo tęsknoty i bólu. Trwali przy sobie i wiedzieli, że w każdej złej i dobrej chwili to drugie będzie blisko mimo tysiąca mórz.
- Masz ochotę na drinka? – przerwał panującą w kuchni ciszę.
- Nie wiem, czy… - wahała się dziewczyna.
- Ze szwagrem się nie napijesz? – ciągnął przekornie.
- No dobrze, ale słabego – zgodziła się blondynka.
Po chwili dwójka młodych ludzi- których drogi połączył Bill Kaulitz- trzymała w ręku szklanki z zimnym, alkoholowym napojem. Kuchnia oświetlona była przez niewielką lampkę tuż nad stołem.
- Byłaś u niego dziś? – zapytał Tom.
- Tak, byłyśmy z twoją mamą – odpowiedziała – Ciężko to wszystko znosi – dodała.
- Nie podda się, nie pozwolę mu! – odparł zdecydowanie.
- Kocham go tak mocno… Dałabym bardzo wiele, żeby wszystko się ułożyło – jęknęła.
- Ja też… - westchnął.
Chłopak upił pokaźnego łyka drinka i spojrzał w okno. Zastanawiał się co teraz robi Diana, jak czuje się jej ojciec. Zdawało mu się, że wszystko się komplikuje i utrudnia. Same problemy. Oparł głowę na ręce. Podrapał się nerwowo po czole, na którym pojawiła się jedna, pionowa zmarszczka. Livia wiedziała, że brat Billa bardzo przeżywa to wszystko, mimo, iż stara się ukryć to gdzieś głęboko na dnie świadomości.
- Co cię tak dręczy? – rzuciła bez namysłu blondynka.
- Nic – odpowiedział krótko.
Nie chciał się zwierzać. Właściwie bardzo rzadko to robił , a jeżeli już w ogóle, to jego powiernikiem zawsze był czarnowłosy. Bliźniak rozumiał go najlepiej. Była pomiędzy nimi, jakaś dziwna, telepatyczna więź, której nikt prócz nich nie potrafił pojąć.
- Przecież widzę – ucięła ponaglająco.
- Chodzi o Dianę…
- Tak? – patrzyła wyczekująco
- To wszystko jest takie pogmatwane – tłumaczył.
- Rozumiem… Ona starsza, z dzieckiem, a ty… - przerwała nie chcąc powiedzieć czegoś niezręcznego - Simone potrzebuje czasu, ale to bardzo mądra kobieta. – kontynuowała.
- Zaczynam wątpić, że kiedykolwiek to się ułoży – zmartwił się.
- Zaufaj mi, mam swoją kobiecą intuicję – powiedziała z uśmiechem na twarzy, unosząc przy tym szklankę do ust.
- Dobra, muszę jeszcze zajrzeć do małego szkraba – wytłumaczył wstając i wstawiając naczynia do zmywarki.
- Idź tatuśku – zaśmiała się i ziewnęła przeciągle – Ja też się zbieram – dodała i zgasiła lampkę.

komentarze [21]

Część 56.
piątek, 1 lutego 2008 ~ 17:36:59

Przepraszam, że tak zaniedbałam was i to opowiadanie. Dla niewtajemniczonych: "Trwa właśnie sesja zimowa i mam masę spraw głównie związanych z egzaminami i zaliczeniami".Ten odcinek również jest dziełem pewnej osoby, o pięknym imieniu Katia Wpadłam na cudowny pomysł, że jeżeli będziecie mieli jakieś zapytanie, to będę odpowiadać na wasze komentarze pod, lub nad waszymi komentarzami. Co ja to jeszcze chciałam powiedzieć... Dziękuję autorce dzisiejszego odcinka i przepraszam , że troszkę pozmieniałam pewne kwestie;) Miłego czytania i przepraszam za wulgaryzmy.

Spaprałam, wybaczcie...
Katia: "Ja nie przepraszam za przekleństwa i dziękuje za przychylność"

Wielka hala, oświetlona tysiącami świateł, szara posadzka, po której spacerują ludzie miedzy pułkami zapełnionymi po brzegi warzywami z rożnych stron świata, artykułami spożywczymi, chemią jakimi były kosmetyki , oraz środki czyszczące do gospodarstwa domowego. Rudowłosa pracowniczka jednego z Magdeburskich supermarketów, spacerowała po pomieszczeniu zapełnionym szerokim asortymentem produktów. Znała ten budynek na pamięć. Wiedziała gdzie się znajduje dany towar, w jakiej uliczce czy po prawej stronie, czy po lewej, na górnej czy dolnej półce. W jej przypadku można by powiedzieć, że znała to miejsce jak własną kieszeń. Przechodząc po miedzy kolorowymi pułkami obserwowała innych pracowników układających artykuły, myjących podłogę, pomagających klientom w znalezieniu jakiejś potrzebnej im rzecz. Pamiętała, jak zaczynała prace. Na początku była przerażona ogromem pomieszczeń i niezliczoną ilością towaru. Nauka obsługiwania kasy fiskalnej, przy której nasłuchała się nieprzyjemnych komentarzy pod swoim adresem, lub nieodpowiednich propozycji na wieczór od napalonych mężczyzn, nie była niczym przyjemnym. Krzyki przełożonych, że jeszcze nie wywiązała się ze swoich obowiązków, chociaż powinna to dawno zrobić, również nie napawały ją dumą. Współczuła tym młodym dziewczynom, które tak jak kiedyś ona, również przechodziły prze to samo. Dla niej to była kiedyś szkoła przetrwania. Roczne dziecko, praca i studia. Wszystko musiała połączyć w jedno. Trzymanie się terminów szczepień i kontroli u lekarza z córką, pisanie prac i co półroczna gonitwa nauki do egzaminów na studiach, wyznaczone godziny pracy w różne dni tygodnia. Grafik był momentami bardzo napięty. To było życie, w którym nie istniały takie słowa jak „wolne” czy „moje potrzeby”. Po kilku latach nieustannej bieganiny, zapomniała, co to znaczy spokój i czas dla własnej osoby. Ale nie mogła narzekać na swoje życie. Miała pracę, niczego jej nie brakowało, a w szczególności jej córeczce. Chociaż wiedziała, że nie może pozwolić sobie na drogie rzeczy. Kształciła się. Czasami było jej ciężko pogodzić wszystko, ale dawała sobie radę i była z tego powodu zadowolona. Miała swojego aniołka, którego kochała najmocniej na świecie, rodziców, którzy mimo iż mieszkali kilkaset kilometrów od niej wspierali jak mogli.
Teraz to wyglądało zupełnie inaczej. Jej córka miała już prawie pięć lat, na studiach wyrobiła sobie opinie skrupulatnej i mądrej studentki. W pracy, po wrzaskach i poniżeniach pomału wspinała się na coraz to wyższe stanowiska, a na metalowej zawieszce nie pisało już „kasjer/pracownik hali”.
Z zamyślenia wyrwało ją ogłoszenie, które usłyszała z głośników: „Kierownik kadry proszony jest proszony do informacji”. Wyszła z czterdziestej ósmej alejki i skierowała się na początek hali. Szybkim krokiem mijała ludzi pchających metalowe wózki wypełnione zakupami. Ominęła rząd kas i doszła do punktu informacyjnego.
-Co się stało? – zapytała puszystą kobietę obsługującej stanowisko.
-Telefon do ciebie- powiedziała nie patrząc się na rudowłosą lecz na aparat.
Diana wzięła głęboki wdech przyłożyła słuchawkę do ucha i powiedziała:
-Słucham
-Dianka, kochanie to ty?- zapytał lekko piszczący głos pod drugiej stronie.
-Mama. Coś się stało, że dzwonisz? - odparła ze zdenerwowaniem.
Jej rodzicielka nigdy nie dzwoniła do niej gdy była w pracy. Zawsze nagrywała się na pocztę głosową w telefonie komórkowym albo czekała do zakończenia zmiany.
-Tak...Tato...To znaczy... Stephan miał…- nie mogła nic powiedzieć.
Strach, zdenerwowanie i szloch matki mogła rozpoznać od razu. Wiedziała, że coś się stało. Nie dzwoniłaby tu od tak.
-Mamo?! Jesteś tam... Co się stało tacie? – niecierpliwiła się.
-Miał zawał- powiedziała trochę spokojniej, lecz i tak można było usłyszeć jej płacz i pociąganie nosem.
-Kiedy?! Jak się czuje? Miał już robione badania?- zaczęła się wypytywać młoda kobieta.
Strach i przerażenie rosło, a wyobraźnia kreowała wszystkie scenariusze ku najgorszemu finałowi.
-Pytałam się, ale jak na razie nie chcą mi nic powiedzieć – usłyszała mamę.
-Będę w Eschwege dzisiaj pod wieczór- zakomunikowała, a ton jej głosu nie uznawał, jakiegokolwiek sprzeciwu.
-Diana czyś ty zwariowała?!- oburzyła się matka.
Była zdenerwowana i załamana zaistniałą sytuacją, ale nadal myślała.
-Nie nie zwariowałam, przyjadę najbliższym pociągiem – odparła.
-Co zrobisz z Laurą? A praca? Córciu czy ty myślisz? – jęknęła cicho kobieta.
-W pracy wezmę wolne, a Laurą się nie przejmuj. Coś wymyślę. Do zobaczenia mamo i dzwoń jak będzie coś już wiadomo- powiedziała rozłączając się.
Zauważyła, jak koleżanka z pracy daje jej do zrozumienia, że to nie budka telefoniczna. Oddała czarną słuchawkę i skierowała się do tej części budynku, która przeznaczona była tyko i wyłącznie dla pracowników sklepu. Szła długim, białym korytarzem, jasno oświetlonym przez halogeny umocowane w suficie. Minęła rzędy niebieskich drzwi. Skręciła w prawo, w lewo i znów w prawo. Kierowała się do jednych drzwi z napisem: ”Dyrektor do spraw kadr”. Zapukała leciutko kilka razy, poczym weszła do środka. Przywitało ją białe, tak dobrze jej znane pomieszczenie z regałami, na których ustawione były segregatory pełne rachunków, kwitów i dokumentów. Na środku stała imitacja drewnianego biurka, za którym siedział siwy mężczyzna. Jego rysy twarzy były delikatne i niewinne, prawie jak chłopięce. W rzeczywistości człowiek nie był aż tak miły, na jakiego wyglądał. Popatrzył na stojącą przed nim kobietę. Rude włosy , trochę piegów na twarzy, nienagannie ubrany strój, który składał się z białej bluzki z wyszytym logo marketu oraz granatowa spódnica sięgająca do kolan. Wzorowa postawa i uśmiech na ustach w każdej sytuacji - to była cała Diana. Pamiętał, jak przyszła na rozmowę kwalifikacyjną ze swoją malutką córeczką. Nie był tym zachwycony, że młoda kobieta przyszła z dzieckiem. Nie chciał nieodpowiedzialnej ekspedientki, która ma zabawę w głowie, a nie obowiązki. Jednak już po tygodniu praktyk mógł śmiało stwierdzić, że się grubo mylił co do jej osoby. Widział jak ciężko pracowała i stara się. To w niej lubił. Mała, niewinna osóbka mająca tyle problemów i obowiązków na głowie przekonała do siebie człowieka o kamiennym sercu.
-Słucham cię- przerwał ciszę straszy mężczyzna, unosząc głowę z nad papierów.
-Musze wyjechać...To znaczy chciałam wziąć urlop- zaczęła się plątać we własnych zdaniach.
-Teraz? Już? Zaraz? – zdziwił się dyrektor.
-Tak- odparła twardo - Problemy w rodzinie – dodała widząc minę swojego przełożonego.
-Coś się stało z twoją córką? – Zmartwił się.
-Nie – odpowiedziała krótko.
Nie chciała nic więcej mówić. Nigdy nie była zwolenniczą zwierzania się swoim przełożonym ze swoich problemów. Nie chciała współczucia. Poza tym, bała się, że gdy powie coś o tym co stało się z jej ojcem rozpłacze się jak dziecko.
-Wiesz, że jesteś potrzebna. Nie mam nikogo na zastępstwo…– powiedział nieustępliwie.
-Ale ja muszę. Jeżeli nie urlop to chorobowe... Zwolnienie lekarskie przyniosę w jak najszybszym czasie, dobrze? – niemal błagała.
-Nie mogę- odparł z żalem- Nie ma nikogo na zastępstwo – kontynuował.
-Chociaż trzy dni- Łzy bezsilności zaczęły cisnąć się do jej oczu.
Obiecała mamie, że przyjedzie, że będą się wspierać w tych trudnych chwilach. Pamiętała, jak jej dziadek miał zawał. Serce to mała pompa wielkości zaciśniętej pięści. Taki mały narząd, od którego wszystko jest uzależnione. To dzięki niemu żyjemy ale i umieramy. Nie chciała, by jej ojciec odszedł z tego świata, pozostawiając swoją żonę ,córkę i wnuczkę. Czuła się jak na skazaniu. Teraz wszystko zależało od jednego słowa dyrektora, które może być przeciwko niej lub za. Była uzależniona od tego starszego faceta za biurkiem, to on teraz w tej chwili decydował jak się potoczy jej najbliższa przyszłość. Czy pojedzie do potrzebujących ją rodziców czy będzie siedzieć i zamartwiać się co z nimi.
Widział w niej ten ból, smutek i niewiedzę. Nie mógł dłużej na to patrzeć. Zdawał sobie sprawę, że potrzebuje tego wolnego. Westchną głośno tocząc walkę ze swoimi myślami.
-Nie jest mi łatwo, ale wiem, że w takim stanie nie będziesz w stanie nic zrobić.
-Czyli?- zapytała upewniając się.
-Masz wolne, potraktuj to jako urlop- uśmiechnął się do niej dając trochę otuchy.
-Dziękuję panu. Na prawdę dziękuję – szepnęła.
-Nie dziękuj... A teraz musze się zabrać za pracę-odparł zagłębiając się w papierach. Rudowłosa wyszła z gabinetu dyrektora udając się wprost do szatni. Z jednej z kieszeni wyciągnęła pęk kluczy znalazła pasujący do swojej metalowej szafki z przyklejonymi dwoma cyferkami. Wyciągnęła torbę i kurtkę. Owinęła się szczelnie szalikiem i wyszła przed budynek. Parking był prawie pusty, a na chodnikach czasem ktoś przebiegł spiesząc się do pracy. Miasto można było uznać za opustoszałe, jakby jakieś promieniowanie radio aktywne zabiło większość mieszkańców. Dzieci i młodzież siedziały w szkole pochłaniając wiedzę zawartą w podręcznikach, dorośli natomiast zarabiali pieniądze by utrzymać rodziny.
Mijała kolorowe wystawy sklepowe zachęcające do kupna jakiegoś produktu. Przechodziła przez opustoszałe drogi i skrzyżowania. Weszła do oszklonego budynku przez rozsuwane drzwi. To był zupełnie inny świat. Żyjący i tętniący przez całą dobę. Ludzie przepychali się by dojść do tylko im wiadomego punktu. To nie była spokojna ulica Magdeburga, tylko jedna ze stacji S-bahn. Weszła schodami na piętro, poczym skierowała się na peron, z którego miała dostać się do swojej dzielnicy. Spojrzała na wielki zegar wiszący nad tablicą oznajmująca za ile sekund będzie kolejka. Po chwili była już w metalowym wagonie i łapiąc się jednej z białych rurek, rozglądała po pomieszczeniu. Nic specjalnego, siedzenia obite pluszem jedne skierowane do środka wzdłuż okien inne ustawione prostopadle do kryształowej powierzchni, za której można było zobaczyć jakąś część miasta, lub nieprzyjemną ciemność, jakim był okablowany, betonowy tunel. Jasne zimne światło w kolejce oświetlało twarze ludzi, tak różnych, a zarazem tak podobnych do siebie, choćby z tego powodu, że każda z nich miała rodziców. Matkę i ojca. Jedni dopiero zaczną być i czuć na swoich barka obowiązek wychowania potomka, inni mieli już rodzicieli, których kochają i zawdzięczają im wszystko, byli też ludzie, którzy już pogodzili się ze stratą bliskich. Nie chciała wspominać jego osoby. Ona wierzyła, że wszystko będzie dobrze, że anioły nie odbiorą jej ojca, który przytulał ją, gdy płakała, bo spadła z drzewa, któremu żaliła się, gdy jakiś chłopak pociągną ją w szkole za dwa rude warkocze mówiąc: „Piegowata Marchewka!”. Gdy była w dziesiątej klasie, to on chodził razem z nią po domach towarowych by kupić elegancką sukienkę na bal. To on przytulił i powiedział „ Wszystko się jakoś ułoży, damy sobie radę”, gdy oznajmiła rodzicom, że jest w ciąży. Pomagał, wspierał radami i rozmową, wysłuchiwał. Nie chciała go stracić. Był jej potrzebny wiedziała, że na każdego nadejdzie czas pożegnania się z tym światem, lecz na jego duszę nie była jeszcze pora. Z jej dużych oczu wypłynęło kilka błyszczących łez, wyrabiając na czerwonych z zimna policzków ścieżkę, by szybko schować się w jej oliwkowy szalik. Z zamyślenia wyrwał ją dźwięczny głos maleńkiej istotki, przypominający jej jeszcze o tym co ma zrobić z Lurą. Zabrać ją w długą drogę, czy zostawić u kogoś? Ta podróż była zbyt niespodziewana i nagła. Codzienne przesiadywanie w szpitalu na oddziale kardiologii to nie miejsce dla dziecka. Nie mogła na to pozwolić. Jeszcze by zamęczała babcie i dziadka tym aby się z nią bawili. Na dodatek jej ojciec będzie musiał przechodzić rekonwalescencję, a cisza i spokój znacznie pomogą mu wrócić do sił. Zdecydowanie nie mogła jej wziąć ze sobą nawet gdyby tak bardzo chciała więc pozostawało jedno rozwiązanie zostawić ją u kogoś. Tylko u kogo? U sąsiadki, zdewociałej kobiety będącej na emeryturze, która z łaską zajmowała się od czasu do czasu blondyneczką. Na samą myśl przeszły jej ciarki po plecach. Bałaby się o nią gdyby tak kobieta zajmowała się jej córeczką. Ale kogo poprosić? Znajoma ze studiów, ciągle imprezuje i szaleje, mimo iż była wesoła i bardzo optymistyczne działała na Dianę wiedziała, że jest nie odpowiedzialna i lekkomyślna. A może On? Nie chciała się narzucać i prosić. Mimo iż mogła na niego liczyć. Nie chciała przysparzać mu jeszcze więcej problemów. Zdawała sobie sprawę, że jego rodzina ma trudną sytuację - wypadek Billa i jego kalectwo. Wiedziała o wszystkim, co się dzieje w jego życiu. Zwężał się jej ze swoich smutków i problemów, była jego powierniczką mógł jej wszystko powiedzieć i być pewnym, że na następny dzień nie będzie czytał tego w brukowcu. Nie chciała dzwonić prosząc o pomoc. W szczególności, że jego matka nie przepadała za nią. Niestety nie miała innego wyboru. Znalazła w spisie telefonów jego numer, poczym nacisnęła zieloną słuchawkę. Pierwszy sygnał... Drugi. Wiedziała, że to nie ma sensu. Chciała już się rozłączyć, gdy…
-Słucham cię – usłyszała głos Toma w słuchawce.
-Mam do ciebie prośbę, chociaż na pewno jesteś zajęty... więc nie będę ci przeszkadzać- powiedziała na jednym wdechu, chcąc zakończyć tą rozmowę.
-Ile raz mam ci mówić, że nie przeszkadzasz- powiedział z uśmiechem, którego niestety nie mogła zobaczyć.
Ona zawsze potrafiła go rozweselić nawet, gdy mówili o poważnych sprawach, zawsze miał uśmiech na twarzy. Wszystkie troski i zmartwienia odparowywały z niego, gdy usłyszał jej głos.
- Więc jaką masz prośbę, Kochanie? – ciągnął.
-Nie odbierałeś, więc stwierdziłam, że przeszkadzam…
Chciała odwlec to pytanie. Sama nie wiedziała, czemu bała się jak zareaguje. A może bała się odpowiedzi?
- Jaką masz do mnie sprawę?
-Nie już nic naprawdę – powiedziała starając się go zbyć.
-Diana mów!- wiedział, że kręci.
Czuł, że coś się stało, w końcu o tej godzinie jest w pracy albo na uczelni. Wiedział, że naprawdę potrzebuje pomocy, skoro dzwoni o tej porze.
-Ja wiem...że masz teraz dużo na głowie i na pewno masz wiele spraw do załatwienia ale...- usłyszał jej zakłopotany głos.
Ciężko jej było, czuła się jak nastolatka tłumacząca się przed jednym z rodziców za popełnione błędy.
-Kochanie, wesz o tym, że zawsze możesz na mnie liczyć- powiedział miłym i łagodnym głosem.
-Musze wyjechać do Eschwege, mój ojciec leży w szpitalu i... – zaczęła, on przerwał jej w połowie zdania.
-Zaopiekuje się Laurą nie martw się. Masz jak tam dojechać? – zapytał.
Wiedział, że o to go poprosi. Cieszył się, że będzie mógł pobyć trochę z tą mała kruszynką. Zdawał sobie sprawę, że dzięki niej w domu będzie można trochę odetchnąć, a zmartwienia odejdą w kąt.
-Yyy...tak mam o trzynastej mam pociąg- jęknęła.
Nie spodziewała się tego po nim przecież nic nie wspomniała o córce, a on… Od razu zaoferował się.
-To ja będę za niedługo – zapewnił.
-Dziękuję nie wiem jak bym sobie poradziła bez ciebie – westchnęła.
-Kochanie nie musisz mi dziękować- wytłumaczył.
Czuł w jej głosie zakłopotanie, uwielbiał to w niej, jej niewinność i upartość. Wiedział, że z wymówieniem pierwszego słowa przeszedł prze nią deszcz. Nie mylił się. Słysząc jego głos zatapiała się w krainie barw i kolorów
-Do zobaczenia- dodał i rozłączył się.
Westchnął głęboko i rozglądnął się po swoim pokoju. Uśmiechnął się na samą myśl o tym, że znów zostanie księciem królewny Laury. Jednym z problemów było to gdzie najjaśniejszy Pan będzie spać. Livia zajmowała pokój gościnny, w którym to on kiedyś zamieszkiwał, gdy blondynka przekroczyła próg jego domu. A wolnym pokojem były cztery ściany Billa albo niewygodna twarda kanapa w salonie. Jednak wizja skręcania się na wszystkie strony nie za bardzo go przekonywała. Została mu jeszcze Simone. Zawsze sceptycznie podchodziła do tematu Laury i Diany. Przyzwyczaił się już do jej sarkazmu, ale jednak kuło go w sercu niezrozumienie rodzicielki. Miał nadzieję, że po ostatniej wizycie zmieniła zdanie, co do blondyneczki. Sadząc po tym, jak widział swoją matkę, uspakajającą i tulącą kruszynkę, był o tę kwestię bardziej spokojny. Wyszedł z pokoju kierując się do kuchni, myśląc, że znajduje się w nim jego mama. W pomieszczeniu nie było jednak nikogo. Jedynie przypięta magnesem na srebrnej lodówce kartka z napisem brzmiącym: „Jesteśmy u Billa” informowała go o tym, gdzie ona może być. Czyli został sam. Z jednej strony cieszył się, że nie musi kłócić się z nią o to by Laurka zamieszkała na parę dni w jej domu. Z drugiej jednak nie wiedział jak zareaguje postawiona przed faktem dokonanym. Spojrzał na wiszący w kuchni zegarek, który wskazywał godzinę jedenastą trzydzieści. Ściągnął kurtkę z drewnianego wieszaka, poczym założył ją na siebie. Wyciągnął z wiklinowego koszyka kluczyki od auta i zatrzasną frontowe drzwi. Wycofał pojazd na drogę i ruszył do Magdeburga. Pogoda była nieciekawa. Mimo początku zimy za szybą samochodu można było zobaczyć szare niebo, z którego sączył się deszcz, pola były pokryte kolorem zgniłej zieleni a na drzewach można było zobaczyć kikuty gołych gałęzi. Zajechał pod jej dom, szybko pokonując metry dzielące od jej mieszkania. Nic się nie zmieniło, ta sama weranda. Zapukał kilka razy w brązowe drzwi, słysząc jej przytłumiony głos wszedł do środka. Stała nad pomarańczową walizką szybko pakując ubrania.
-Cześć kochanie- powiedział, całując jej kark.
-Jeszcze raz ci dziękuję. Nie wiem, co bym zrobiła z Laurą…- powiedziała.
Przytuliła się do szczupłego chłopaka, poczym obdarowała go namiętnym pocałunkiem. Szybko wróciła do sprawdzania czy przypadkiem niczego nie zapomniała zabrać. Usiadł na sofie przyglądając się jej uważnie. Widać było, że jest zdenerwowana i przejęta.
-Torba Laury jest u niej na łóżku. Ze szkoły trzeba ją odebrać o pierwszej trzydzieści, ma iść najpóźniej spać o ósmej.- Zaczęła wymieniać, zawsze, gdy zostawiała córkę z kimś na kilka godzin czy dzień bardzo to przeżywała. Zdawała sobie sprawę z tego, że nic się jej nie stanie żaden włos z głowy nie spadnie. A jednak, instynkt macierzyński dawał o sobie znać.
-Dobrze kochanie – powiedział znudzony blondyn przemową swojej dziewczyny, zapamiętał i usłyszał to, co było najważniejsze, resztę pominą lub nie słuchał. Zerkną na budzik, stojący obok sterty gazet i kolorowanek.
-Diana!– wydarł się na całe mieszkanie.
-Co?- zapytała wychylając się z kuchni szykując sobie kanapki na drogę.
-Zbieraj się, już musimy jechać- odparł, biorąc bagaże rudowłosej i plecak Laurki.
Wyszedł z mieszkania poczym schował wszystkie torby do obszernego bagażnika. Odpalił silnik auta i zawrócił w stronę głównej ulicy by łatwiej było mu wyjechać z osiedla. Przemierzali asfaltowe drogi, po których zaczynało pojawiać się coraz to więcej aut, a na chodnikach, po których rzadko kto przechodził teraz można było spotkać mnóstwo ludzi śpieszących do domu. W czasie podróży nie odzywali się do siebie, czasem parzyli na swoje twarze uspakajając się nawzajem wzrokiem. Słowa nie były tak ważne jak czucie tej drugiej osoby blisko siebie. Dojechali do wielkiego brązowego budynku otoczonego parkingiem i przystankami autobusowymi. Wyłączył silnik i otworzył bagażnik by wyjąc jej walizkę. Uśmiechną się poczym przybliżył do kobiety, która stała obok. Objął ją ramionami wtulając twarz w jej włosy delektując się zapachem i dotykiem kobiety. Wiedziała, że nie pójdzie z nią na peron pożegnać się, tak jak to robią w filmach, gdy dwoje kochanków rozdziela los. Ona stoi w oknie wychylając się do niego, jedną ręką machając do ukochanego, a drugą ocierając ronione łzy. Pociąg rusza a mężczyzna zaczyna biec za ukochaną krzycząc na całe gardło przyrzekając wierność i miłość aż do śmierci. Zdawała sobie z tego sprawę, że nie odprowadzi jej, nie pomoże położyć bagażu na półkę w przedziale. W końcu był światową gwiazdą muzyki, której nigdy nie słuchała nawet będąc z nim. Czasem czuła się jak w patologicznym związku. Nie mogła z nim pójść do sklepu zrobić zakupów na kolację. Nie mogła pójść do kina czy na plac zabaw z córką, ani pochwalić się koleżankom z pracy czy uczelni, że w końcu kogoś znalazła, bo od razu zaczęłyby się wypytywać, kim on jest. Nie mogła się przejść po mieście, bo na drugi dzień wszystkie gazety by o tym wypisywały. Był już taki jeden incydent. Poczuła, co to smak sławy i szumu wokół jednej osoby, a przecież na globie mieszka kilka miliardów ludzi. Na stacji było w końcu wielu podróżnych a on był ubrany dosyć oryginalnie i charakterystycznie, tylko po to by nie zgadnąć, że to Tom Kaulitz gitarzysta Tokio Hotel. Mimo to, obawa pozostała. Odsunął twarz od jej ramienia i delikatnie musnął usta Diany.
-Będzie wszystko dobrze- delikatnie pogłaskał jej policzek– zadzwoń do mnie jak dojedziesz, żebym się nie martwił- dodał jeszcze raz całując jej usta.
Rudowłosa kiwnęła tylko głową na znak, że wykona jego prośbę. Wyciągnęła rączkę od walizki. Złapała uchwyt i zaczęła toczyć za sobą pomarańczowy bagaż. Patrzył jak odchodzi znikając pośród tłumu ludzi, wchodzących i wychodzących z wielkiego budynku

***
Brązowowłosy chłopak siedział na obrotowym krześle w swym pokoju. Czuł, że teraz nie ma już niczego. Wszystko co kochał rozpadło się równie szybko, jak powstało -związek z ukochaną, zespół, przyjaźnie zawarte jeszcze w szkole średniej. Niczego już nie było, tylko parę wspomnień i zdjęć. Najbardziej nie rozumiał jednak dlaczego ona odeszła…

Było tam zupełnie inaczej, niż w broszurach turystycznych. Nie było już tak ciepło. Słońce nie prażyło skąpo okrytych ciał turystów, którzy przyjeżdżali by odpocząć, nabrać siły do pracy i rozerwać się. A stragany z pamiątkami, upominkami i eksponatami zasuszonej rafy, można było powspominać. Teraz nie było tego.
Tłumów ogrzewających swoje ciała na złocistym piasku. Straganów na bulwarze- jedynie z nich pozostały drewniane, puste stoły, przy których w czasie wakacji stali kupcy przekrzykując się na wzajem by „zgarnąć” więcej klientów. Miejsce, które w czasie sezonu wakacyjnego żyje i tętni 24 godziny na dobę, wypełnione po brzegi turystami z różnych zakątków świata. Teraz wyglądało jak opustoszałe i zapomniane miasteczko. Pustka i cisza nie przeszkadzała im. Oni również nie odzywali się, nie mieli potrzeby. Kochali się na wzajem, to było dla nich najważniejsze, żadne wypowiedziane słowa nie oddały by tego co do siebie czują. Trzymając się za ręce chodzili pustymi uliczkami. Czuli że maja siebie, czuli że żyją dla siebie, oddychają dla tej drugiej osoby. Świat dla nich stawał się kolorowy i żywy. Każdy krok, który wykonali razem, rozjaśniał im drogę. Bo mieli siebie. Wiedzieli, że mogą na siebie liczyć. Mimo iż tyle ich różniło, tak wiele ich ze sobą łączyło.

Nie mogła w to uwierzyć. Czuła się tak jak by śniła, bo wszystkie problemy związane z pracą, studiami i problemami rodziny w Polsce od płynęły. Gdy by nie jego ciepła i delikatna, a zarazem wielka i silna dłoń oplatająca jej palce, to nie uwierzyłaby w to co się teraz działo. Dzień wcześniej pałała do niego złością i obojętnością. Teraz kochała i pożądała. On skakał jak dziecko gdy dostaje upragniony prezent. Wszystko wdział jak przez mgłę. Nie był w pełni świadomy tego co się dzieje. Dla niego całym światem była ona - idąca obok niego kobieta, którą chciał chronić przed wszystkim i wszystkimi. Wpatrywał się w nią co rusz, chcąc zapamiętać jej rysy, jej każdy najdrobniejszy szczegół, by śniła mu się co noc gdy będą rozdzieleni tysiącami kilometrów. Poczuł coś wibrującego w jego lekko obcisłych jeansach. Wyciągnął telefon komórkowy i nie sprawdzając nawet kto dzwoni nacisnął przycisk rozłączający połączenie. Nie chciał by ktoś mu przeszkadzał nie teraz, gdy był taki szczęśliwy. Urządzenie nie ustawało, wciąż domagało się by jego właściciel odebrał. Zerknął na mrugający wyświetlacz, na którym widniał napis „Mutti”. Ucieszył się, a na jego twarzy nożna było dostrzec uśmiech. Nacisną srebrny guzik i przybliżył komórkę do ucha. Chciał jej tyle powiedzieć, podzielić się swoim szczęściem. Podziękować za wsparcie i danie otuchy w trudnych i ciężkich chwilach. Bo nie zwątpiła w niego nie mówiła: „Daj sobie spokój” czy: „ Nie zasługiwała na ciebie”. Była przy nim w chwilach zwątpienia. Mógł do niej zadzwonić w każdej chwili by powiedzieć co go męczy. Była dla niego nie tylko matką i ojcem w jednym, ale również przyjaciółką.
-Ja?- powiedział patrząc na zaciekawioną brązowowłosą.
-Hallo! – krzyknęła podekscytowana mama Georga.
Marta obserwując go bardzo uważnie, zirytowała się, tym, że tak zareagował na ten telefon. Od razu stał się taki wesoły i radosny, a zamyślenie ulotniło się z niego. Głos nie był poważny i sarkastyczny, lecz miły i ciepły. Mówił tak jak do niej -z miłością i czułością, w których można było wyczuć radość. Nie chciała przyjmować do siebie wiadomości, która tak ją zasmucała. Mówił, zapewniał, przysięgał, że w jego sercu jest tylko ona i nikt więcej. Jednak kłamał kolejny raz zawiódł. Słyszała radosny i dźwięczny głos kobiety, również jak jego był słodki. Jak dla niej za słodki. Wyrwała szybko i mocno swoja rękę z jego dłoni, popatrzyła na brązowowłosego z wyrzutem i smutkiem. Nie mogła tego znieść. Miał inną, nie była jedyna. Jego słowa, szeptane do ucha w nocy czy rano, były jednym, wielkim palącym ją kłamstwem. Nie mogła tego znieść. Wzięła mocny zamach uderzając go w twarz tą sama ręka, która chwilę temu tkwiła w uścisku jego dłoni. Czuła ten dwudniowy zarost, który tak uwielbiała. Nie mogła już wytrzymać tego zapachu, tych natarczywych pytających oczu, jego ciepłego oddechu. Nie wytrzymała uciekła... Znowu.
Był wściekł na siebie, na nią na głupi telefon, że zadzwonił. Złość wprost kipiała z niego. Chciał wszystko rozwalić , krzyczeć, bić, zrobić cokolwiek by wyładować ten cały gniew. Stał na środku deptaka z zaciśniętymi pięściami, a łzy bezradności kręciły się w jego zielonych oczach. Kolejny raz miał ją stracić? Nie pozwali na to. Nie będzie popełniać znów tego samego błędu. Za dużo nocy przepłakali w samotności myśląc o sobie. Za dużo było niewypowiedzianych słów, a za mało czasu by je wszystkie usłyszeć. Nie tak miało być... Nie tak miało się to zacząć. A czy w ogóle się zaczęło? On już sam nie był pewny. Zwątpił... Wyjął z kieszeni spodni paczkę papierosów wyciągną jednego po czym odpalił. Cała złość i stres wyleciały z niego, gdy wypuszczał siwy dym spalonego tytoniu z płuc. Dający mu ulgę i oczyszczenie umysłu, z kotłujących się myśli. Widział jak jej sylwetka się oddala a po chwili znika za zakrętem. Nie chciał tego tak zostawiać . Naprawdę nie wiedział o co w ogóle to całe zamieszanie. Może to bóle przed miesiączkowe, albo coś sobie przypomniała i zaczęła się złościć? Wymyślał wiele hipotez i przypuszczeń kierując ku wyjaśnieniom. Wszedł do domu zdyszany od razu ruszając w stronę pietra, na którym był pokój Marty. Wiedział, że ona tam będzie, nie pukając w targną do jej czterech ścian. Stała przed wielką drewnianą szafą. Na posłaniu znajdowała się otwarta walizka a w niej kilka niechlujne ułożonych ubrań.Nie mógł uwierzyć, że w tym samym pomieszczeniu, w tym samym łóżku, z tą kobietą… Tej nocy byli dla siebie wszystkim, jednym ciałem splecionym żądzą miłości. Teraz byli dla siebie zupełnie obcymi ludźmi, jakby nie było przed kilkoma godzinami żadnych nagich podnieconych ciał. Teraz była ona i on. Oddzielnie. Łóżko było ładnie i równo pościelone jak by nikt z niego nie korzystał, a ściany nie zatrzymały dla siebie ich szybkich oddechów i krzyku spełnienia. Z zamyślenia wyrwał go niezadowolony głos Marty.
- Salope! Où les miennes culotte ? *[1]
-Il ya de toi *[2]– odparł.
To był on, jego gruby i dźwięczny głos, przeszył jej ciało powodując dreszcze. Nie chciała żeby przychodził, nie chciała patrzeć na jego piękne ciało dające jej tyle ciepła i bezpieczeństwa, którego tak pragnęła a zarazem nienawidziła. Nie mogła żyć tak dłużej. Życie na obietnicach i kłamstwach. To nie było dla niej. Nie była już tą nastolatką, którą poznał na urodzinach bliźniaków. Teraz była młodą kobietą stojącą twardo na ziemi, mającą cele i obowiązki w życiu. Wcześniej jego nie było i teraz też nie musi być.
-Wyjeżdżasz? –zapytał z nadzieją, że zaprzeczy, nie odpowiedziała -Przecież dopiero na jutro mamy samolot– dodał.
Nie zwróciła na niego uwagi, traktowała jak powietrze, przynajmniej starała się. Podeszła do komody, z której zwisała poszukiwana część bielizny.
-Daj chociaż wytłumaczyć- powiedział błagalnym głosem.
Nienawidził gdy się go ignorowało. Nie rozumiał jej uporu i złości. Przecież nie było powodu do takiej zazdrości.
-Tu nie ma co tłumaczyć- odparła zapinając spakowaną walizkę- To że nie znam niemieckiego, nie znaczy że nie znam poszczególnych słów Georg – dodała.
-Ale Marta…– nie wiedział co powiedzieć.
Kolejna kłótnia, kolejne niepotrzebne słowa , które tak raniły i oddalały.
-Nie rób ze mnie debilki! Wiem co znaczy: „Ich liebe dich”! – krzyknęła.
-Chodzi ci o telefon?- zapytał upewniając się.
-Olśniło?! Dobrze, że się domyśliłeś po tak długim czasie. Nawet mnie to nie dziwi, bo ty myślisz tą mniejszą główką.- odparła patrząc na niego z pogardą .
-Co ci się stało?! To już telefonu nie mogę odebrać?! – powiedział wzburzony.
-Kurwa! – przeklęła w złości.
-O co ci chodzi?! O to, że zadzwoniła do mnie matka i z nią gadałem. O to? – zapytał z podniesionym głosem
-Nie krzycz na mnie – odparła.
-A ty co robisz? – zaśmiał się z ironią - To moja matka! Nie popadaj w paranoję… – dodał stanowczo.
- Może i mam urojenia, ale ty za to… - przerwała.
Brakowało jej słów. Patrzyła na jego twarz, która mimo lekkiego grymasu zniecierpliwienia i złości pełna była spokoju. Nie chciała, by znów jej zranił. Obiecała sobie, że nie pozwoli sobą pomiatać. Już żaden mężczyzna jej nie poniży. Nigdy!
- Jesteś popieprzonym dupkiem, jak wszyscy faceci!. I nie wierzę, że to była twoja matka. Takie bzdury, to opowiadaj tej dziwce, a nie mnie! – dokończyła i nie zważając na jego zszokowaną miną, wzięła walizkę i wyszła z pomieszczenia zostawiając osłupiałego basistę.Wyszła z domu trzaskając frotowymi drzwiami, na podjeździe czekał samochód. Wrzuciła walizkę do bagażnika, po czym usiadła na tylnym siedzeniu pasażera. Samochód ruszył a ona patrzyła na oddalający się kremowy budynek. Nie chciała płakać obiecała to sobie już bardzo dawno, że nie będzie wyciskać kryształowych łez przez niego. Tym razem nie złamała obietnicy. Tylko czemu miłość musi tak boleć...




*[1] Kurwa! Gdzie są moje majtki?

*[2] Są za tobą

komentarze [9]



O szablonie

Szablon wykonany przez Annikę.
Więcej takich znajdziesz na Lajabajas.
A zdjęcie znalezione tu.